W walce z niepłodnością wtórną

W walce z niepłodnością wtórną: Nikt nie mówił, że macierzyństwo jest takie trudne…

Pamiętnik Młodej cz.3

Pierwsze dni razem – matka i córka – były takie… dziwne. Nie było eksplozji radości i miłości, ale raczej stres, niepewność, rozczarowanie sobą i wiele wyrzutów sumienia. Córka nieustannie płakała, ja nie mogłam, nie umiałam jej karmić, ona nie chciała spać, jeść, a nawet dać się odłożyć do łóżeczka. Byłam u kresu sił…

 


Chcesz być na bieżąco z historią Młodej, opowieściami o pierwszej ciąży i trudnymi staraniami o drugie dziecko? Przeczytaj Pamiętnik Młodej cz.1 i Pamiętnik Młodej cz.2.


 

Matka i córka – tak blisko i tak daleko…

Z biegiem czasu zaczęłam się nad wszystkim zastanawiać. Przede wszystkim najważniejsze pytania, jakie mnie po prostu dręczyły co dosłownie 5 minut to:

Czemu TO dziecko tak płacze? Co robię nie tak? O co jej chodzi?

Mała, już będąc w szpitalu, dawała do wiwatu. Odkąd jesteśmy w domu, sprawdzam po sto razy, czy zrobiłam wszystko, jak trzeba. Mówię do siebie w myślach i powtarzam jak mantrę każdego dnia po kilka razy: nakarmiona, przewinięta, nie jest przegrzana, jest na rękach… to dlaczego tak bardzo płacze? Co robić? Jesteśmy same w domu.

Płaczę razem z nią z tej bezsilności i trzymając ją na rękach, dzwonię do przychodni, bo już nie mam pomysłów, czemu tak krzyczy od ponad godziny? Co jest nie tak? Może jest chora? Dzwonię przez kolejną godzinę i nikt nie odbiera, a dziecko usnęło prawdopodobnie z wycieńczenia.

Odkładam maluszka do łóżeczka, ale, jak zwykle, z niepowodzeniem. Jest po prostu nieodkładalna… Za każdym razem historia się powtarza. To moje pierwsze dziecko i nie wiem, czy to normalne, czy każdy maluch jest taki? Z czasem dowiem się, że zwyczajnie trafił nam się “wyjątkowy egzemplarz”.

Tymczasem trzymam ją dalej w objęciach i próbuję się z nią położyć i sama przysnąć, bo rozbolała mnie głowa ze stresu.

Płacz, nieustanny płacz

Mijały dni, dziecko płakało nadal. Ja powoli traciłam pokarm, którego nie było nigdy dużo. Próbowałam przystawiać Małą do piersi, pobudzać laktatorem laktację co godzinę, piłam herbatki, ale wszystko na nic. Z każdym dniem było gorzej. Mój najlepszy wynik z dwóch piersi jednorazowo to zaledwie 120 ml, miało to miejsce dwa tygodnie po porodzie. Potem zaczęły się schody. Byłam wyczerpana, na skraju sił, marzyłam tylko o tym, żeby moje dziecko dało mi chwilę snu. Niestety, córka jadła, po czym ulewała fontanną i po godzinie było znowu głodna i tak 24h/dobę, w nocy też.

W końcu nastał TEN dzień. Znowu wycie wniebogłosy bez przyczyny. Po nakarmieniu KPI (niestety po CC nie miałam NAWAŁU pokarmu – córka była karmiona KP, KPI i MM) wystąpiła wysypka i brzydki stolec u Małej. Badania wykazały, że ma prawdopodobnie skazę białkową. Ja byłam już na bardzo restrykcyjnej „diecie matki karmiącej” jeszcze sprzed czasów PRL-u, więc byłam na skraju rozpaczy, że miałabym jeszcze zrezygnować z nabiału. No, ale czego się nie robi dla dziecka? Co z tego, że nie śpię od 3 tygodni i chciałabym najlepiej umrzeć. Spróbowałam… dla NIEJ.

Niestety, próba się nie powiodła i wysypka występowała nadal. Przeszliśmy na mleko Nutramigen i jak ręką odjął – wysypka zniknęła, ale płacz niestety nie. Miałam ogromne wyrzuty sumienia.

Głos rozsądku był blisko

Wtedy pojawiła się na horyzoncie moja szwagierka. Mój mąż namówił ją na rozmowę ze mną. Była to jedyna osoba wśród wszystkich wokół, która nie uważała mnie za złą mamę. Nie oszukujmy się, bo tak naprawdę nie chciałam już karmić piersią, byłam tym wycieńczona… Była to jedyna osoba, która wytłumaczyła mi, że MAM PRAWO nie karmić piersią i nie trzeba się przejmować krytyką i uwagami otoczenia. Wtedy to było światełko w tunelu, cień nadziei, że chociaż ktoś mnie rozumie i też karmił piersią tylko 3-4 tyg., że to ŻADEN wstyd.

Po tygodniu wizyta u pediatry i ponowna próba KPI w celu sprawdzenia, czy z moim mlekiem faktycznie jest coś nie tak. Specjalnie przez cały dzień jadłam tylko: suchy chleb, pierś z kurczaka, marchew i piłam dużo wody, żeby w mleku nie było żadnego alergenu. Po próbie córka miała wysypkę.

Znowu się pojawiły te złe myśli…

Jestem beznadziejna, nawet mam złe mleko dla dziecka i nie mogę go wykarmić.

Dlaczego miałam tę cesarkę? Gdybym urodziła naturalnie to miałabym dobry pokarm dla dziecka.

Dlaczego ona płacze? Na pewno czuje, że ja jestem poirytowana, zła i nie pałam do niej żadnym uczuciem.

Dlaczego jej nie kocham? Jestem beznadziejna, bo wszystko co przy niej robię jest bez miłości niczym robot – automatycznie bez uczuć (oprócz poczucia obowiązku oczywiście).

Te pytania i złe myśli towarzyszyły mi stale bez przerwy non stop.

Po beznadziejnym spotkaniu z psychiatrą, leczeniu córki i siebie na bakterię e-coli (w 7 tyg. życia miała antybiotyk) doszło wiele innych problemów zdrowotnych u córki. Przyszedł też moment, kiedy chcieliśmy wykonać badania na ojcostwo. Nikt nie był w stanie pojąć, po kim Mała ma oczy – ciekawiło to całą rodzinę, a mi ciągle przypominało się to zdanie położnej „po pani było jeszcze 5 cesarek” – no przecież mogli się pomylić, prawda?

Cena 4 tysiące zł. za badanie bardzo nas zraziła, a dodatkowo pytanie mojego taty „I co zrobisz? Oddasz ją?” utwierdziło mnie w tym, że pomimo wszystko… nie, nie oddam jej. Po prostu chciałam wiedzieć…

 

P.S. Dla otuchy…

Po ponad 4 latach trafiłam na pewną położną, doradcę laktacyjnego, prowadzącą szkołę rodzenia… okazało się, że jej synek (również hipotrofik) miał uczulenie jak moja Młoda – na mleko własnej matki. Zdarza się to niezwykle rzadko, ale jak ciężko musiało być tej położnej, która na co dzień walczy o każdą kroplę mleka u wielu kobiet? Jednak nie byłam z tym sama…

c.d.n.

 

POLECAMY TAKŻE:

W walce z niepłodnością wtórną: To nie tak miało wyglądać!

 

Agnieszka Woźniak

Redaktorka i korektorka językowa. Pisze od kiedy pamięta, a w międzyczasie zajmuje się tropieniem zagubionych przecinków i poprawianiem błędów ortograficznych

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *