Anna Korcz: Mam wszystko, o czym marzyłam

Anna Korcz: Urodzić chore dziecko to tragedia. Ja mam wszystko, o czym marzyłam

„Z wiekiem zaczyna się celebrować każde nowo narodzone dziecko. I to jest plus dla dojrzałych matek. Pan Bóg – czy inny stworzyciel – wymyślił jednak, że dzieci powinno się rodzić, jak jest się młodym i silnym. Nie do końca się z tym zgadzam” – mówi Anna Korcz, aktorka filmowa i teatralna. W rozmowie z Beatą Kołakowską tłumaczy również dlaczego jej zdaniem inaczej powinno się wychowywać chłopców, a inaczej dziewczynki oraz dlaczego nie urodziłaby chorego dziecka.

Czy zawsze chciała pani być mamą?

Od kiedy pamiętam, chciałam zostać matką, chociaż wiązało się to oczywiście ze strachem przed bólem, a także obawami przed bliżej nieokreślonymi zagrożeniami.

Rodząc w 2010 r. synka, miała już pani dwie córki. Starsza Ania była prawie dwudziestoletnią kobietą, a młodsza Kasia – nastolatką. Czy to późne macierzyństwo różniło się od pani wcześniejszych doświadczeń?

Zawsze byłam dosyć dojrzałą osobą, przygotowaną do życia, pragmatyczną, jednak po narodzinach syna rzeczywiście byłam bardziej skoncentrowana na macierzyństwie. Jak jest się młodą, to wszystko przyjmuje się z taką niepotrzebną nonszalancją. Ten luz młodości jest naturalny, ale często nie wiąże się on z mądrością. Natomiast wraz z wiekiem zaczyna się celebrować każde nowo narodzone dziecko. I to jest plus dla dojrzałych matek. Ktoś jednak – Pan Bóg czy inny stworzyciel – wymyślił, że dzieci powinno się rodzić, jak jest się młodym i silnym, a w wieku poprodukcyjnym powinno się być babcią. Nie do końca się z tym zgadzam. Oczywiście najlepiej byłoby rodzić dzieci, gdy są siły witalne, ale uważam, że warto docenić doświadczenie trzydziestokilkuletniej lub czterdziestokilkuletniej dojrzałej kobiety. Byłoby ideałem połączenie luzu młodości z doświadczeniem dorosłości, ale to jest niemożliwe…

Pani była po czterdziestce, rodząc synka…

Miałam czterdzieści jeden lat. Jasiek w kwietniu skończy osiem lat. To już kawaler!

Bała się pani tej późnej ciąży ze względu na ewentualne problemy zdrowotne?

Bardzo się bałam. Zrobiłam oczywiście badania prenatalne. Wtedy dowiedziałam się, że to nie zawsze kobieta odpowiada za problemy z zajściem w ciążę lub choroby genetyczne płodu. Znaczenie ma też wiek i stan zdrowia mężczyzny. I trzeba o tym pamiętać, nie zrzucać całej winy na kobiety, jeśli coś jest nie tak.

A co, jeśli coś jest nie tak?

Uważam, że decyzja, czy urodzić chore dziecko należy tylko do kobiety. Tak, ja usunęłabym chory płód.

To mocna deklaracja. Przemyślana?

Tak. Pragnę zaznaczyć, że jestem osobą wierzącą, choć niepraktykującą. Staram się żyć zgodnie z Dekalogiem. Wiem, że to, co mówię, kłóci się ze stanowiskiem Kościoła. Uważam jednak, że nikt nikomu nie dał prawa do unieszczęśliwiania drugiego człowieka.

„Narodziny chorego dziecka to tragedia. Sądzę, że unieszczęśliwiłoby ono nie tylko siebie, ale także mnie i całą rodzinę. Wiem, że wiele matek nie zgodzi się ze mną. Oczywiście mają prawo do swojej oceny, że są szczęśliwe z niepełnosprawnym dzieckiem. Ja to z całym szacunkiem przyjmuję. Natomiast zgodnie z moją filozofią życiową – to ja decyduję o swoim życiu i o życiu mojego dziecka.”

Chciałabym, aby moja rodzina była zdrowa. Pan Bóg nie obraził się na mnie za to, że tak myślę. Mam trójkę zdrowych dzieci, mam wszystko, o czym marzyłam.

A jak zareagowały pani córki na informację, że będą miały rodzeństwo?

To była skomplikowana sytuacja, ponieważ ojciec Jasia nie jest ojcem dziewczynek. Rodziny „patchworkowe” często mają duże problemy i moja również nie należy do ideałów. Córki zostały w odpowiednim czasie poinformowane, że spodziewamy się z Pawłem synka. Wkrótce same poprosiły o rozmowę. Ania, w imieniu ich obu, powiedziała, że będą szanować tego dzidziusia, który się narodzi, że będą mi pomagać w każdej wolnej chwili. Padło mnóstwo pięknych i ciepłych słów, ale na końcu dodała, że muszę się pogodzić z tym, że one nie będą go kochały, bo to nie będzie ich prawdziwy brat, tylko przyrodni!

Przyznaję, że nie było to zbyt przyjemne, tym bardziej że kochałam już tego dzidziusia w brzuchu jak szalona. Zaakceptowałam jednak ich stanowisko, ponieważ jestem tolerancyjna, jeśli chodzi o poglądy i uczucia. Wyznaję zasadę, że do uczuć nikogo nie można zmusić…

Wracała pani w rozmowach z córkami do tego tematu?

Nie. Pomyślałam, że skoro dziecka nie ma jeszcze na świecie i nie wiemy, co się wydarzy, to czas na refleksje będzie później. Kiedy Janek się urodził, córki odwiedziły nas w szpitalu. Widziałam, że unikały patrzenia na to brzydactwo w łóżeczku. Umówmy się, noworodki nie należą do najpiękniejszych istot na świecie. A Janek, tak jak dziewczynki, był okropnym brzydalem.

„Nie analizowałam, czy mojego syna ktoś będzie kochał, ponieważ ja kochałam go już nad życie. I bardzo szybko okazało się, może miesiąc później, że zaczęła tworzyć się między moimi córkami i synkiem wspaniała więź. Pojawiła się czułość. To dla mnie było coś pięknego obserwować rodzącą się między nimi miłość.”

Wszystkie moje wcześniejsze obawy poszły w niepamięć. Dziewczynki zakochały się w Jaśku do granic możliwości, obie zaczęły mówić o nim „mój kochany brat”. Jasiek kupił sobie ich miłość swoim uśmiechem. I chyba wygrał los na loterii, bo cwaniak ma teraz w zasadzie trzy mamy.

A jak dzielicie państwo z mężem obowiązki i opiekę nad synem?

Właściwie nie mamy z tym żadnych problemów. Kiedy idę do teatru lub wyjeżdżam ze spektaklem, to z Jaśkiem zostaje Paweł. Nasze obowiązki podzieliły się w sposób naturalny. Owszem, czasami zdarzają się jakieś nieporozumienia, ale raczej dotyczą one wyniesienia śmieci czy zrobienia zakupów, a nie opieki nad Jaśkiem!

„Nie traktuję zajmowania się synkiem jako obowiązku – to dla mnie olbrzymia przyjemność, nagroda w życiu. Na tym chyba polega główna różnica między macierzyństwem matki dojrzałej a matki siksy.”

Mówi się, że ile się w dziecko włoży, tyle się wyjmie, i ja się z tym absolutnie zgadzam. Dlatego uważam, że powinno się mieć zawsze czas na bycie z dzieckiem, gadanie z nim, całowanie, przytulanie, ponieważ dzieci tak szybko rosną i odchodzą z domu.

Czego państwo uczą syna?

To właściwie determinuje płeć. Jestem od tych „piękniejszych” zajęć. Wspólnie z Jaśkiem dyskutujemy, oglądamy filmy, czytamy, chcę go jak najwięcej nauczyć. A tata gra z nim w „gałę”, jeździ samochodami, wspólnie różne rzeczy naprawiają, konstruują.

Mają już swoje męskie sprawy?

Tak.

A po kim syn ma takie piękne imię?

Zawsze kochałam imię Jan – ono ma mnóstwo możliwości. Jan jest pięknym imieniem dla dorosłego mężczyzny, a do dziecka można zwracać się Jasiek, Janek, Jasinek, Jasiulek. Nasz syn lubi, jak się mówi do niego Janek i w szkole poprosił, aby tak go nazywano. My w domu wołamy na niego na ogół Jasiek, Jasiulek.

Czy kolejne macierzyństwo to za każdym razem droga w nieznane?

Zawsze łatwiej jest wychowywać kolejne dziecko. To nie znaczy, że nie ma problemów. Są, ale inne. Ale jakieś podstawy, abecadło już jest. Natomiast każde dziecko ma odmienny charakter i reprezentuje odmienne potrzeby, ma odmienne talenty, marzenia. Jesteśmy homo sapiens, ponieważ większość z nas, mam taką nadzieję, wyciąga wnioski z poprzednich doświadczeń. Ale to nie znaczy, że jest lekko!

Czy jest jakaś różnica między wychowywaniem chłopca a wychowywaniem dziewczynek?

Ogromna. Nie wiem, jak jest za granicą, ale uważam, że w Polsce sposób wychowywania dzieci jest fatalny. Jeżdżę dużo po kraju, bywam w różnych miejscach w Warszawie, spotykam wiele osób i widzę, że dzieci nie są uczone podstaw dobrego wychowywania. A ja bardzo uważnie, choć ukradkiem obserwuję ludzi. Z racji wykonywanego zawodu jestem takim domorosłym psychologiem. Zwracam uwagę na wszystko, co dotyczy człowieka. I jak się zachowuje w różnych sytuacjach, i jak reaguje. Nieważne, czy jest to dziecko, nastolatek, kobieta, mężczyzna, pijany czy trzeźwy – ja takiego człowieka przedstawiam potem w filmie, teatrze, serialu. Na podstawie moich obserwacji twierdzę, że wychowanie dzieci jest na tragicznym poziomie.

Czego tu brakuje pani zdaniem?

W Polsce dzieci się tylko chowa! Nie rozmawia się z nimi, tylko mówi. A z dziećmi trzeba rozmawiać, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać, nakłaniać je do dyskusji, do czytania książek, poezji. A i tak dopiero po dwudziestu, trzydziestu latach nasze wysiłki przyniosą efekty. Uważam jednak, że przede wszystkim trzeba chcieć wychować dziecko.

A co z tą różnicą w wychowywaniu syna i córek? Powiedziała pani, że jest ogromna.

To prawda. Bo jeśli chodzi o skalę trudności, to sądzę, że dziewczynki wychowuje się łatwiej.

Dlaczego?

Już tłumaczę. Nie jestem emancypantką. Jestem za pewnego rodzaju równouprawnieniem, ale takim rozsądnym. Dziewczynkę wychowuje się na przysłowiową księżniczkę, która – jako dorosła kobieta – ma znać maniery, być wspaniałomyślna, kochać dzieci i dbać o tak zwane gniazdo rodzinne.

„Uważam, że kobieta powinna tworzyć ognisko domowe. Być zadbana, pachnąca, piękna, uśmiechnięta. Jestem natomiast przeciwna, by kobiety dźwigały ciężary i pracowały „na przodku w kopalni”, ale oczywiście – jeśli chcą – niech będą w polityce, niech rządzą wielkimi firmami.”

Ja swoje miejsce widzę w domu jako przysłowiowa „szyja”, która wszystkim steruje.

A mężczyzna?

Mężczyzna powinien być człowiekiem kulturalnym i odpowiedzialnym, musi troszczyć się o żonę i dzieci, a oprócz tego zapewnić utrzymanie domu i rodziny. Kobieta oczywiście może pracować, bo cudownie jest być niezależną finansowo. Znam uczucie „poddaństwa finansowego” i uczucie niezależności materialnej i bardziej wolę to drugie. To nie znaczy jednak, że jest mi to niezbędne. Jeśli mąż kocha rodzinę i jest szczodry, to kobieta może pracować dla własnej przyjemności. Dlatego uważam, że chłopca powinno się wychowywać na mężczyznę, który przynosi do domu upolowaną zwierzynę. Wyznaję, nazwijmy to, tradycyjne zasady plemienne.

Mogę założyć, że poznała już pani życie. Czy jako mama małego chłopca ma pani jeszcze jakieś marzenia?

Moim marzeniem jest, żeby Jasiek był zdrowy i szczęśliwy. Jeśli będę widziała, że syn jest zdrowy, a on powie mi, że jest szczęśliwy – to mi wystarczy i będę najszczęśliwsza na świecie. Ale syn doskonale już wie, że aby być szczęśliwym i spełniać swoje marzenia, trzeba być wykształconym. Pieniądze kolorują nam życie, ale żeby je mieć, trzeba się dużo uczyć. Oczywiście są ludzie, którzy potrafią kraść, ale nie o tym rozmawiamy. Moje dziewczynki otrzymały sztywny „kręgosłup”. Patrząc na ich wybory życiowe, wydaje mi się, że ten „kręgosłup” nieraz im pomógł i dał wsparcie. Janek zostanie wyposażony w ten sam niezbędnik, co jego siostry, i mam nadzieję, że z niego skorzysta. Jak długo będę miała siłę i pieniądze, to zawsze będzie mógł na mnie liczyć. Chociaż pieniądze to rzecz nabyta… Może się oczywiście zdarzyć, że kiedyś to dzieci będą musiały składać się na mój byt, choć mam nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie.

Wracając jednak do mojego marzenia: dla mnie Jasiek ma być zdrowy i szczęśliwy. A jeśli do tego będzie mądry i wykształcony, to, tak jak powiedziałam, będą najszczęśliwsza na świecie. A jeśli jeszcze zwiąże się z mądrą kobietą, to moje szczęście sięgnie sklepienia niebieskiego!

Rozmawiała: Beata Kołakowska

POLECAMY TAKŻE:

Olga Bończyk: Ułożyłam sobie cichy i spokojny świat bez dziecka

reklama

Komentarze: 3

a ciekawe jaka by była filozofia życiowa tej Pani, gdyby urodziła „zdrowe” dziecko, a po kilku miesiącach, latach zaczęły by się ujawniać wady genetyczne, choroby…..np. autyzm, Zespół Retta…. co wtedy? myśli Pani, że mając teraz 3 zdrowych dzieci ma Pani spokój na całe życie… Ewa BŁaszczyk też kiedys miała dwie zdrowe córki….

Nikomu nie zabraniam podejmować własnych decyzji, jego sumienie i to, jak będzie potem z tym żył. Nie Bóg, czy inny stworzyciel tak pomyślał, tylko natura – że najlepiej rodzić w ‚młodym’ wieku. Czasy się jednak zmieniają, chcemy pracować, chcemy żyć, a jednak przychodzi moment późnej ciąży.. Znam mamy młode, starsze, które wychowują „chore”, ale kochane dzieci (tak , dodatkowy chromosom to nie tylko sprawa późnego wieku, dotyczy konfliktu serologicznego) . Szanuję je. I poprzez ten szacunek tutaj komentuję. Oczywiście, decyzja należy do każdego z osobna, ale pamiętajmy, że posiadanie dzieci to nie tylko ubieranie ich w piękne ciuszki, urządzanie pięknego pokoiku i karmienie, ale odpowiedzialność za ich ŻYCIE. Pozdrawiam serdecznie.

Urodziłam chorego synka ,teraz on już dorosły,nie żałuje,że on jest.To wspaniały młody człowiek, i wara wam od niego! Nie każda mama musi robić aborcje,żeby mieć doskonałą rasę ludzką,tak robił Hitler,wyniszczając wszystko co nie doskonałe…Nie jestem taż przeciwniczką aborcji,lecz każda kobieta powinna decydować, czy ma urodzić dziecko, czy też nie .To też nie znaczy,że każdą niechcianą ciąże trzeba niszczyć.Dzieci to dar Boży, jakie by ono nie było, lub jakkolwiek nie było poczęte ,i skoro już ono ma się urodzić, to lepiej dać go do adopcji ze wskazaniem . Mnóstwo jest takich rodzin,jakie przyjmą pod swój dach nawet chore dziecko!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *