Gdy rodzina się odwróci albo nie rozumie… Oto historia Ewy i jej samotna walka

Mama jest zagorzałą przeciwniczką in vitro, siostry mają już swoje dzieci, więc nie rozumieją problemu, a teściowie nie chcą uwierzyć w fakt, że ich jedynak może mieć problemy z płodnością. Skąd czerpać siły w samotnej walce? Wzajemna miłość i ogromne pragnienie małych stópek daje moc, którą mało kto jest w stanie zrozumieć.

Masz już dwóch synów z poprzedniego małżeństwa – mają 21 i 23 lata. Były to ciąże naturalne, bez żadnych starań i problemów?

Ewa: Tak, to były ciąże normalne. Można powiedzieć, że to młodzieńcze wpadki. Pierwszy syn urodził się, kiedy miałam 19 lat i byłam w V klasie technikum. Wtedy wszyscy twierdzili, że z małym dzieckiem nie dam rady skończyć szkoły – jednak ją skończyłam i nawet obroniłam dyplom. Drugiego syna urodziła tuż przed ukończeniem 21 roku życia.

Już wtedy lekarze podejrzewali u mnie torbiele na jajnikach, ponieważ moje miesiączki od zawsze były nieregularne (między jedną, a drugą to czas od 1 miesiąca do 4). Do tego od zawsze miałam problemy z wagą i nadmierne owłosienie – lekarze podejrzewają, że mam PCOS.

Z obecnym partnerem staracie się o dziecko już 5 lat i jak na razie nic z tego.

Staramy się od początku naszego związku. Nasze metryki są już mocno posunięte, więc nie było na co czekać. Po dwóch latach starań zgłosiliśmy się do profesora Opali, do prywatnego gabinetu, który zlecił szczegółowe badania dla mnie i partnera. Według jego interpretacji, jak i opinii późniejszych lekarzy ze szpitala na Polnej, kwalifikowaliśmy się do inseminacji. Przed każdym zabiegiem dostawałam leki, a nasienie było poddawane badaniu. Inseminacja była robiona czterokrotnie, na zasadzie, że powinna się udać. Potem oczekiwanie na poziom bety i znowu porażka. Przed ostatnią inseminacją dostałam dodatkowo trzy zastrzyki na pojawienie się pęcherzyków. Po nich utworzył się jeden pęcherzyk i ciałko żółte. Wówczas mięliśmy nadzieję, że się uda, jednak i tym razem nie wyszło… Niestety, mój narzeczony ma bardzo słabe nasienie, prawie zero ruchliwości i tylko 3 proc. prawidłowych plemników (czasem bywało nawet mniej). Przeszliśmy już 4 inseminacje – wszystkie niestety nieudane.

Twój obecny lekarz twierdzi, że postępowano do tej pory z wami nieetycznie. Co miał na myśli?

Powodem takiego stwierdzenia był fakt, że wszystkie wyniki badania nasienia przed każdą inseminacją wskazywały, że jakość plemników była tak słaba, że ledwo można ich było użyć do in vitro, nie mówiąc już o inseminacji. Straciliście więc czas, pieniądze i mięliśmy dodatkowo wiele, niepotrzebnego stresu. Gdybyśmy o tym wiedzieli, to w tym czasie mogliśmy podejść już do pierwszego in vitro.

Masz 42 lata, dlatego nie obejmuje cię żadna refundację zabiegu in vitro. Czy mimo tego będziecie podchodzić do niego komercyjnie? Z jakimi kosztami będzie się to wiązało?

Niestety, nie obejmuje nas żadna refundacja. Według mnie to bardzo niesprawiedliwe, ponieważ w naszym wieku mamy już dużo mniej czasu na naturalne staranie się. Cały rok zastanawialiśmy się, czy podołamy takim wydatkom – pracujemy na dodatkowych etatach i chociaż jest ciężko, wiemy jaki jest tego cel . Czas nas naglił, dlatego w końcu poszliśmy do banku, który udzielił nam pożyczki. Z polecenia obecnego ginekologa udaliśmy się MedArtu, do dr Żaka, specjalisty androloga, który poinformował nas, że musimy się liczyć z kosztami rzędu 10 000 zł. Oznacza to dla nas tylko jedno podejście.

Jest jeszcze jeden problem. Wasza walka jest samotna, nie macie żadnego wsparcia rodziny. Wspominałaś, że twoja mama jest wrogiem in vitro. Wiesz, dlaczego ma takie zdanie na ten temat?

Po pierwsze, moja mama jest bardzo wierząca. Po drugie popiera PiS, a co za tym idzie według niej in vitro z założenia jest złem. Według niej to mieszanie się w rolę boga, a do tego uśmiercanie zarodków, które nie zostały wykorzystane. Na pierwsze wspomnienie mamie o in vitro stwierdziła, że zwariowałam i każda rozmowa na ten temat, nawet wtedy, kiedy chodziło tylko o poglądy, kończyła się kłótnią. W końcu powiedziałam jej, że nie musi o tym myśleć, bo nas na to nie stać, więc temat się skończył, jednak poglądy mamy wciąż są takie same. Wiem, że gdybym zwierzyła się siostrom, mama bardzo szybko by się o tym dowiedziała… Lepiej niech żyje w błogiej nieświadomości. Nie chcę jej również uprzedzać do przyszłego wnuczka lub wnuczki. Jak już nam się uda i dziecko będzie na świecie, to pokocha jak pozostałe. Czy powiem jej w jaki sposób został poczęty? Tego, póki co nie wiem, czas pokaże.

Mama należy do grona najbliższych osób. Nie jest ci z tym źle? Jak reaguje reszta rodziny?

Oczywiście, że jest mi z tym źle. Bo nie mam komu powiedzieć, jak mi ciężko, jak boję się każdego wyniku, który jest kwalifikacją do upragnionego in vitro, komu się pożalić, jak wiele wyrzeczeń nas to kosztuje. Zna mnie i wie, że zawsze dopinam tego, co sobie zaplanuje, a poprzeczki stawiam bardzo wysoko. 5 lat temu podeszłam do matury, której nie zdałam, kiedy urodził się Adam. Faktycznie ciężko było się przygotować z małym dzieckiem na kolanach. Z początku rodzina stwierdziła, że nie dam rady, że jestem za stara na naukę, a ja się zaparłam i pokazałam wszystkim na co mnie stać – zdałam maturę i poszłam na studia (obroniłam licencjat dwa lata temu, a w tym roku tytuł magistra).

Po tym wszystkim uważam, że jeśli czegoś bardzo pragniesz, to trzeba brnąć do przodu z głową do góry. Chcieć to móc – to moje życiowe motto.

Jednak oprócz mojej mamy naszej sytuacji nie rozumie również pozostała część rodziny… Najmłodsza siostra ma 25 lat i właśnie została mamą – chociaż jest za in vitro, to jednak nie popiera go u siebie w rodzinie. Druga siostra ma 39 lat i też ma córeczkę. Jej pociecha ma 5 lat, więc też nie rozumie problemu z którym się zmagamy. Na chwilę obecną nie możemy powiedzieć im o tym, że podchodzimy do in vitro. Może kiedyś, czas pokaże…

Również rodzina twojego narzeczonego nie popiera waszych starań o dziecko. O zaistniałą sytuację obwiniają ciebie, twierdzą, że to ty nie chcesz mieć dzieci…

Rodzice narzeczonego, a właściwie jego mama posądziła mnie wprost, że biorę tabletki antykoncepcyjne (podpowiedziała jej to jej siostra i siostrzenica). Skoro już mam dzieci z pierwszego związku, to dla nich rzeczą oczywistą jest, że na pewno nie chcę mieć już następnych. Była nawet zdolna do tego, że przeszukała moje rzeczy, w których znalazła dowód potwierdzający własną tezę – stare opakowania tabletek antykoncepcyjnych (brałam je w poprzednim związku, wtedy nie chciałam mieć dzieci). Staraliśmy się rozmawiać z rodziną mojego partnera.

Kiedy pokazaliśmy jej wyniki nasienia, to przy następnym rodzinnym spotkaniu od tejże kuzynki narzeczonego usłyszałam, jak mówi jego mamie, że takie wyniki można kupić na “czarnym rynku”. To była dla mnie bardzo nerwowa sytuacja. Nie wiedziałam, skąd przyszedł jej do głowy taki pomysł…

Takie stwierdzenia bardzo bolały. Potęguje to fakt, że przyszła teściowa nadal nie wierzy, że jej jedynak może mieć problemy z poczęciem potomstwa. Jest jeszcze przyszły teść – w końcu uwierzył temu, co mówi jego żona, jednak chociaż nam nie pomaga, to przynajmniej nie przeszkadza. Oliwy do ognia dolewa jeszcze 92-letnia babcia, która mimo tego, że nie ma pojęcia o problemach swojego wnuka, to i tak stwierdza, że to ja nie chcę mieć dzieci. Każdy nas wyjazd do szpitala na inseminację, był odbierany za kłamstwo i wymyślanie. I tak po wielu kłótniach i obrażaniu mnie, 1,5 roku temu wyprowadziliśmy się, żeby mieć trochę spokoju, bez dodatkowego stresu. To trudne, gdy zamiast wsparcia otrzymuje się od najbliższych kłody pod nogi.

A twoje dzieci, bądź co bądź są już dorosłe. Co one sądzą na ten temat? Chcą mieć młodsze rodzeństwo?

Kiedyś tylko napomknęli, czy czasem nie spodziewam się dziecka. Twierdzą, że to moja sprawa, mam jednak myśleć o sobie – bo przecież nie jestem już najmłodsza… Zostali z ojcem po naszym rozstaniu, więc nie chcę ich stawiać między młotem, a kowadłem. Myślę, że się domyślają, że chcemy im sprawić młodsze rodzeństwo, jednak nie komentują tego. Mają dobry kontakt z moim narzeczonym i chcę by tak zostało. Sami nie mają jeszcze swoich rodzin, więc i nie szczególnie rozumieją nasz problem.

Skąd zatem bierzecie siły do dalszej walki? Większość par, z którymi rozmawiam czerpią ją właśnie ze wsparcia najbliższych. Wy raczej nie możecie na nie liczyć.

Jedyne wsparcie mamy w sobie. Ja jestem szaloną optymistką i zawsze mówię, że ten wóz muszę ciągnąć za nas dwoje. To ja zawsze mówię, że będzie dobrze, że w końcu się uda. Chociaż oczywiście były takie chwile po inseminacjach, że i mnie brakowało wiary, ale wtedy przypominałam sobie zdanie i złotą myśl: “Co nas nie zabije, to nas wzmocni”. Kiedy spotyka nas taki ból wyczekiwania, to wtedy wydaje się, jakby wszystkie kobiety w ciąży zmówiły się, że będą nas mijać, a każdy taki widok wywołuje ból i ogromny smutek. Mimo że moja siostrzenica ma 4 miesiące, mój narzeczony nie wziął jej na ręce, bo twierdzi, że nie da rady. Smutek jest zbyt duży. Dla mnie to też nie jest łatwe, ale nie mogę tego unikać, bo może to wywołać nieporozumienie w rodzinie. Staramy się dążyć do upragnionego celu – szukamy sposobu na to, żeby w końcu poczuć w sobie nowe życie, a w domu ten cudowny zapach niemowlęcia, gaworzenie i cichy tupot małych stópek. Liczymy na to, że w końcu usłyszymy długo wyczekiwane „mamo”, „tato”.

Rozmawiała: Paulina Ryglowska-Stopka

Polecamy także:

7 lat trudnej walki bez skutku. Anna: „To nie ta chwila”

30-latki z menopauzą. Jak zatrzymać przedwczesne wygasanie jajników

Droga do szczęścia często prowadzi przez bank nasienia

 

Paulina Ryglowska-Stopka

Autorka książki (jako Laura Lis) "Moje in vitro. Historia prawdziwa", w której pisze, że cuda się zdarzają i nigdy nie należy tracić nadziei.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *