Jesień

Wiedziałem, że nadejdzie. Zawsze nadchodzi. Zaczyna się zwykle jeszcze w sierpniu, pod koniec wakacji, pomarańczowymi kiściami jarzębiny. Gdy widzę jarzębinę na nadmorskich wydmach wiem już, że lato ma się ku końcowi. Z drzew zaczynają spadać kasztany i żołędzie, później żółkną liście. Sudeckie kotliny oglądane ze szczytów wyglądają niczym wielobarwne kobierce.  A gdy liście już opadną wydaje się, że wszystko chyli się ku końcowi. Nagie i ponure drzewa straszą nocą rzucanymi na ścianę cieniami w świetle latarni. Wszystko wydaje się bardziej mroczne i ponure. JESIEŃ.

Każdego kolejnego dnia słońce wstaje coraz później, aby zajść coraz wcześniej. W końcu wydaje mi się, że jestem kuzynem kreta, gdyż słońce widuję tylko sporadycznie, przez okno w pracy. Jesienne słoty odbierają resztki energii i dobrego humoru, a cały zapał do czegokolwiek odchodzi wraz z ostatnimi powiewami lata.

Kiedyś nienawidziłem jesieni. Jesień była dla mnie depresyjnym schyłkiem. Na wszystko co dobre i radosne trzeba było czekać do kolejnego roku. Nie będzie już wygrzewania się z książką w słonku na ławce w parku. Nie będzie już spacerów po piaszczystej plaży nad Bałtykiem ani kajakowych spływów. Nie będzie spacerów w samej koszulce. Tylko szare dni i długie wieczory. Ciemność. Ciągle ciemność. Byle do wiosny…

Ostatnimi laty zacząłem z większą wyrozumiałością spoglądać na tę porę roku. Wszak jesień to czas w przyrodzie, aby przygotować się do zimy. Zima to czas odpoczynku, zbierania sił. Po każdej zimie natomiast przychodzi wiosna – początek wszystkiego. Cały problem z jesienią jaki mam, to dostosowanie własnego rytmu do rytmu otaczającego mnie świata natury.

Współczesne życie wymaga od nas wszystkich ciągłej i podobnej wydajności. Nauczyliśmy się oszukiwać siebie. Wydłużamy dzień sztucznym światłem. Żyjemy w cywilizacji, odrywając się całkowicie od reguł rządzących światem przyrody. Nikt nie siedzi wieczorami przy świecach. Nikt nie idzie spać wraz z kurami. Nikt nie ogranicza swojej codziennej aktywności do tych kilku godzin, podczas których jest jasno. Masz być zawsze pełen energii, pogodny i wydajny. Jeśli nie, to powinieneś odwiedzić specjalistę “psychocosia” (określenie zapożyczone z bloga Koci świat ASD), bo coś z tobą nie tak.

Tymczasem jesień łatwiej jest mi znosić, gdy choć odrobinę dopasuję swój rytm do rytmu otaczającego mnie świata. I nie mówię o świecie ucywilizowanym, tętniącym życiem, krzyczącym „jingle bells, jingle bells” już od października. Mam na myśli rytm wyznaczany przez przyrodę.

Oczywiście nie mogę sobie pozwolić na zrzucenie z siebie wszystkich codziennych obowiązków, niczym drzewa zrzucają liście. Mało kto może pozwolić sobie na taki komfort. Ani w pracy nikt nie zrozumie, że po ciemku pracować nie będę (choć powieki trochę opadają), ani w domu nie sposób wszystkiego zaniedbać (nawet gdy nicmisięniechcizm staje się boleśnie dotkliwy). Ale staram się trochę wrzucić na luz. Zamiast prac remontowych – kanapa i dzbanek z ciepłą herbatą. I sok malinowy. Trudno, jeśli nikt się nie zabije o tę listwę podłogową, to może zaczekać (przynajmniej do soboty, jeśli nie do wiosny). Zamiast upychać wiele spraw – rozłożyć w czasie. Częściej zastanawiam się, co się stanie, jeśli tego czy tamtego nie załatwię. Może nic takiego. Może czasem lepiej odpuścić zamiast się spinać. Może koszt emocjonalny gwałtu na sobie nie uzasadnia zrobienia tego czy tamtego. Może nie warto. Nie jesienią.

Jesień to bardzo trudna pora roku. Dla mnie jest smutna i depresyjna. Zawsze taka była. Ale skoro nie mogę jesieni zmienić, aby były inna, to pozostaje mi ją polubić taką, jaką jest. I siebie, jesiennego, też takiego, jakim jestem. Trochę słabszego, trochę smutniejszego, może bardziej zamyślonego. Spokojnie, to tylko jesień. Byle do wiosny.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *