Rodzeństwo z in vitro. Wracamy do kliniki po zamrożone zarodki

Nasze dwa zamrożone zarodki czekają w klinice. Zaczynamy snuć rozważania nad powrotem po siostrę lub brata dla naszej córeczki. Zastanawiamy się, czy lepiej w listopadzie, czy może w grudniu. A jeśli nam się uda, to czy lepiej kolejny urlop zaplanować jeszcze w trójkę w czerwcu, czy może już w czwórkę we wrześniu…

Urlop. Morze szumi swoją kojącą kołysankę. Piasek skrzypi pod stopami. Nasz wyczekany i kochany berbeć wykrzykuje radośnie ba-ba, ba-ba!, nabierając pisaku do wiaderka. Znajoma pyta na fejsie, czy jest ciepło. Jak na Bałtyk – tak, odpowiadam.

To nie sen. Napisałbym, że tak spełniają się marzenia, że tak właśnie wygląda szczęście. Ale właściwie nie miałem żadnych wyobrażeń na temat wspólnych wakacji z dzieckiem, póki nasze dziecko się  nie pojawiło na świecie. Kiedyś, dawno dawno temu, gdy ledwo co przestałem wierzyć w Świętego Mikołaja, nawet sobie myślałem, że kimś tam będę się na jakiejś plaży opiekować i tłumaczyć co i jak. Że do wody samemu (lub samej) za głęboko nie wolno (tylko po kostki!) i że piaskiem to nie po oczach. Ale nigdy nie było to szczególnie wyraziste. Raczej mgliste wyobrażenie niż konkretny zamysł.

Rzeczywistość nie jest w żaden sposób lepsza czy gorsza od moich wcześniejszych wyobrażeń. Choć na pewno jest nieco inna. I ostatecznie daje bardzo wiele satysfakcji.

Na szczęście niepłodność oszczędziła nam samotnych urlopów z tłumem dzieci wokół. Trzy lata temu jeszcze nie wiedzieliśmy o naszym problemie. W grudniu mieliśmy diagnozę, a na wakacje dwa lata temu jechaliśmy już w ciąży, z własnoręcznie wykonanym i wydrukowanym znaczkiem Mom to be on board! za tylną szybą samochodu. Było jak było. Było fantastycznie, choć spędziliśmy kilka nerwowych godzin w koszalińskim szpitalu, gdy pojawiło się plamienie. To był na szczęście fałszywy alarm.

Rok później byliśmy już w trójkę. A właściwie w szóstkę, bo ze znajomymi. Pierwsze wakacje naszej córki. Takie trochę nieświadome, trochę nieporadne. Pierwsze husiu-husiu na kubełkowej huśtawce.

Siostry i bracia z probówki

Kolejny urlop, tegoroczny, to już dużo czasu dla siebie, dla nas. Więcej czasu na zadumę i snucie dalszych planów.

Kiedy rozpoczynaliśmy leczenie, spotkaliśmy w klinice parę z małym dzieckiem. Może trochę starszym, niż nasze obecnie. My nie wiedzieliśmy, co dalej. Oni starali się zapewne o następne. Wówczas pomyślałem sobie, jakie to niesprawiedliwe. Jacy oni są pazerni. My nie mamy ani jednego dziecka i nie wiemy, czy w ogóle nam się uda, a oni wracają tu, jakby wciąż mało było im własnego szczęścia.

Tymczasem dziś wciąż nasze dwa zarodki czekają w klinice. Zaczynamy snuć rozważania nad powrotem po siostrę lub brata dla naszej córeczki. Zastanawiamy się czy lepiej w listopadzie, czy może w grudniu. A jeśli nam się uda, to czy lepiej kolejny urlop zaplanować jeszcze w trójkę w czerwcu, czy może już w czwórkę we wrześniu…

I tylko czasami dopadają mnie takie myśli: czy nie jesteśmy zbyt bezczelni? Czy nie jesteśmy zbyt łapczywi na szczęście? Czy nie przesadzamy, planując miesiąc narodzin, żeby pasował nam do urlopu, gdy tak wiele innych par rezygnuje z urlopów, aby tylko doczekać się choć tego jedynego dziecka?

Jednocześnie presja przy drugim dziecku wydaje mi się mniejsza. Z jednej strony – porażka nie wydaje się już końcem świata. W końcu jest już na świecie ONA. Z drugiej strony, skoro udało się raz, to i wiara w ponowny sukces jest bardziej naturalna.

No cóż – nie mam pojęcia, czy nam się uda po raz drugi. Jakie będą nasze kolejne wakacje – za rok? Pewne jest, że będą całkowicie inne od tych. Wiele się rozstrzygnie. Wyjaśni się, czy nasza córka będzie mieć brata czy siostrę. A może pozostanie jedynaczką, bez szans na rodzeństwo.

Każdy wyrok losu przyjmę z pokorą. Bo nie ten jest szczęśliwy, kto ma wszystko, lecz ten, który potrafi cieszyć się tym, co ma. A ja mam tak wiele, że nie śmiem prosić o więcej. Co nie znaczy, że nie będziemy próbować i walczyć. I smucić się w razie porażki. I cieszyć się w przypadku sukcesu.

Polecamy także: Niepłodność wystawia miłość małżonków na wielką próbę. Jak ją wygrać?

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *