Najlepszy specjalista okazał się gburem. Pacjenci szczerze o polskich klinikach

Nawet najlepszy specjalista może być gburem, a najlepsza klinika czy przychodnia – nieprzyjazna pacjentowi. Coraz więcej niepłodnych par przy wyborze placówki, w której będą starać się o dziecko, zwraca uwagę na coś innego niż liczby, statystyki i miejsce w rankingu.

Helena i Wojtek o dziecko starają się już czwarty rok, a przez ten czas zdążyli być pacjentami kilku przychodni leczenia niepłodności. Na pierwszy ogień, całkiem naturalnie, poszła ta, która była najbliżej ich miejsca zamieszkania. Owszem, dowiedzieli się w niej, że leczenie jest konieczne, ale oprócz suchej instrukcji o podstawowych i pierwszych badaniach, zaleceniach na życie oraz tysiącu intymnych pytań, nie wynieśli nic poza przerażeniem i mnóstwem znaków zapytania.

Lekarz gbur, pacjent – kłębek nerwów

Przestraszeni diagnozą i z marną perspektywą szybkiego zajścia w ciążę, zaczęli szukać innej placówki – takiej, która nadal byłaby zarówno stosunkowo niedaleko, a jednocześnie mieściła się w zestawieniu tych najlepszych. – Człowiek w takiej sytuacji chce trafić do najlepszych specjalistów, sam przecież niewiele wie o tej chorobie, a znajomych pytać się wstydzi – mówi Helena. I zaraz dodaje, że ten właśnie wstyd czuła nie tylko sama przed sobą, ale w przychodniach. – Klinika leczenia niepłodności to nie jest poradnia rodzinna, do której przychodzą ludzie z różnymi przypadłościami, a ty nie umiesz powiedzieć, czy to z powodu żołądka, gardła, nadciśnienia czy hemoroidów, a już na pewno, że z powodu złych plemników czy kłopotów ze śluzem.

Specjalistyczną klinikę niepłodności od razu przekraczasz jako ten niepłodny – jesteś nim zarówno dla pani w recepcji, czekających na wizytę pacjentów i samego lekarza. Niepłodność sama w sobie jest stresem dla mnie, gdy jednak tego stresu i poczucia zażenowania doświadczam w przychodni, tracę energię i jeszcze bardziej się w sobie kulę – mówi Helena.

– Najgorsze jednak, gdy człowiek staje się punktem na liście rejestracyjnej – następny pacjent z taśmy – dodaje Wojtek, mąż Heleny, dla którego merytoryczna i konkretna wiedza, jaką chciałby wynieść po wizycie w gabinecie lekarskim, jest bardzo istotna. – Oprócz tego, że bardzo chcę być ojcem, chcę także poznać przyczynę, dla której nim nie jestem. Wytłumaczenie, rozrysowanie, pokazanie zdjęcia, a nawet odesłanie do jakiejś fachowej literatury, którą byłbym w stanie zrozumieć, tego oczekuję od każdego lekarza, a już na pewno takiego, któremu powierzam tak intymny problem.

Niestety, zdążyliśmy się przekonać, że nawet najlepszy specjalista może być gburem, a najlepsza prywatna przychodnia nie różni się klimatem od zatłoczonej i smutnej przychodni rejonowej, gdzie albo człowiek boi się odezwać, nie daj Boże zadać jakieś pytanie, bo po głowie dostanie po równo od recepcjonistki, jak lekarza. Klimat prosektorium nie może być w miejscu, w którym ma się urodzić nadzieja, a potem nasze dziecko – kończy Wojtek.

Para nie jest osamotniona w takim myśleniu, co gorsze – takich doświadczeniach. Cieszą się jednak, bo znaleźli rok temu przychodnię, wcale nie tak blisko swojego domu, w której poczuli się bezpieczni i po ludzku potraktowani. Na razie są na etapie kolejnych starań, wciąż czekają – zgodnie jednak mówią, że to czekanie zrozumieli i nie czują, że dalsze badania czy terapie to tylko naciąganie i tak odchudzonego ich portfela.

Pacjent – nasz pan

Badanie satysfakcji pacjentów staje się na szczęście dla placówek leczenia niepłodności coraz ważniejszym kryterium, na podstawie którego dokonują koniecznych zmian – zarówno w sposobie zarządzania kliniką, jak i doborze personelu. Dyrektorzy zdają sobie sprawę, że nie tylko liczba zatrudnionych w placówce embriologów czy uzyskanych ciąż dzięki metodom wspomagania rozrodu jest ważna, ale także – a może przede wszystkim – komfort pacjentów, których leczenie nie kończy się na jednej wizycie.

– W tak delikatnej i intymnej kwestii, jaką jest leczenie niepłodności, osoby odpowiedzialne za jakość usług w przychodni powinny brać pod uwagę zdanie i opinię pacjenta.  Z jednej strony ważne jest doświadczenie i wiedza pracujących w przychodni specjalistów, sprzęt, w jaki zaopatrzona jest klinika, ale z drugiej strony stoi pacjent – osoba dla nas najważniejsza, z której zdaniem powinniśmy się liczyć. Tworząc FertiMedica, kierowałam się w zasadzie odpowiedzią na jedno pytanie: „Jaka powinna być przychodnia, w której sama chciałabym się leczyć? – mówi Marta van der Toolen, założycielka Centrum Płodności FertiMedica w Warszawie, stosunkowo młodej placówki, ale coraz bardziej zauważalnej na mapie klinik i docenianej przez pacjentów.

Na pytanie, w którym momencie zaczyna się właściwe traktowanie pacjenta,  Marta van der Toolen odpowiada bez zastanowienia: Od samego początku! – Taka właśnie idea przyświecała nam, gdy powstawała FertiMedica. I cieszę się, że właśnie tak opisują nas pacjenci! A tych nie brakuje. 

Żarty na bok? Nie tutaj

W poczekalni, która bardziej przypomina elegancko urządzony korytarz w apartamencie niż klasyczną recepcję, czuje się bardziej zapach świeżej kawy niż laboratoryjny chłód. W gabinetach surową i nowoczesną aparaturę maskują ciepłe odcienie różu i latające motyle. Rzeczywiście pierwsze wrażenie – bardzo dobre. Potwierdza to zresztą para czekająca na na swoje wejście do gabinetu. Na pytanie, czy bardzo się stresują wizytą, odpowiadają, że wcale – co więcej, trafili tu niespełna rok temu i od tamtej pory zdążyli poczuć się tu jak u siebie. – Wspaniali ludzie tu pracują. A mamy niestety porównanie, bo to nasza druga klinika, którą polecili nam tym razem niepłodni znajomi. Lekarze nie mają tu nic wspólnego z obrazem zadufanego w sobie specjalisty z prywatnej placówki. Trzeba tego doświadczyć, by się przekonać – mówi z uśmiechem drobniutka blondynka, która za dwa dni podejdzie drugi raz do in vitro. – Rzeczywiście, z bardzo pozytywnym odzewem naszych pacjentów spotkała się „walka”, jaką wytoczyliśmy stresowi.

Wiemy, jak bardzo napięcie wywołane stresem, potrafi w istotny sposób przeszkodzić skutecznej terapii niepłodności. W walce z nim ważne jest więc wszystko, co zredukuje złe emocje: od postawy lekarza i położnej, przez szczegółowość informacji, jaką udziela się pacjentce, przez pomoc doświadczonego psychologa, a nawet zastosowanie elementów medycyny wschodniej, które umożliwią powrót do równowagi – przyznaje Marta van der Toolen.

Efekt? Pacjentki podkreślają to, na czym zależało założycielce: profesjonalizm, życzliwość, staranność i empatia w podejściu do każdej z nich, indywidualne traktowanie, minimalizowanie stresu.

– Wiem, co będą mi robić, wiem, po co. Jestem spokojniejsza, a w dodatku lekarz sypie żartami, a ja wychodzę jak po terapii śmiechem – śmieje się jedna z pacjentek. Inna dodaje: „Może moje wyniki nie są takie jak bym chciała, jednak personel-marzenie. Podczas którejś z wizyt nie umiałam zrozumieć, o co chodzi z tymi zależnościami między niepłodnością moją i męża. Lekarz wyciągnął kartkę i zaczął mi wszystko rozrysowywać, łącznie z narysowaniem mnie i małżonka”.

– Najtrudniejsze w procesie budowania naszej przychodni rzeczywiście było znalezienie odpowiednich ludzi do współpracy. Dla mnie jasne było, że wysoka jakość usług FertiMedica może zostać zapewniona tylko przez osoby, które utożsamiają się z filozofią kliniki i skłonne są wdrożyć w życie wzorce, które podpowiedziały zarówno doświadczenia moje, jak i innych pacjentów. Po ponad roku działalności w nowej siedzibie mogę powiedzieć, że udało nam się takich ludzi znaleźć i stworzyć miejsce, w którym sama chciałabym się leczyć i widzę, że to dobry kierunek – podsumowuje Marta van der Toolen.

***

FertiMedica wprowadziła bardzo dokładny i szczególny system monitorowania zadowolenia pacjentów z przychodni i jej usług – w ślad za nią idą kolejne placówki. 


Polecamy także:

U ginekologa masz swoje prawa – sprawdź jakie

Kobiecość w rozsypce – 14 pytań na temat chorób macicy

Agata Daniluk

Dziennikarka, life coach, redaktor naczelna Plodnosc.pl. Pisząc o psychologii i zdrowym stylu życia, pamięta, że szczęściu trzeba trochę pomóc.
Komentarze: 1

Wspaniała atmosfera jest klinice Invicta w Gdańsku. W recepcji są zawsze uśmiechnięte Panie, nikt nie biega nie śpieszy się. Wszystko robionione jest w atmosferze spokoju. Na korytarzu nie czuć tego odrażającego szpitalnego zapachu, którego tak nie lubię. Oczywiście wizyty i leczenie są płatne, ale są to pieniądze, które wiem, że wydaję słusznie i dbam o zdrowie, ale tem o komfort psychiczny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *