Oburzająca wypowiedź radnej – oto do czego porównała dzieci z in vitro

Mimo przekonania, że walczę z wiatrakami, wciąż mam silne poczucie potrzeby prostowania bzdur, które wypowiadają osoby publiczne na temat in vitro. Tym razem radna z Poznania popisała się medyczną wiedzą.

In vitro w Poznaniu

Poznań dołączył niedawno do miast, które zdecydowały o finansowaniu in vitro z budżetu miasta. Gratuluję.  Nikt nie oczekuje, że projekty takie zyskają poparcie osób zbliżonych do partii rządzącej. Niemniej jednak można oczekiwać, że dyskusja na ten temat będzie miała choć odrobinę merytoryczny charakter. Tym razem moje żywe zainteresowanie wzbudziła poznańska radna reprezentująca PiS – pani Ewa Jemielity.

Niestety, tam gdzie zaczyna się polityka, kończy się merytoryczna dyskusja, a zaczynają wygrywać emocje. Okazuje się po raz kolejny, że problem ten dotyczy nie tylko tej dużej polityki, robionej w Warszawie na Wiejskiej, ale także tych małych, lokalnych, jak ta poznańska.

Pani Jemielity była łaskawa nazwać metodę in vitro weterynaryjną. Na tym jednak nie poprzestała (choć w tym wypadku milczenie faktycznie byłoby złotem) i dodała, że dzieci z in vitro są niczym owieczka Dolly. Oprócz tego oczywiście padały oklepane argumenty, że in vitro nie jest leczeniem, bo pacjent po in vitro nadal jest niepłodny.

Wypowiedź ta nosi wszelkie znamiona steku bzdur przyprawionego sosem z absurdu. Po pierwsze, trudno uznać jakąkolwiek technikę medyczną stosowaną u ludzi za weterynaryjną. To, że kotu usztywnia się złamaną łapę, nie sprawia, że każdy chirurg zakładający gips zezwierzęca swojego pacjenta. Normalnym jest w historii medycyny, że najpierw stosuje się pewne metody leczenia u zwierząt, nim zostaną one zastosowane u ludzi. I nie widzę w tym niczego nadzwyczajnego. Jeśli cokolwiek miałoby mnie oburzać to fakt, że niektóre eksperymenty są prowadzone na zwierzętach niepotrzebnie, ale to już temat na oddzielny i dłuższy felieton.

In vitro? A może klonowanie?

Nasz stek bzdur został jednak przez panią radną dobrze wysmażony, gdyż postanowiła wzmocnić swoją argumentację nieszczęsną owieczką Dolly. Biada tym, który nie odróżniają pojęć, a próbują się nimi posługiwać.

In vitro jest techniką zapłodnienia pozaustrojowego. Owieczka Dolly była natomiast pierwszym sklonowanym ssakiem. Nikt nie stosował techniki in vitro w celu powołania do życia Dolly. Klonowanie jest czymś zupełnie innym niż in vitro i kiedy ktoś zabiera głos debacie publicznej na temat IVF mógłby sobie zadać trud, aby to sprawdzić. Inaczej ośmiesza siebie i powagę swojego urzędu.

In vitro nie leczy niepłodności?

Sos do naszego steku bzdur stanowiły oklepane argumenty mające dowodzić, że in vitro nie leczy, a jedynie umożliwia przyjście na świat dziecka. Para pozostaje niepłodna. Pisałem o tym już kiedyś, ale przypomnę, skoro jest ku temu okazja.

Niejedna para, która doczekała się swojego pierwszego dziecka dzięki technice in vitro, drugie dziecko poczęła naturalnie. To może (choć nie musi) dowodzić, że IVF stanowi przełamanie pewnej bariery w organizmie kobiety.

Po jej pokonaniu uzyskanie następnej ciąży staje się łatwiejsze. Argument ten można próbować podważyć (co chętnie uczynią przeciwnicy tej metody), stawiając tezę, że jeśli para uzyskała drugą ciążę bez wsparcia in vitro, to być może w ogóle nie było konieczne sięganie po tę metodę w celu uzyskania tej pierwszej.

Drugi argument jest jednak, w moim przekonaniu, niepodważalny. Niepłodną parę najczęściej mało interesuje to, czy po in vitro stają się płodni, czy też nie. Liczy się efekt. Fakt, że zostali rodzicami. Nie zależy im, aby nagle zacząć się mnożyć niczym króliki (przepraszam za to weterynaryjne nawiązanie), ale na tym, żeby zrealizować się w roli rodziców.

Niczym pacjent z krótkowzrocznością, otrzymujący okulary. Po ich założeniu nadal nie jest wyleczony i jest ofiarą krótkowzroczności, jednak dzięki szkłom korekcyjnym może żyć i funkcjonować w miarę normalnie. W leczeniu krótkowzroczności nie chodzi o to, aby pacjent miał sokoli wzrok i mógł zostać snajperem.

Jeśli niepłodnym parom można jakoś pomóc – należy to zrobić. To, czy dzięki tej pomocy staną się płodni czy też nie – ma, moim zdaniem, znaczenie wtórne. Bo istotą jest cel. A celem są dzieci, nie płodność sama w sobie.


PRZECZYTAJ TAKŻE: 

Poznań pokryje 100 proc. kosztów in vitro oraz procedurę adopcji zarodków

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *