Pamiętnik Młodej 1

W walce z niepłodnością wtórną: Jestem szczęściarą…

Pamiętnik Młodej cz.1

Marzenia o pięknym porodzie rozpłynęły się jak bańka mydlana…

Budzę się… chociaż nie jestem pewna czy tego chcę.

Brzuch boli tak bardzo, że nie mam siły otworzyć oczu, ale ciekawość jest silniejsza, więc otwieram. Przez mgłę widzę męża, który pyta “jak się czujesz?”. Ja tylko majaczę, że “boli… bardzo boli”.

Wpada położna i z krzykiem wyprowadza męża, że jak to siedzi przy mnie, że tu nie wolno przebywać! Mąż tak samo odkrzykuje, żeby lepiej podaliby mi coś przeciwbólowego, bo żonę bardzo boli. Wyszli i cisza…

Nie mam siły ruszyć ręką, przeszywa mnie ból niczym rana postrzałowa szyta na żywca bez znieczulenia. Rozglądam się delikatnie na boki, bo nie mogę ruszyć głową i kątem oka widzę, że nie jestem sama na sali. Obok mnie leży jakaś dziewczyna. Pytam czy ją też tak bolało? Mówi, że tak, więc uważam, że to muszę przeżyć, że to normalne. Ale leżę tak z 15 minut, nikt do nas nie przyszedł, a ja po prostu czuję, jak umieram z bólu i zaczęłam sama do siebie mówić/majaczyć “boli, Boże jak boli”.

Meczę się, czuję po prostu, że to stan agonii, miałam tysiąc myśli o tym, że zrobiono mi jakąś straszna krzywdę, że to nie może aż tak boleć. Tyle, ile byłam w stanie wolałam panią/położną/siostrę/halo czy ktoś mnie słyszy? Cisza.

Nerwowo rozglądam się za czerwonym przyciskiem alarmującym. Widzę go – wisi nade mną zawieszony specjalnie tak wysoko, aby nie można było go wcisnąć. Więc pytam dziewczyny obok czy ma dostępny przycisk, ale niestety ona również ma zawieszony na samej górze. Pytam, czy da radę wstać i wezwać pomoc – powiedziała, że nie może wstać.

Leżymy tak obie, ja majaczę dalej o bólu. Ona leży w ciszy. W końcu po ok. godzinie przyszła jedna z położnych zobaczyć, czy się wybudziłam. Powiedziałam jej, że ciężko mówić, że boli, że nie daje rady. Położna uznała, że nie ona decyduje o tym, czy mogę dostać coś przeciwbólowego tylko lekarz, a oprócz tego to “dziwne”, bo powinnam być znieczulona jeszcze przez zzo (zastrzyk w kręgosłup). Mówię, że to nie działa, że boli bardzo i pić, muszę pić. Powiedziała, że nie mam się ruszać i nie wolno mi nic pić, mogę tylko zwilżyć usta gazikiem. Podała mi nasączony gazik i wyszła bez słowa, zostawiając delikatnie uchylone drzwi.

Mija ok. 30 minut i nikt nie przychodzi. Zaczęłam znowu wzywać pomocy, dodatkowo machając ręką, jak widziałam, że ktoś przechodzi koło drzwi do sali. Wszystko na nic, bo żadna z położnych się nie zatrzymała. Przez uchylone drzwi widzę stanowisko położnych, co jakiś czas była tam któraś, ale nie widziała i nie słyszała jak wołam.

Myślę intensywnie, że zaraz nie wytrzymam z bólu i po prostu jak czegoś nie zrobię to umrę. Myślę co mogę zrobić? Co mogę zrobić do cholery ?!

Telefon! Gdzie ja mam telefon?

Ostatkiem sił wyciągnęłam rękę, otwieram szufladę, a uwierzcie mi – ten telefon wyciągałam na raty przez jakieś 10 minut, ale jest i on!

Pierwsze co przyszło mi na myśl to zadzwonić do… mojego taty. Jest to człowiek z dobrymi pomysłami, który zawsze wie, co robić, zawsze mogę na nim polegać! I tym razem się nie pomyliłam! Dzwonię i nie musiałam dużo mówić. Sam zadawał pytania, a ja odpowiadałam. A było to mniej więcej tak:

– Jak się czujesz? – źle.

– Boli Cię bardzo? – tak.

– Dali Ci coś przeciwbólowego? – nie.

– Był ktoś u Ciebie? – nie.

– Możesz zawołać pomoc? – nie.

– Daj mi chwilę czasu, załatwię to.”

Rozłączył się.

Czekałam może z 15 minut i widzę, jak ktoś podchodzi do stanowiska położnych i rozmawia. Była to kobieta ok. 50 lat, blond włosy upięte w kok, ubrana oficjalnie bez fartucha. Odwraca się i wchodzi do mnie do sali. Mówi, że mój tata do niej dzwonił, że zaraz załatwi mi coś przeciwbólowego. Podziękowałam, a ona powiedziała, że wróci do mnie za jakiś czas, jak będzie kończyć pracę.

Wyszła. A na jej miejsce wparowała z wyrzutami położna: “Co nic nie mówiła, że tak boli, przecież bym coś dała!” .

Mi braknie słów i jedyne co wydusiłam z siebie to pytanie “co mi podają?”. Odpowiedziała, że paracetamol 1000. Ze łzami w oczach tłumaczę, że to za mało, że boli jakbym umierała. Powiedziała, że taka procedura, że muszą dawać stopniowo, bo jeszcze karmienie mnie czeka. Wyszła…

A mi się włączyło myślenie…

“Jestem tu od 2 godzin i nawet nie wiem, czy dziecko żyje!? Boli tak bardzo, że nawet nie obchodzi mnie to, czy jest faktycznie dziewczynką czy jednak może chłopcem? Z tego wszystkiego zapomniałam o tym, że w ogóle jest jakieś dziecko! Ale ze mnie matka! Boli tak, że nie daje rady! Niech mi ktoś pomoże…”.

Ból był nie do zniesienia, nie miałam wsparcia, nie miałam pomocy… Jak żyć? Inaczej sobie wyobrażałam ten dzień porodu, nie dość, że sam poród się nie udał po mojej myśli to jeszcze opieka tam to był istny koszmar. Myślałam, że tak może być tylko w filmach, a ja to przeżyłam w samotności.

Minęły kolejne 2 godziny i przyszła pani w blond włosach, znajoma taty.

– I jak Kochana, lepiej?

– Było ciut lepiej, ale boli dalej bardzo mocno

– To się załatwi, spokojnie. A co urodziłaś?

– Nie wiem, miała być dziewczynka

– To Ty dziecka jeszcze nie widziałaś? Chcesz zobaczyć?

– Chciałabym

– Zaraz zobaczymy, co da się zrobić. Ja już idę do domu, ale pogadam z położnymi. Dużo zdrówka, do widzenia

– Dziękuję, do widzenia.

Mija ok. 20 minut i przyjeżdża położna z wózkiem i zawiniątkiem, które płacze. Podaje dziecko, mówi, że mam spróbować kłaść się na boki powoli i spróbować nakarmić dziecko. Ja z przerażeniem w oczach mówię, że nie umiem. Dostałam odpowiedź, że same siebie się nauczymy, że każda potrafi, bo to przychodzi naturalnie. Przycisnęła buźkę małej do mojej piersi i wyszła.

Patrzę na Nią, faktycznie coś tam próbuje zassać. Jest piękna, idealna, bardzo malutka i co najdziwniejsze… ma niebieskie oczy. Po kim ma niebieskie oczy?! Jednak musiałam przestać myśleć o tym, a skupić się na nowej roli mamy oraz próby karmienia, gdyż nie szło nam zbyt dobrze…

Młoda

 

 

 

 

  • Strony:
  • 1
  • 2
  • 3

Redaktorka i korektorka językowa. Pisze od kiedy pamięta, a w międzyczasie zajmuje się tropieniem zagubionych przecinków i poprawianiem błędów ortograficznych

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *