w grupie siła

W grupie siła

Dlaczego ukrywałaś fakt, iż nie możesz zajść w ciążę?

Ktoś zadał mi kiedyś pytanie – dlaczego ukrywałaś fakt, iż nie możesz zajść w ciążę? Moja odpowiedź: wstydziłam się, tak, po prostu się tego wstydziłam. Na to kontra: Ale czego, przecież niepłodność to choroba jak wiele innych. Czy jak masz grypę to też się z tym ukrywasz? Dobre pytanie. Mądre pytanie. Co na nie odpowiedzieć? Dlaczego wstydziłam się mojej, naszej niepłodności? Nieprzypadkowo piszę to w czasie przeszłym, ponieważ teraźniejszość wygląda zupełnie inaczej – już się jej nie wstydzę, nie mam czego, wręcz przeciwnie, jestem dumna z siebie, z tego, że udało mi się wygrać walkę z niepłodnością i tym samym dać naoczny dowód innym parom, że jednak można. Nie jest to walka z góry przegrana.

Moje pierwsze lata walki z niepłodnością ukrywałam we własnych czterech kątach. Nienawidziłam chodzić na rodzinne spotkania. Wiedziałam, że zaraz wszystkie ciotki, babcie, kuzynki zaczną wypytywać kiedy będą dzieci, już tyle lat po ślubie i nic. Mąż zawsze sprytnie ucinał temat i mówił po prostu „czekamy na promocję w Tesco”. Zazwyczaj wywoływało to powszechny śmiech i zmianę tematu. Ale ileż można czekać na tę promocję 🙂 Zaczęłam unikać więc nie tylko spotkań rodzinnych, ale i wizyt u znajomych, zwłaszcza tych, którzy sami spodziewali się dzieci. Nie umiałam cieszyć się z ich szczęścia. Zazdrościłam im. Zazdrość to ludzka rzecz. Bolało mnie to bardzo. Nie umiałam się z tym pogodzić. Myślałam, że jesteśmy jedyną parą, która nie może mieć dzieci, wciąż pojawiało się pytanie, dlaczego akurat my, co takiego zrobiliśmy w życiu, że Bóg tak nas ukarał.

Co zatem stało się takiego, że nagle przestałam ukrywać się w cieniu niepłodności?

Gdy byłam już w ciąży, mąż namówił mnie, abym napisała książkę, coś w rodzaju pamiętnika o naszych staraniach. Co mi tam, pomyślałam. Pewnego wieczoru usiadłam i zaczęłam po prostu pisać. I tak powstała moja książka. Na tamtą chwilę jeszcze wstydziłam się ujawniać światu, dlatego wydałam ją pod pseudonimem. I tak to wszystko się zaczęło. Po emisji książki zaczęłam otrzymywać mnóstwo maili od Was, od par takich jak my, które walczą o dziecko. Przeczytałam dziesiątki historii podobnych do naszej, niektóre miały szczęśliwe zakończenie, inne niestety nie. Wszyscy dziękowali mi, że napisałam tę książkę. Zaczęli utożsamiać się z nami. Zrozumiałam, że nie jesteśmy sami. Jest nas więcej, dużo, dużo więcej.

Postanowiłam, że powinniśmy przestać się ukrywać i wyjść na ulicę. Wykrzyczeć całemu światu nasz ból, rozpacz, naszą radość z dwóch kresek na teście ciążowym, uświadomić społeczeństwu, że niepłodność boli i jest chorobą, którą należy leczyć jak wiele innych.

Po pewnym czasie od emisji książki, dostaliśmy z mężem zaproszenie do wzięcia udziału w reportażu o in vitro (tytuł reportażu to „Bój o dziecko”). Mieliśmy wystąpić w telewizji. Tego nie dało się już ukryć. Oczywiście mogliśmy się nie zgodzić, ale nawet przez chwilę nie przyszło nam to do głowy. Nagranie odbyło się nad morzem, akurat jak byliśmy na wakacjach. Pani redaktor zadzwoniła czy możemy spotkać się w Mielnie na głównym deptaku. O rany. To było wyzwanie. Szczerze mówiąc myślałam, że będzie to skromne nagranie, tylko my, kamera u nas w mieszkaniu, a nie na głównym deptaku jednego z najbardziej odwiedzanych wakacyjnych kurortów 🙂 Nie pomyliłam się, ludzi było mnóstwo. Nie mogliśmy znaleźć miejsca, gdzie by tu usiąść i spokojnie porozmawiać. Nie byliśmy nawet odpowiednio przygotowani, mieliśmy na sobie jedynie krótkie spodenki, koszulkę – strój typowo wakacyjny. Trudno. Nie to było w tym najważniejsze.

Żadni z nas celebryci, chodziło o pokazanie, że nie należy się ukrywać ze swoimi problemami. Trzeba dać sobie pomóc. Aby to zrobić, trzeba mówić o problemie, nie zamiatać go pod dywan.

Cieszę się, że mogłam wziąć udział w nagraniu i  pokazać wszystkim jakiego wspaniałego i pięknego mamy synka. Udowodnić również, że z in vitro nie powstają „potworki”- Igorek pod żadnym względem takiego nie przypomina. Dlaczego o tym wspominam? Dostałam informacje od innych osób, iż przeciwnicy metody twierdzą, że dzieci z in vitro to potworki. Pozwolicie, że nie będę tego tematu w tym felietonie poruszać. Dużo by o tym mówić, a może czasem warto to po prostu przemilczeć i nie komentować. Cel reportażu był jeden – uświadomić społeczeństwu, że problem niepłodności istniał, istnieje i zawsze będzie istniał. Nie ukrywajmy się z tym, nie ma czego się wstydzić. Jest to choroba naszych czasów.

Myślę, że jeśli chodzi o mnie to problem leżał również po stronie mojej psychiki – jako kobieta czułam się niespełniona, gorsza od innych, które mogą i mają dzieci. Teraz wiem, że to była głupota, jak można oskarżać samego siebie o to, że jest się chorym.

Poprzez mój felieton, który nie jest pisany już pod pseudonimem, chciałam pokazać się Wam jako ja, kobieta, która rozumie problem trudnej walki o dziecko i która, dzięki Wam i Waszym historiom mogła przejrzeć na oczy. Za to z całego serca dziękuję.

Podziwiam wszystkich tych, którzy nie boją się pokazać innym jak walczą o swoje szczęście i życzę całej reszcie, która, jak ja kiedyś, zamyka swój problem we własnych czterech kątach, aby zrozumieli że nie są sami, jest nas naprawdę dużo. Pamiętajcie – w grupie siła!!!

 

Paulina Ryglowska-Stopka

Autorka książki (jako Laura Lis) "Moje in vitro. Historia prawdziwa", w której pisze, że cuda się zdarzają i nigdy nie należy tracić nadziei.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *