Mój pierwszy dzień w Indiach

Indie, mój pierwszy dzień

kolorowi mieszkańcy Indii

 Moja przygoda z Indiami zaczęła się ponad 10 lat temu. W kolejnych latach wracałem tam około 20 razy, aby poznać różne  rejony tego kraju. Za każdym razem starałem się poznawać ich inną część – od egzotycznych plaż południa, przez nieprzebyte dżungle, po himalajskie krainy północy. Nigdy nie zapomnę mojego pierwszego spotkania z Indiami i przyjazdu do Delhi. Pierwsze dni w dużym mieście indyjskim to silny szok. Zalew intensywnych emocji, fascynacji, przerażenia i  niedowierzania.

 

Oto moja krótka relacja z tego czasu

W Delhi, stolicy Indii, samolot ląduje w środku nocy. Wsiadamy do autorikszy – cena przejazdu została wcześniej ustalona. Nigdzie indziej taksówkarze nie oszukują tak jak na lotnisku w Delhi.  Często wywożą nieświadomych turystów do innej części miasta niż chcieli, innego hotelu, a potem żądają wysokiej opłat za drogę.  Nikt nie chce, aby go zostawiono w ciemnej uliczce na obrzeżach miasta. Tym bardziej, kiedy jest tu pierwszy raz… Jedziemy do centrum 20 kilometrów. Powietrze jest pełne kurzu i pyłu, a to dopiero początek. Drogą poruszają się różnorodne pojazdy: riksze motorowe i rowerowe, autobusy, tiry,  stylowe Ambasadory oraz nowoczesne auta. Wjeżdżamy do centrum i wkraczamy w inny świat i inny czas. Droga, którą jedziemy, jest w opłakanym stanie: pełna dziur, wszędzie porozrzucane są śmieci. Budynki to wielopoziomowe, poobdzierane, konstrukcje, które mieszczą wielopokoleniowe rodziny. Mieszkańcy miasta już śpią – jest dobrze po północy.

 

Ulicami przechadzają się krowy – zdumiewający widok

 

na ulicy w środku miasta

Na ulicy w środku miasta/ fot. Tomasz Tułak

Na ulicy w środku miasta/ fot. Tomasz Tułak

Na ulicy w środku miasta/ fot. Tomasz Tułak

 

 

 

 

 

 

 

Teraz to moi najlepsi przyjaciele z indyjskich miast. Delhi w nocy przypomina mroczny, niesamowity i trochę budzący trwogę labirynt, który ciągnie się bez końca.  Prawie nikogo nie ma na ulicach. Można iść kilometrami i nie zobaczyć żywej duszy. Dojeżdżamy do domu w Starym Delhi, w którym mieszka moja siostra. Wykłócamy się z rikszarzem o pieniądze, ponieważ żąda więcej niż zostało wcześniej ustalone. Wszystko jest tak zupełnie inne. Wdrapujemy się na trzecie piętro. Za zasłoną i metalowymi drzwiami znajduję się mała klitka – moje nowe indyjskie mieszanie w przybudówce na dachu kamienicy. Składa się ono z łazienki, niewielkiej wnęki, która służy jako kuchnia, jednego łóżka oraz materaca, leżącego na podłodze. Dostaję honorowe miejsce na  dywanie, gdzie mogę się wygodnie rozłożyć.  W pokoju mieszkają zaprzyjaźnione jaszczurki, przemykające się po ścianach z kąta w kąt.  Przyglądanie się im relaksuje. Odpoczywam. Płynie strumień opowieści. Dowiaduję się o życiu w indyjskiej stolicy. Z ulicy dochodzą mnie dziwne odgłosy. Nie mogę zasnąć. Ktoś przechadza się na zewnątrz – systematycznie słychać jak uderza metalowym prętem o mury. Stróż nocny daje znać mieszkańcom,  że osiedle jest strzeżone.  To mnie uspakaja. Zasypiam i jestem szczęśliwy, że znalazłem się w tak innej niż europejska rzeczywistości. Nareszcie.

O poranku powoli otwieram oczy

 

Rodzina siedząca na ulicy

Rodzina siedząca na ulicy/ fot. Tomasz Tułak

Zza okna docierają do mnie różnorodne dźwięki: jazgot osiedlowej ulicy, o tej porze pełnej ludzi i samochodów, głośna indyjska muzyka, co chwila ktoś na ulicy krzyczy ,,maryyyja’’ lub coś podobnego. Jest piękny słoneczny dzień. Otwieram metalowe drzwi do naszego przytulnego schronu. Delhi, a raczej dachy budynków, skąpane są we mgle, smogu, dymie.. Wygląda trochę jak miasto w chmurach.  Po smacznym śniadaniu, składającym się jogurtu z kawałkami owoców: mango i ćiku (łączącego smak gruszki i wygląd ziemniaka) oraz płatków owsianych. Mam przejść poranną inicjację –  kupić mleko „double toned” (2% procent) w sklepie, znajdującym się w gąszczu ulic. Schodzę na dół, otwieram drzwi. Nie mogę przez nie przejść, ponieważ stoi w nich krowa i wcale nie chce się ruszyć.  Po drugiej stronie małej ulicy dostrzegam dziwną postać z pomalowaną na czerwono twarzą, czerwonym strojem i długim ogonem (jak się potem okazało to gorliwy wyznawca boga Hanumana). Wpatruje się we mnie ze zdziwieniem. Co ja mam powiedzieć i jak zareagować? Nie wiem kto jest bardziej  zdziwiony. Powoli udaje mi się odsunąć  krowę. Zmagania z nią budzą rozbawienie i śmiech grupy umazanych smarem hindusów ze znajdującego w pobliżu warsztatu. Serce zaczyna bić mi mocniej, przyspiesza oddech. Wąską ulicą płynie tłum ludzi i zwierząt, kobiety w barwnych sari, rowerowe riksze kierowane przez zmęczonych i brudnych rikszarzy, sikhowie w kolorowych turbanach, brodaci sadhu (,,świeci mężowie”) o długich włosach, żebracy, dzieci, krowy, psy. Wszyscy są na ulicy, bo właśnie tu koncentruje się życie.

Jestem szczęśliwy

 

Sikhowie w turbanach

Sikhowie w turbanach/ fot. Tomasz Tułak

Jak w transie przemierzam ulicę, „płynę w tym oceanie pełnym kolorów i dźwięków”. Odwiedzam znajdujące się wokół mnie małe sklepy, w których wybór artykułów jest dość ograniczony. Z powodu tego ogromu wrażeń, nagłego zastrzyku adrenaliny, wstrzykniętego mi przez indyjską ulicę (a Indie to potrafią odurzyć), zapominam, gdzie mam wrócić. Szukam go chyba godzinę. Sprawdzam po raz trzeci ten sam dom i wreszcie nabieram pewności, że to właśnie tu mieszkam. Po południu jedziemy do centrum. Widzę Delhi w całej jego krasie. Miasto zdumiewa bogactwem ludzi, kolorów, zapachów. Jestem zewsząd otoczony przez tłum. Tłum, w którym nie można pozostać obojętnym, nie można się nudzić. Jest tu przepych, jakiego nie można zobaczyć chyba nigdzie. Hinduscy ,,dżentelmeni” ubrani w koszule i spodnie od garniturów, lecz niestety niemający możliwości, by je zmieniać, gdy są brudne. Kalecy i nie żebracy, których można spotkać na każdym kroku. Sprzedawcy i handlarze, część z nich bardzo nachalnie usiłuje sprzedać to, co oferuje. Starcy wylegujący się na powyciąganych z domów pryczach, bawiące się dzieci, grupy młodzieńców i mężczyzn, specjaliści wszelkich profesji: fryzjerzy, krawcy, mechanicy. Krowy powoli przemierzające ulice. Stada wynędzniałych psów. Rozmaitość zapachów przypraw, kadzideł, perfum, potu, ekskrementów –  ich niewyczerpana gama – to najlepsza szkoła dla organu zmysłu, którym jest nos. Uderza mnie to jak wyglądają sklepy, przeznaczone dla bogatych hindusów. Liczba osób stanowiących obsługę jest w nich parokrotnie większa, niż jest rzeczywiście potrzebna. Na sklep z odzieżą przypadają pracownicy otwierający drzwi (w białych rękawiczkach), kasjer, główny sprzedawca, osoba przynosząca i odnosząca towar z półek oraz osoby pilnujące klientów.  Miłe miejsce dla kogoś, kto lubi aby mu nadskakiwano. Czasem  w sklepach obsługa ledwo się mieści, ale Hindusi potrafią sobie z tym radzić. W małej budce z napojami zmieściło się czterech pracowników. Stoją w rzędzie i każdy się uśmiecha, robiąc reklamę budce. Problem zaczyna się dla nich w momencie, kiedy trzeba się przemieścić, aby podać klientowi towar.

 

Ruch uliczny to dżungla

 

Część orszaku weselnego

Część orszaku weselnego/ fot. Tomasz Tułak

Jedni z mieszkańców miast - langury

Jedni z mieszkańców miast – langury/ fot. Tomasz Tułak

 

 

 

 

 

 

 

 

W tumanach kurzu i spalin przemieszczają się riksze, rowery, samochody. Zasady ruchu ograniczają się do tego, że trzeba kontrolować drogę przed sobą – pole uwagi to 180 stopni przed pojazdem. To, co jest za kierowcą, ma już drugorzędne znacznie. Największe szanse przetrwania w tej dżungli mają kierowcy pojazdów największych oraz ci najsprytniejsi i najbardziej drapieżni. Specjalnie uprzywilejowany jest tu jednak przechodzień, który (jeżeli jest to możliwe) z powodu natężenia ruchu może zatrzymać samochód wystawiając rękę. Tego władczego gestu warto się szybko nauczyć. Jednak należy mieć świadomość, że nie obowiązuje to na drogach szybkiego ruchu. Na gest ten  nie reagują duże pojazdy np. autobusy. Życie religijne miasta to azjatycki barok. Tysiące świątyń różnych hinduskich bóstw i wyznań rozsianych po całym mieście. Odwiedzałem świątynie hinduistyczne, dżinijskie, buddyjskie, muzułmańskie, chrześcijańskie. Po ulicach przechadzają się pomarańczowo ubrani sadhu – hinduscy asceci, ,,święci mężowie’’. Cały czas mają miejsce różne ceremonie religijne, wesela, pogrzeby itd. Pewne przejawy życia religijnego mogą być mocno odczuwalne, szczególnie jeżeli się nie przywykło do hałasu. Na ulicy, gdzie mieszkam, pewna pobożna staruszka stawia głośnik na oknie i bardzo głośno odśpiewuje mantry, „na cały regulator”. Kolejnym „głośnym problemem” są wesela, szczególnie kiedy mieszka się blisko domu weselnego, a procesja weselna swoją kakofoniczną muzyką potrafi obudzić umarłego, a już w zupełności jest to nie do zniesienia o dwunastej w nocy. Miałem  wątpliwą przyjemność mieszkania w takim miejscu przez pewien czas… Delhi to tętniący życiem moloch, który zdumiewa, przeraża i fascynuje.  Lecz to nie tylko ocean ludzi, który opisuję. Jest tu wiele spokojnych i pięknych zakątków: cudowne rozległe parki, stare forty, pałace, przestrzenie na południu miasta, w których można zaczerpnąć czystego (może czystszego) powietrza i odpocząć.  Jednak najlepiej po pewnym czasie wyjechać z hałaśliwej stolicy  na spokojną indyjską wieś, gdzie można się już w pełni odprężyć.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *