In vitro: duma czy wstyd, czyli jak powiedziałam rodzinie o swojej niepłodności

Powiedzieć, czy nie powiedzieć, że podchodzimy do in vitro? Oto jest pytanie. Pytanie, które zadaje sobie wiele par walczących z niepłodnością. A odpowiedź wcale nie jest taka łatwa, bo i niełatwe w odbiorze mogą być niekiedy reakcje naszych najbliższych.

Bo prawda jest taka, że jak powiemy, to mogą na nas krzywo patrzeć, wytykać palcami, obgadywać. Jak nie powiemy, to ciągle będziemy musieli się tłumaczyć, wymyślać wymówki, dlaczego nie mamy jeszcze dzieci.
Czytając wasze historie, muszę stwierdzić, że jest to naprawdę poważny problem. I należałoby rozważyć go na dwóch płaszczyznach.

Rodzina a in vitro

Po pierwsze: czy powiedzieć o tym fakcie rodzinie i znajomym? Rozważmy plusy i minusy.

Jeśli nie zdecydujecie się na ujawnienie informacji o in vitro, musicie liczyć się ze standardowymi pytaniami cioci, wujka, babci „tyle lat po ślubie i jeszcze nie macie dzieci”, „kiedy w końcu będą już te wnuki”, wciąż tylko praca i kariera, kiedy wreszcie pomyślicie o dzieciach”, „niedługo już będzie za późno na dzieci i zostaniecie sami na starość”. Można wszystkie te pytania przyjąć na klatę, nic nie odpowiadać albo odwrócić je w żart typu „czekamy na promocję w Tesco” (tekst mojego męża). Możecie również wyjść z kontratakiem i opryskliwie odpowiedzieć, że to tylko i wyłącznie wasza sprawa i nikomu nic do tego.

Moim zdaniem oba rozwiązania są chwilowe. Do czasu następnego spotkania. Nasz ludzi gatunek ma to do siebie, że lubimy być wścibscy i wszędzie wtykamy swój nos. A jak  ja to załatwiłam z rodziną?

Gdy miarka się przebrała…

Początkowo działał tekst o Tesco, ale po pewnym czasie nikt już tego nie kupował i dalej wszyscy drążyli nam dziurę w brzuchu na temat dzieci. Moja cierpliwość dobiegła końca. Z natury jestem osobą skromną i dość wstydliwą, ale miarka się przebrała.

Byliśmy kiedyś z mężem na przyjęciu rodzinnym. Akurat wtedy byłam stymulowana do pierwszego podejścia in vitro. Brałam zastrzyki, więc nie piłam alkoholu. I znowu zaczęły się TE pytania: dlaczego nie piję, pewnie jestem w ciąży i nic nie mówię. Gdy muzyka ucichła, a wszyscy usiedli do stołu, ja wstałam, podniosłam szklankę z wodą do góry i powiedziałam: drodzy goście, aby ułatwić wam zgadywanie, dlaczego nie piję, powiem wprost – podchodzimy do in vitro, ponieważ nie możemy mieć dzieci w sposób naturalny. Obecnie jestem stymulowana lekami, przy których nie można spożywać alkoholu. Gdyby ktoś chciał znać szczegóły naszej niepłodności, zapraszam na osobistą rozmowę. Dziękuję za uwagę i życzę miłej zabawy.

Miłe zaskoczenie

Usiadłam i dopiero po chwili dotarło do mnie, co zrobiłam. Czułam, że moje ciśnienie sięga zenitu i zaraz eksploduję. Tak się nie stało. Co zatem się stało? Nic. Najnormalniej w świecie nic. Po mojej przemowie nastała chwila ciszy, po czym każdy zajął się swoimi sprawami. Od tamtej pory nie przypominam sobie sytuacji, w której pojawiłyby się pytania z cyklu, kiedy będą dzieci.

Poczułam, że zrzuciłam z siebie kamień, który ciążył mi wiele lat. Przestałam już unikać spotkań rodzinnych, trudnych i wymijających odpowiedzi. Poczułam się wolna i szczęśliwa (przynajmniej w tej kwestii). Być może miało to również wpływ na odblokowanie mojej psychiki, dzięki czemu drugie in vitro się powiodło.

Przygotowania do in vitro są olbrzymim stresem, po co zatem dodawać sobie jeszcze dodatkowe?!

In vitro a praca

Drugą kwestią, którą należałoby rozważyć, jest praca – czy powiedzieć o in vitro w pracy? Wiadomo, że procedura IVF wymaga wiele czasu, czasu z góry określonego przez lekarza. Jak znowu wytłumaczyć swoją nieobecność w pracy, dlaczego znowu jej nie ma, nigdy nie wiadomo, czy dzisiaj będzie, czy nie.

To dylematy, z którymi niepłodne pary spotykają się na co dzień. Dla niektórych może to być błahy, dla nas to dodatkowy problem, z którym trzeba się zmierzyć.

Nie każdy pracodawca będzie zadowolony z faktu, iż jego pracownica zamierza zajść w ciążę. W pewnych sytuacjach zawodowych trzeba taką sytuację po prostu zataić. Ja miałam ten komfort, że mogłam powiedzieć o tym wprost, nie bojąc się o swoją przyszłość w firmie. Dzięki temu mogłam bez większego problemu urwać się z pracy na czas wizyty u lekarza.

Decyzja o in vitro to indywidualna sprawa każdej z nas

Powiedzieć czy nie powiedzieć o in vitro to indywidualna sprawa każdej z nas. Nie można nikogo do tego zmusić. Każda z nas ma inną sytuację rodzinną, zawodową. Nie podlega żadnej dyskusji, że jest to decyzja niezwykle trudna. Dlatego ja – choćbym chciała wam powiedzieć: odwagi, powiedzcie o tym wprost, nie zrobię tego. Jak do każdej decyzji w życiu, tak i do tej, trzeba po prostu dojrzeć i być pewnym tego, co się robi czy mówi.

 

Paulina Ryglowska-Stopka

Autorka książki (jako Laura Lis) "Moje in vitro. Historia prawdziwa", w której pisze, że cuda się zdarzają i nigdy nie należy tracić nadziei.
Komentarze: 2

Szczęśliwa mamo, bardzo się cieszę, że się udało i macie córeczkę 🙂 My również mamy synka i to prawda-najważniejsza w tym wszystkim jest miłość i szczęście, którego nie da się wyrazić żadnymi słowami :-)) Życzę powodzenia !!!

I tak i nie. Z jednej strony rodzice nawet przeczuwali że przystępujemy do programu więc nie byli zaskoczeni , lecz bardzo szczęśliwi że potwierdziły się ich przypuszczenia 🙂 z drugiej strony rodzice no cóż od razu wiedzieliśmy że nie powiemy za bardzo konserwatywni i religijni i mimo że bardzo ich kochamy to wolimy nic nie mówić. I tak jest nas 5 osób wtajemniczonych, ale za to do kochania naszej cudnej córeczki to są tłumy 🙂 Co do pracy niestety praca w korporacji nie pozwala na tak intymne zwierzenia więc nikt nic nie wie, ale nagimnastykować się trzeba było żeby prawda nie wyszła na jaw. Od razu wiedzieliśmy, że to zrobimy w momencie kiedy lekarz powiedział że nie ma innej opcji. Tym razem z własnych funduszy chcemy przystąpić do kolejnego in vitro i mamy nadzieje że też się uda za pierwszym razem 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *