Pamiętnik Młodej 1

W walce z niepłodnością wtórną: Jestem szczęściarą…

Pamiętnik Młodej cz.1

Dopiero po wyjściu ze szpitala do tego doszliśmy… położne od początku wiedziały, że trzeba mnie przetrzymać do rana dla ordynatora, bo miał podjąć decyzję o cesarskim cięciu. Niestety nie powiadomiono nas o tym, że jest nawet taki zamiar. Zakazano mi również jeść i pić (teraz już wiem dlaczego – do cesarki trzeba być na czczo).

Położna, na którą trafiłam, była ze mną tylko jakieś 30 minut. Przeprowadziła wywiad i była bardzo obrażona, że nie byłam w szkole rodzenia. Zmierzyła mi miednice i okazało się, że mam dosyć mało sprzężoną i mogę mieć problem z urodzeniem naturalnie. Nikt o niczym nie mówił – tego się dowiedziałam dopiero po 3 latach z dokumentacji medycznej (o tym w innym wpisie).

Kolejna położna z nocnej zmiany praktycznie nie przychodziła, a zaznaczę, że na porodówce byłam jedyną rodzącą! Tym bardziej liczyłam na wsparcie personelu, jednak ten nie bardzo się mną interesował. Przyszła do mnie 2 razy przez 10 godzin.

Za pierwszym razem zaproponowała, żebym wzięła ciepły prysznic (wtedy też wypadł mi czop, a skurcze były co 2 minuty). Za drugim razem kazała skakać na piłce, co skutkowało spadek częstotliwości skurczy z 2 min na 8 min. Szyjka niestety zatrzymała się na 2,5 palca i nie chciała ruszyć. Skurcze miałam od początku krzyżowe, więc bolało solidnie.

Koło 22 przyjechała inna dziewczyna do porodu. Pamiętam jak dziś, że położne się śmiały jedna do drugiej “jedna to pierwiastka (ja) a ta druga to symulantka, ona dzisiaj nie urodzi, więc mamy dużo czasu…”.

Jednak symulantka jak zaczęła krzyczeć o 1 to o 2 już było po wszystkim, a u mnie…

No cóż, u nas cztery razy spadło tętno malutkiej. Położna wpadała nerwowo pytając, czy dziecko przypadkiem nie kopnęło, a ja odpowiadałam zgodnie z prawdą, że nic się nie rusza praktycznie. Położna mówiła, że jest już dobrze i pewnie KTG się odczepiło… Ufałam jej, że wie co mówi.

O godz. 5 rano kiedy kolejny raz spadło tętno dziecka, podłączyli mi tlen, mówiąc, że nic się nie dzieje i będzie mi się lepiej oddychało… Kompletnie nic nie rozumiałam, nie byłam świadoma tego, co grozi dziecku. Nikt o niczym nie informował, byłam pewna, że wszystko jest pod kontrolą, chociaż dziwne było to, że miało mi się lepiej oddychać, skoro mi się dobrze oddychało. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, co się dzieje, poród to ogromny szok jeśli się nie jest do niego jakkolwiek przygotowanym, a ewidentnie byliśmy zdani tylko na siebie.

O 8 rano przyszła położna – Anioł w blond włosach. Tak żałowałam, że nie była ze mną wcześniej! Przedstawiła się uprzejmie, zrozumiale wytłumaczyła mi, że przyjdzie ordynator i zdecyduje, czy wykonają cesarskie cięcie. Mówiła, że musi mnie zbadać i przepraszała, jak zaboli, ale to ważne, żeby wiedzieć na jakim etapie jest poród. Głaskała mnie po głowie i mówiła, że ten koszmar zaraz się skończy, że dziecko zaraz będzie na świecie i w takiej miłej atmosferze razem czekałyśmy na ordynatora.

Ten przyszedł koło godz. 9 z pięcioma studentami bez mojej zgody. Przebili mi pęcherz płodowy, ale nic się nie ruszyło odnośnie skurczy.

Następnie wykonali mi test z oksytocyną. Skurcze nie były mocniejsze, ale zwiększyły częstotliwość z 2 minut na 1 minutę. Niestety z każdym skurczem dziecku spadało tętno, a ja nieświadoma tego, co się dzieje pytałam ordynatora czy trzeba robić cesarkę, bo ja czuję, że dam radę jeszcze rodzić…

“Pani myśli, że ja tak po ulicy ze skalpelem latam i każdego chce ciąć?”- taka odezwał się ordynator do przerażonej pacjentki.

Dopiero wtedy usłyszeliśmy pierwszy raz, że dziecko może umrzeć, jeśli nie wykonają cesarki, bo są spadki tętna.

Najgorsze jest to, że byliśmy okłamywani od początku i nieinformowani, co się dzieje tak naprawdę i jakie są plany wobec mnie i mojego ciała. Mogłam się przez ten czas przygotować psychicznie, że będzie cesarka, a tak do samego końca walczyłam o coś, co mogło się źle skończyć.

Wszystko było już zaplanowane odkąd wjechałam na porodówkę i do dzisiaj nie rozumiem tego, że skoro były spadki tętna na “dzień dobry” to czemu od razu nie wykonano mi cięcia? A jakby dziecko umarło podczas porodu? Czekałam w końcu ponad 12 godzin na tę cesarkę a to nie mało…

Podczas testu oxy, kiedy człowiek kompletnie nie myśli o niczym innym jak tym, że go po prostu boli – podano mi 2 kartki do podpisu. Jedna, że wyrażam świadomą zgodę na cesarkę i powiadomiono mnie (nie wiem kiedy!) o ewentualnych powikłaniach. Druga, że wyrażam zgodę na szczepienie dziecka. Uważam, że takie papiery powinni dawać podczas przyjęcia do szpitala, albo nawet na tej porodówce, kiedy człowiek na spokojnie może się zapoznać ze wszystkim.

Kiedy podpisałam papiery, pamiętam dokładnie swoje myśli. Widziałam jak mąż się popłakał. Byłam z nim 7 lat, a pierwszy raz widziałam jego łzy! Myślałam sobie:

– jestem beznadziejna, bo nie dałam rady,

– co zrobiłam źle, że się nie udało,

– tak bardzo pragnęłam tego porodu rodzinnego, żeby mąż przeciął pępowinę, a przeze mnie tego nie zrobi,

– nie będę miała zdjęcia na pamiątkę,

– wszystko popsułam…

Podczas przejazdu z porodówki na salę operacyjną zrobiono kolejny wywiad, czy jestem na coś uczulona itd. Na sali zrobiono mi zastrzyk w kręgosłup, ale niestety nie zadziałał. Kiedy zaczęli ciąć krzyknęłam z bólu, więc kazano mi podnieść kolejno jedną i drugą nogę a na końcu pupę, co wykonałam bez problemu.

Zdecydowano, że podadzą znieczulenie ogólne. Widziałam, jak wstrzykują mi biały płyn i zaczęłam odliczanie – 10…9…8…7…

 

  • Strony:
  • 1
  • 2
  • 3

Redaktorka i korektorka językowa. Pisze od kiedy pamięta, a w międzyczasie zajmuje się tropieniem zagubionych przecinków i poprawianiem błędów ortograficznych

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *