Czy bóg istnieje

Czyj bóg istnieje?

Czy bóg istnieje? Która wiara jest właściwa, do którego boga należy się modlić?

Czy bóg istnieje? Co z tym bogiem?

 Swego czasu na moim blogu opublikowałem tekst na temat dylematów związanych z ochrzczeniem (lub nie) dziecka. Był to dla mnie jeden z boleśniejszych tekstów, gdyż odkrył całą moją hipokryzję (i fakt, że nie jest ona wyłącznie moim udziałem, wcale pocieszający nie jest). Tym niemniej tekst okazał się udany o tyle, że wzbudził sporo reakcji, niektóre zachęcające do dalszych rozważań.
Za najciekawszy dotychczas komentarz uznałem ten (pisownia oryginalna): „Jakoś tak smutno mi. Czytam post o chrzcie. O Twoich dylematach. Kurcze ani słowa o Bogu? KK to, KK tamto. Grzech pierworodny etc. A Bóg…? (…)”. Uświadomiłem sobie, że wiele pisałem o kościele katolickim, trochę o religii, ale nigdy o bóstwach.

No właśnie. Co z Bogiem? Po pierwsze załóżmy wstępnie, że istnieje.

Spośród wielu bogów znanych historii ludzkości wcale nie jest łatwo rozstrzygnąć, który z nich jest tym właściwym. Jest teistyczny, jak np. w religii chrześcijańskiej czy też może nieteistyczny, jak w buddyzmie? Jeśli jest nieteistyczny, to raczej jest niczym buddyjski Mahabrahma czy też może jest taoistyczną siłą dao? Nawet pośród bliższych nam współcześnie w kulturach zachodu teistycznych wizjach boga wcale niełatwo rozstrzygnąć czy bóg jest stwórcą znanym z judaizmu i chrześcijaństwa, czy może raczej Allahem, Wisznu lub Sziwą.

Do tej listy dodać należałoby jeszcze całe zastępy bogów znanych choćby z mitologii greckiej czy rzymskiej, a także UFO i Wielkiego Potwora Spaghetti. Bogactwo bogów przerasta myślę wyobrażenia przeciętnego człowieka, gdyż o większości czczonych bóstwach nawet nie mamy pojęcia.

W mojej głowie nigdy nie udało się rozstrzygnąć o wyższości jednego boga nad innym. Dziś zabawne wydają się wierzenia starożytnych Greków i Rzymian, ale oni potrzebowali bogów dla zrozumienia otaczającego ich świata. Podobnie dziś bogów wykorzystuje się dla wytłumaczenia tego, co niewytłumaczalne.

Zresztą kto daje prawo do rozstrzygania o wyższości Jahwe nad Erosem? Jedyny (i dość oczywisty) wniosek, do którego dochodzę zawsze, że bóg jest kwestią WIARY. To nie banał, to bardzo ważny wniosek, który, wydaje mi się, jest często pomijany w toku dyskusji naukowych nad istnieniem lub nieistnieniem boga. Ileż razy słyszałem, że to lub tamto „dowodzi istnienia Boga”. Istnienie boga lub bogów z założenia nie poddaje się rzetelnej analizie naukowej. Ta ostatnia jest wszak domeną „niewiernych Tomaszów”.

Ja właśnie jestem takim niewiernym Tomaszem. Idąc swoją życiową ścieżką przez pewien (dla usprawiedliwienia dodam, że dość krótki) czas byłem ilustracją powiedzenia „jak trwoga to do Boga”. Modliłem się, gdy coś szło źle, gdy ktoś bliski ciężko chorował. Szybko doszedłem do wniosku, iż to nad wyraz nieuczciwe podejście, szczególnie, że brakowało mi poczucia, aby Bóg wysłuchiwał moich próśb. Sprawy się układały albo nie, dziadek i tak umarł.

Przyjąłem zatem, że nawet jeśli Bóg istnieje, to mając na swej głowie cały wszechświat (o którego ogromie nawet trudno pisać), z całą pewnością nie ma czasu na takie pierdoły jak pojedyncze ludzkie istnienia. Szczególnie, że każdego dnia w wiadomościach słyszałem o setkach ludzkich istnień, których żaden z długiej listy bogów nie uratował przed zagładą. W ten sposób zostałem agnostykiem. Przestałem Boga o cokolwiek prosić i przynajmniej nie czułem się zobowiązany do czegokolwiek w zamian.

Kilkukrotnie życie mnie przeczołgało. W każdym przypadku bardziej ufałem statystykom, przypadkowi i chłodnej analizie, niż boskim interwencjom. Utrwalałem się w przekonaniu, że wiara potrzebna mi jest niczym rybie rower. Jednym z najtrudniejszych doświadczeń była diagnoza dotycząca niepłodności. Tu jednak nie bogów jakichkolwiek prosiłem o wsparcie, lecz naukę. To medycyna i lekarze mi pomogli, nie bogowie.

Jeśli miałbym wskazać swojego boga, któremu ufam (choć nie jest wcale doskonały i nie ufam mu bynajmniej bezgranicznie), to wskazałbym właśnie naukę. To nauka dotychczas odpowiedziała na najwięcej stawianych przeze mnie pytań, nie wymagając niczego oprócz wysiłku związanego ze zrozumieniem różnych zjawisk.

W szczególności nie wymagała ode mnie wiary, choć w niektórych kwestiach jest już tak skomplikowana, że nie różni się niczym od magii. Nauka jest także samoświadoma swojej niedoskonałości. Naukowcy cały czas pracują nad weryfikacją swoich założeń i doskonaleniem opisu rzeczywistości. I nie mówię tu o artykułach w prasie codziennej, rozpoczynających się słowami „amerykańscy naukowcy udowodnili”. Mówię o rzetelnych pracach naukowych, podpisanych imieniem i nazwiskiem, zrecenzowanych i opublikowanych w prasie naukowej o wysokiej wiarygodności.

Nikogo nie pragnę „nawracać na ateizm”. Myślę, że jeśli ludzie prawdziwie wierzą (w Boga lub innego boga) i dobrze się z tym czują, to nie ma sensu (nieracjonalne jest) odbierać im tę wiarę. Jeśli sądzą, że wiara pomaga im pokonywać obiektywne trudności życiowe – to dobrze. Tak jak w racjonalny sposób nie można udowodnić istnienia jakiegokolwiek boga, tak samo nie można udowodnić jego nieistnienia, gdyż jest to dylemat metafizyczny. Tam gdzie jest miejsce na wiarę, nie ma go na racjonalizm. Taka jest wiara w swojej istocie – nie potrzebuje dowodów. Dla mnie wiara jest absurdalna, ale mam pełną świadomość, że dla wierzących tak samo absurdalna jest moja niewiara.

Gdybym miał w racjonalny sposób wybrać religię, to wybrałbym tę, której bóg najsurowiej karze niewiernych. Jeśli ta religia akurat ma słuszność, to ryzyko jej niewybrania jest największe. Po co ryzykować wieczne cierpienie w ogniu piekielnym, skoro alternatywnie można zaryzykować zostanie czarnym kotem w kolejnym wcieleniu?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *