depresja poporodowa

Natalia: Tak bardzo czekałam i starałam się o dziecko, a gdy się pojawiło, zaczął się koszmar

Depresja poporodowa – Wasze #historieoniepłodności

Najpierw przedłużające się starania o ciążę. W końcu – po trzech latach – upragnione dwie kreski na teście. Radość. Szczęście. Zdrowa i spokojna ciąża. W końcu ostatnia prosta czekania – tym razem z realnym terminem pojawienia się ukochanego dziecka. Gdy jednak marzenie staje się rzeczywistością – wszystko jakby pęka. Szok. Strach. Niechęć. Od 9 miesięcy choruję na depresję poporodową. Nie jest łatwo przyznać się do tego, zrozumieć to, co się dzieje. I właśnie dlatego dzielę się  z wami moją historią… – pisze w liście Natalia.

Długie starania o ciążę i horror jednej kreski

Zacznę moją historię od początku. O ciążę i dziecko starałam się 3 lata. Dla mnie trudne, długie lata. Wiem, że niektóre z was pomyślą: Co to jest 3 lata? Uważam jednak, że każde starania – czy krótsze, czy dłuższe – tak samo bolą.

Miałam 24 lata, gdy zaczęliśmy razem z mężem starać się o dziecko. Bardzo pragnęliśmy zostać rodzicami. Po kilku miesiącach nieudanych prób, mąż zbadał nasienie. Było wzorowe. Ja też się zbadałam: miałam sprawdzane hormony, drożność jajowodów, monitoring owulacji. Wszystko było w normie. Nie wiedzieliśmy, skąd problem. Skończyły się pomysły, co jeszcze zbadać, aby dowiedzieć się, dlaczego nie mogłam zajść w ciążę.

Najgorszy był dzień okresu. Znacie to dobrze, prawda? Horror jednej kreski. Wyłam w poduszkę i pytałam, dlaczego ja nie mogę mieć dziecka? Że nie ma sprawiedliwości na tym świecie. Że patologia zachodzi w ciążę – ludzie piją , ćpają i co? Oni mają zdrowe dzieci! Płakałam, gdy dowiedziałam się, że któraś kobieta z mojego otoczenia jest w ciąży. Ciężko mi było rozmawiać z kobietami w ciąży lub mającymi malutkie dzieci. Bardzo mocno zazdrościłam innym stanu błogosławionego.

Polecamy: Niepłodność kontra ciąże znajomych kobiet – jak sobie poradzić z emocjami

Moja głowa nie umiała odpuścić

Razem z mężem wpadliśmy na pomysł, by wyjechać na wakacje za granicę – w tym czasie studiowałam, zmieniłam pracę. Mówią przecież: „wyluzuj, wyjedź na wakacje, odpocznij…” Niestety, nie w naszym przypadku. Moja głowa nie odpuszczała, cały czas myślałam o dziecku. Wciąż korzystałam z testów owulacyjnych, swój organizm znałam bardzo dobrze, wiedziałam, kiedy dochodzi do owulacji, kiedy najlepiej się kochać, jakie pozycje stosować. Nic nie pomagało.

Jestem wierząca, choć trudno wierzyć, że dobry Bóg zsyła ci taki los, takie problemy i takie cierpienia psychiczne. Postanowiłam się modlić do świętej Rity – patronki spraw beznadziejnych, do św. Stanisława Paczyńskiego – patrona tych, którzy starają się o potomstwo. Byłam na kilku mszach o uzdrowienie. Miałam chwilę zwątpienia, że Bóg nie pomaga, ale jakoś zawsze powracałam do wiary i przepraszałam Boga, że w niego czasami nie wierzyłam.

Po trzech latach nieowocnych starań, pomyślałam, że trzeba znaleźć klinikę i skorzystać z inseminacji. Zrobiliśmy razem z mężem potrzebne badania, wykonano trzy monitoringi owulacyjne i przy tym trzecim monitoringu pani doktor powiedziała, że pęcherzyk ma prawidłowe wymiary i można przystąpić do inseminacji. Moja radość była ogromna i oczywiście stres, czy się uda.

Razem z mężem czekaliśmy w poczekalni, aż on odda nasienie, przebadają je i mi podadzą. Po wyjściu z kliniki przyszedł stres, różne myśli i długie czekanie – ponad dwa tygodnie, bo właśnie wtedy miałam wykonać test z krwi beta HCG. Po badaniu poszłam do pracy i cały dzień myślałam, jaki będzie wynik wieczorem. Po 19.00 sprawdziliśmy wynik. Okazało się, że jestem w ciąży.

Ciąża – nareszcie!

Nie mogliśmy w to uwierzyć, obydwoje płakaliśmy i śmialiśmy się ze szczęścia. Mąż jeszcze pojechał po testy ciążowe – obydwa były pozytywne. Po kolejnych dwóch tygodniach poszłam do ginekologa, ciąża została potwierdzona, już było widoczne serduszko. Pracuję w przedszkolu, więc od razu skorzystałam ze zwolnienia lekarskiego, bo obawiałam się, że mogę zachorować i może coś się stać maleństwu – tym bardziej że to była jesień.

Całą ciążę dobrze zniosłam, byłam bardzo szczęśliwa, każdy dzień był dla mnie jak dar od Boga. Codziennie dziękowałam Bogu i świętym, że jestem w ciąży. Miałam urodzić pod koniec lipca. Moja córka pośpieszyła się i zaczęły mi odchodzić wody w 38. tygodniu ciąży. Moim marzeniem było urodzić naturalnie, niestety tak się nie stało. Rodziłam naturalnie do ósmego centymetra rozwarcia. Okazało się, że dziecko źle się wstawia w kanał rodny i grozi zamartwicą. Natychmiast podjęto decyzję o cesarce. Zgodziłam się, ale płakałam, że to nie tak miało być.

Córeczka urodziła się 8 lipca, po zbadaniu jej, pokazano mi ją. Nie mogłam uwierzyć, że to maleństwo jest moje. Całowałam ją i płakałam.

Na sali operacyjnej powiedziano mi, że mam endometriozę I stopnia. Do tej pory nie wiem, jak to się stało, że zaszłam w ciążę i to za pierwszym podejściem do inseminacji, przecież mam endometriozę. Zastanawiam się, czy to może za sprawą modlitwy mam teraz dziecko?

Moim kolejnym marzeniem było karmić córeczkę piersią. Karmiłam tylko przez 10 dni, miałam za mało pokarmu, trzeba było dokarmiać mlekiem modyfikowanym.

Przerwane szczęście…

I potem stała się tragedia, której nie życzę żadnej kobiecie. W trzeciej dobie po porodzie zaczęłam płakać, że nie jestem dobrą matką, bo dziecko mi się zasikało na rożek niemowlęcy. Koleżanka z sali powiedziała mi: Nie przejmuj się, w trzeciej dobie szaleją hormony i pojawia się baby blues, który przechodzi po kilku dniach. Niestety, mi nie przeszło. Codziennie płakałam, że nie jestem dobrą mamą, że za wolno wszystko robię. Że nie wiem, jak prawidłowo ubrać dziecko. Że nie daję rady jej wykarmić piersią. Że nie ogarnę pracy zawodowej i wychowania dziecka, itp.

Przeczytaj: 5. doba po porodzie – to wtedy może zacząć się najgorszy czas dla matki

W dziesiątej dobie po porodzie ze zmęczenia zasnęłam na kanapie w salonie. Tuż przed zaśnięciem modliłam się, by podziękować Bogu za ten dar dziecka. Mąż poszedł do małej, bo płakała. Po chwili przyszedł i mnie zawołał, a ja dostałam ataku paniki. Usiadłam na podłodze i krzyczałam, że słyszę Boga. Potem wymawiałam całą rodzinę, kto jest dobry, a kto nie. Atak trwał bardzo długo – około 4 godzin. Czułam się nieświadoma. Miałam wrażenie, że umrę, a za chwilę – że ktoś mi pomoże i będzie dobrze.

Mąż zadzwonił po pogotowie. Zabrano mnie do szpitala psychiatrycznego. W karetce cały czas mówiłam o tym, co się wydarzy, bo Bóg mi to mówi.

Gdy już dojechałam do szpitala, przeprowadzono ze mną wywiad. Nie byłam w stanie odpowiedzieć na wszystkie pytania. Ogromnie bałam się, co teraz ze mną będzie, co będzie z moim wymarzonym dzieckiem. Na szczęście mąż do mnie przyjechał, a po rozmowie z lekarzami, przytulił mnie i próbował do mnie dotrzeć. Uspokoiłam się, wysłuchałam męża i lekarza. Zgodziłam się, żeby zostać na noc w szpitalu. Podano mi tabletki, położono na korytarzu, po którym chodził przeraźliwy pan, który wył. Tabletka zadziałała i zasnęłam.

Na drugi wypisałam się na żądanie – mąż mnie zabrał do domu. Dostałam  receptę i powiedziano, że była to psychoza poporodowa, a teraz mam depresję poporodową. Pierwszy raz o czymś takim usłyszałam – nikt mi nie mówił, co to jest psychoza, o depresji też rzadko się mówi. Kilka zdań o tym było na szkole rodzenia, ale nikt nie opowiada, jak dokładnie wygląda depresja.

Razem z mężem i dzieckiem przeprowadziliśmy się na kilka tygodni do rodziców. Czułam się dobrze, byłam pod opieką psychiatry. Uznaliśmy, że już pora zamieszkać w trójkę w naszym domu. Po dwóch tygodniach zaczęłam czuć lęk, był on związany z moją pracą i wychowaniem dziecka.

Miłość ulatuje, życie przestaje mieć sens

Po ponad dwóch miesiącach od porodu – z dnia na dzień czułam się coraz gorzej, zrobiłam się smutna, płaczliwa, nic mi się nie chciało, nie miałam siły ugotować obiadu, sprzątać, prasować. Powiedziałam do męża, że coś ze mną się dzieje, muszę spotkać się z psychiatrą. Udało mi się umówić od razu na wizytę do innego psychiatry. Powiedziano mi, że w tym momencie przechodzę depresję, dostałam  receptę na kolejne leki. Pani doktor ostrzegła, że na efekty trzeba czekać ponad dwa tygodnie.

Zaczął się koszmar. Leki nie zadziałały, ja dostałam myśli samobójczych, nie chciałam wstać z łóżka. Przestałam jeść, pić, przestałam kochać dziecko.

Przez kilka godzin potrafiłam siedzieć w jednym miejscu i patrzeć się w jeden punkt, z nikim nie rozmawiałam. Mąż zajął się córeczką, potem moi rodzice się do mnie sprowadzili. Po miesiącu mąż wziął kolejny urlop, bo rodzice już dłużej nie mogli u mnie mieszkać. Zmieniono mi leki, konsultowałam się z jeszcze jednym psychiatrą. Cały czas słyszałam, że mam ciężką depresję i trzeba czekać, aż leki zadziałają.

Nigdy czegoś takie nie czułam, wszystko mnie bolało. Tylko dzięki pomocy męża wstawałam i razem z nim wykonywałam drobne obowiązki. Martwiłam się, że przecież pragnęłam dziecka, a teraz jej nie kocham. Dziwiło mnie to, co jest w mojej głowie, nie mogłam tego zrozumieć. Moim jedynym marzeniem było to, żeby się zabić.

Po trzech miesiącach brania leków, jakby coś drgnęło. Zaczynałam wykonywać coraz więcej obowiązków, zaczęła przychodzić miłość do dziecka. Po pół roku od porodu mąż wrócił do pracy, ja przestałam się bać zostać z dzieckiem, wykonywałam wszystkie obowiązki, opiekowałam się córką. Poszłam na terapię. Na początku była rzadko – co drugi tydzień przez 50 minut. Do terapii podeszłam trzeci raz i w końcu udało mi się znaleźć fantastyczną psychoterapeutkę, która zastosowała metodę leczenia EMDR*.

Na dzień dzisiejszy nadal czuję lęk, boję się wrócić do pracy, boje się przyszłości, cały czas myślę, czy będę dobrą mamą, czy dam radę ją wychować. Brałam leki kilku różnych firm – żaden w 100% nie pomaga. Każdy dzień jest dla mnie walką, bo są dni dobre – kiedy uśmiecham się, mam dobry humor, a są dni, gdy płaczę, gdy nie wiem, co ze mną będzie – czy kiedyś przestanę się bać pójść do pracy. Jedyne co mi pozostało, to wierzyć w metodę EMDR, że ona mnie postawi na nogi i że kiedyś nie będę żyła z lękami.

Niestety, ze względu na koronawirusa, terapia odbywa się przez Skype’a i przez to nie można korzystać z metody EMDR, bo do niej używa się słuchawek. Na szczęście raz w tygodniu rozmawiam z terapeutką i cierpliwie czekam, kiedy skończy się pandemia.

Polecamy: Depresja poporodowa u mężczyzny – częstsza niż się wydaje

Nie wstydźcie się swoich emocji – depresja poporodowa to nie wstyd, to choroba

Kochane mamy, przyszłe mamy. Nie opisuję mojej historii, żeby Was wystraszyć. Chcę, żebyście się dowiedziały, co to jest depresja, jak może ona zniszczyć życie, że może ona przytrafić się NAM – KOBIETOM, które starały się długo o swoje wymarzone dziecko. Jak ważna jest pomoc ze strony rodziny i szybkie zareagowanie, dostrzeżenie choroby, skontaktowanie się z psychiatrą, a potem z dobrym psychologiem.

Mam nadzieję, że kiedyś wyjdę z tej strasznej depresji już do końca. Że przestanę brać leki i na nowo będę szczęśliwym człowiekiem.

Wam życzę z całego serducha, abyście szybko zaszły w wymarzone ciąże i abyście nie musiały przechodzić tego, co ja. Uważam, że nie warto tracić nadziei. Musicie wierzyć, że zostaniecie mamami. Trzymam za Was kciuki. Za siebie też.

Natalia

* Terapia EMDR, opracowana w Stanach Zjednoczonych przez Francine Shapiro, jest często wykorzystywanym podejściem terapeutycznym w odniesieniu do pracy z traumą i zaburzeniami lękowymi. 

 

PRZECZYTAJ TAKŻE: Niepłodność, samotność, kwarantanna. „I znów musimy czekać…”

Niepłodność, samotność, kwarantanna. „I znów musimy czekać…”

 

Karolina Wagner

Dziennikarka, redaktorka, absolwentka Polonistyki na UW. Woli słuchać niż mówić, biegać niż siedzieć, medytować niż dywagować.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *