To nie mój problem, mnie to nie dotyczy

W przypadku każdej choroby podstawą do podjęcia jakiegokolwiek leczenia jest prawidłowo postawiona diagnoza. Z niepłodnością nie jest inaczej. Tu również wszystko zaczyna się od diagnostyki. Niestety, faceci stają przed szeregiem wyzwań, na które ani życie, ani studia, ani nauki ojców ich nie przygotowały.

Pierwszym z nich jest w ogóle wizyta u lekarza androloga. Większość dziewcząt w okresie dojrzewania dowiaduje się, że należy regularnie chodzić do ginekologa. Jedne to robią, inne nie, ale co do zasady większość wie, że powinna. Część decyduje się na wizytę choćby po to, aby dostać tabletki antykoncepcyjne. Ponieważ gumki są bez recepty, to facet do lekarza iść nie musi. Zresztą po co, przecież jego to nie dotyczy. On – wiadomo, jest zdrowy.

Ba! On nie tylko jest zdrowy. On wręcz przez znaczną część swojego młodego życia wiele by oddał, aby być niepłodnym! Ileż to stresu przy każdym spóźniającym się okresie. Ile nerwów czy to nie wpadka. W końcu w łóżku razem było fajnie, ale żeby od razu rodzinę zakładać? Dzieci? Może kiedyś.

W zasadzie z pewnego wygodnictwa i wstydu użyłem wcześniej trzeciej osoby. Mnie przecież dotyczyło to w nie mniejszym stopniu, niż innych statystycznych (nie)płodnych. Ostatnie o czym myśli dwudziestolatek to wizyta u androloga. USG jąder oraz palec w tyłku dla zbadania prostaty? Fuuu i ble!

Jeszcze gorzej jest w kwestii zasadniczej, czyli z badaniem nasienia. I nie chodzi tu o problem moralny niestosowności masturbacji (bo generalnie tego właśnie wymaga badanie). Na wejście do tego pokoiku, w którym wszyscy wiedzą, co robię, nie przygotował mnie nikt nigdy i nikt nigdy mnie nie przygotuje. Nikt też by mnie nie przekonał, abym takie badanie wykonał profilaktycznie w wieku lat, powiedzmy, dwudziestu. Po co? Przecież mnie to nie dotyczy. W głowie mi się nie kręci, czuję się świetnie, dlaczego coś miałoby być nie tak? To nie mój problem, więc lepiej sobie oszczędzić tej wątpliwej przyjemności.

Rzecz w tym, że choć Wisława Szymborska z pewnością nie to miała na myśli, „znamy się na tyle, ile nas sprawdzono”. Wybierając przypadkowego faceta na ulicy i zadając mu pytanie „czy ma pan problem z płodnością?”, najpierw odbiorę strzał między oczy, a później coś w rodzaju „poj***ło cię?„. Doskonała większość zareaguje na to agresją (choć nie zareagowałaby tak na pytanie o cukrzycę albo hemoglobinę), gdyż po pierwsze „niepłodny” oznacza „niemęski”, po drugie „nie mam pojęcia, bo nigdy się nie badałem”, a po trzecie „co to w ogóle, k***a, za pytanie?”. Punkt pierwszy to mit, trzeci to uliczny trolling, ale ja chciałem się skupić na punkcie drugim.

Faceci padli ofiarą patriarchalnego systemu społecznego. Wpadli sami w zastawioną przez siebie pułapkę. Nigdy się nie badali, bo jeśli para nie mogła mieć dzieci, to przecież rozumie się samo przez się, że to kobieta jest niepłodna. Mężczyzna nigdy nie jest „winny”, jego to nie dotyczy. Samo badanie jest tak jakby… no… niemęskie i nie na miejscu, bo oznacza wątpliwości. Przecież na pierwszy rzut oka widać, że ze mną wszystko w porządku. Co innego kobieta – ona powinna się badać.

Drugą stroną tego medalu jest duża bezsilność medycyny wobec męskich problemów. Ponieważ mężczyźni nigdy się nie badali i nadal robią to niechętnie, to medycyna wciąż jest kiepska w rozwiązywaniu ich problemów. Wszystkie są niejako nowe i brakuje skutecznych sposobów leczenia. Właściwie to antidota ograniczają się do operacji żylaków powrózków nasiennych (jeśli jest takie wskazanie w wyniku badań USG) oraz faszerowania hormonami. Pierwsze jest dość prostą diagnozą i dość prostym leczeniem, drugie natomiast przypomina ruletkę (lekarz z reguły nie wie czy wyniki się po tym poprawią, czy pogorszą).

Ja doskonale rozumiem opór mężczyzn przed badaniami. Sam przez to przechodziłem. Nieraz czytałem opinie kobiet, które pisały „my musimy się nacierpieć podczas leczenia, a on ma tylko chwilę przyjemności i nie chce tego zrobić”. To prawda – diagnostyka kobiet jest trudniejsza, a leczenie często bardziej bolesne. Jednakże dla wielu facetów te badania są wielkim gwałtem na psychice. Dla mnie też były (choć nawiasem mówiąc – słyszałem o facetach, którzy traktowali je jak błahostkę).

Tyle, że ja za sprawą tych niekoniecznie przyjemnych badań dowiedziałem się, że to jednak JEST mój problem i doprawdy bardzo mnie to dotyczy. O wiele bardziej, niż bym chciał. Od tego się wszystko zaczęło dwa lata temu. W zamian dzisiejsze popołudnie planuję spędzić na zabawie z córką.

 

Komentarze: 2

Witaj Ally.
Dzięki za komentarz i ciepłe słowo.
Rzeczywiście, operacja żylaków powrózka nasiennego niekoniecznie rozwiąże problemy, bo przyczyn męskiej niepłodności może być znacznie więcej i mogą istnieć równolegle. Istnieją jednak zarówno badania korelacyjne (wskazujące na częstszy problem z żylakami u mężczyzn mających problem z płodnością) jak i badania statystyczne, wskazujące na poprawę parametrów nasienia w mężczyzn, którzy poddali się takiej operacji.
To oczywiście jest statystyka, zgodnie z którą ja i mój pies mamy średnio po trzy nogi. 😉 Tak samo w przypadku niepłodności męskiej – nie można statystyki przekładać na przypadki osobnicze i czasem taka operacja rzeczywiście nie spowoduje poprawy wyników. Tym niemniej w przypadku niepłodności i współwystępowaniu żylaków istnieje wskazanie do ich zoperowania.

Pozdrawiam ciepło i życzę wytrwałości w dalszej walce o szczęście.

Bardzo fajna strona i felietony, myślę że będą bardzo pomocne dla wielu osób – my wciąż walczymy…
Mały komentarz – niestety operacja żylaków powrozka nasiennego nie poprawia wyników nasienia, a co za tym idzie nie jest antidotum…
Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *