Wierzę w Boga, w miłość i… in vitro. Kościół nie ma z tym nic wspólnego

Czy można wierzyć w Boga, a jednocześnie starać się o dziecko metodą in vitro? Czy kiedykolwiek będzie zgoda między instytucjonalnym Kościołem, a wiernymi, którzy na kolanach proszą nieinstytucjonalnego Boga o pomoc i pomyślność leczenia? Czy dzieci poczęte metodą pozaustrojową są inne, gorsze, potępione? A może nie ma żadnego Boga, albo… ten, który jest, nie przemawia przez usta biskupów i kardynałów?

To tematy trudne, kontrowersyjne, niebezpieczne wręcz, gdy porusza się je w gronie konserwatywnych katolików. I sama długo zastanawiałam się nad tym, czy w ogóle poruszać ten temat. Z drugiej strony – dlaczego nie? To temat ważny, co więcej – ze strachu przed Kościołem, potępieniem, skazą tych innych, wielu z nas, niepłodnych, podejmuje bardzo złe decyzje. Walka z niepłodnością wpłynęła także i na moje nastawienie oraz zaufanie do Kościoła.

Bój się Boga…

Urodziłam i wychowałam się w rodzinie katolickiej, wierzącej i praktykującej. Zostałam ochrzczona, a co niedzielę i w każde święta zawsze uczęszczaliśmy na msze święte. Zwłaszcza moja babcia była osobą mocno wierzącą, zarówno w Boga, jak i Kościół. Ksiądz był dla niej kimś świętym, osobą wręcz nie z tego świata, na którą broń Panie Boże powiedzieć coś złego. Swoje przekonania wpajała również we mnie. Jako dziecko przyjmowałam i chłonęłam je jak gąbka. Kościół powoli i dla mnie stawał się niemal wyrocznią.

Kryzys mojej wiary nastąpił w momencie rozpoczęcia walki z niepłodnością. Wszystkie nasze (moje i mojego męża) medyczne poczynania, nie były zgodne z prawem kościelnym. Szczerze? Nie bardzo się tym przejmowaliśmy. Mięliśmy swój cel, do którego chcieliśmy dążyć. Nie jako bezbożnicy, ale ludzi myślący, kochający i pragnący obdarzyć miłością nasze dzieci.”

Uważam, że pewne dwie kwestie należy od siebie odróżnić i rozgraniczyć: kościół – instytucję, kierowaną przez zwykłych ludzi, zrodzonych z krwi i kości, takich samych jak każdy z nas, mających swoje przekonania i poglądy, oraz wiarę w Boga – naszą wewnętrzną prawdziwą wiarę, nasze wewnętrzne sumienie, myśli.

Niektórzy uważają, że jedno i drugie jest nierozłączne. Nie zgadzam się! Wierzyć w Boga i modlić się można wszędzie, w każdym miejscu, o każdej porze dnia i nocy. Niekoniecznie trzeba to robić w kościele, wysłuchując kazań księży, którzy nierzadko obrażają nas niepłodnych. Można im po ludzku wybaczyć – nie rozumieją być może własnych słów wyuczonych, podręcznikowych, brzmiących jak wieczysta reguła. Wybaczyć, nie znaczy jednak zgadzać się na takie traktowanie. Nie!

Czy Bóg odwraca się od chorych?

Prawo kościelne zabrania stosowania in vitro. Hierarchowie kościelni uważają, że jest to „zabijanie nienarodzonych dzieci”. Naprawdę? A ja myślę, że to prawo ustala człowiek, nie Bóg – który przecież chce dla nas jak najlepiej. My jednak chowani jesteśmy w wierze w Boga groźnego, surowego, wszechmocnego, który w jednej chwili może zepchnąć nas w piekielne otchłanie. Mamy się wiecznie bać. Czy miłość, szczęście i pragnienie dziecka to coś, co jest złe?

Choć to pytanie retoryczne, wciąż je sobie zadaję: dlaczego wyższe władze kościelne nie chcą zrozumieć, że niepłodne pary podejmują się wszelkich sposobów, aby mieć dziecko? Dlaczego uważają, że to ludzka zachcianka, fanaberia, łatwizna?  Przecież to ciężka i długa walka z chorobą, jaką jest niepłodność. In vitro to nie tylko dla niektórych ostatnia deska ratunku, ale również duże obciążenie na zdrowiu fizycznym, psychicznym, także olbrzymi wydatek finansowy.

Naprawdę wystarczy nam lęku, bólu, rozterek, kłopotów i łez związanych z chorobą i trudnościami, które napotykamy w trakcie leczenia. Nie chcemy mieć tego wszystkiego jeszcze z powodu reakcji otoczenia. Czy naprawdę od potrzebujących można się tak odwrócić? Czy od chorych Bóg się odwraca? Niepłodność jest przecież chorobą jak każda inna. To tak jakby zabronić choremu na raka dostępu do chemioterapii, tylko dlatego, że jest ona niezgodna z czyimiś przekonaniami.

Wierzę w Boga, ale nie w Kościół

Gdy urodził się nasz syn, chcieliśmy go ochrzcić. I tak też się stało. Ale wiecie, co w tym jest najsmutniejsze? Otóż to, że nie powiedzieliśmy księdzu o tym, że jest z in vitro. W miejscowości bowiem, w której mieszkamy, wiara w Kościół i księży jest na tyle zakorzeniona, że gdybyśmy o tym wspomnieli, jestem pewna, nie dostalibyśmy zgody na chrzest.

I tu nasuwa się kolejne pytanie: dlaczego niewinne dziecko ma cierpieć za to, że jego rodzice nie mogli go spłodzić w sposób naturalny, że po prostu są chorzy? Dlaczego szczęśliwych rodziców zmusza się w pewien sposób do kłamstwa?

Straciłam zaufanie do Kościoła, ale – choć brzmi to być może jak herezja – nadal jestem osobą wierzącą. Wierzącą w dobrego Boga i w dobrych ludzi. W miłość bliźniego, który nie czyni innym, co jemu niemiłe. Wierzę w Boga, ale nie w Kościół pełen faryzejskich postaw.”  

Nigdy nie żałowaliśmy z mężem podjętej decyzji dotyczącej in vitro i nigdy nie będziemy żałować. Ilekroć spojrzę na moje uśmiechnięte dziecko, które nadaje sens każdemu kolejnemu dniu, dziękuję Bogu, że strach przed tym, co „powie” kościół, nie zasłonił nam oczu przed tym, co w życiu naprawdę ważne i prawdziwe.


PRZECZYTAJ TAKŻE:

O nadziejo przedziwna… Jak pasek Św. Dominika pomógł zajść w ciążę

 

Paulina Ryglowska-Stopka

Autorka książki (jako Laura Lis) "Moje in vitro. Historia prawdziwa", w której pisze, że cuda się zdarzają i nigdy nie należy tracić nadziei.
Komentarze: 7

Jestem osobą wierzącą ale w momencie podchodzenia do ivf z praktyką stało się gorzej. Bardzo bolało mnie, że kościół mnie potępia. Leżąc po transferze modliłam się do Pana Boga, żeby choć jedna z kruszynsk została ze mną… wysłuchał mnie. Pomógł przejść przez trudną ciąże. Przyszedł moment chrztu św. Mąż nie miał ochoty się spowiadać, ponieważ wychodzi z założenia, że nie zrobił niż złego. Mieszkamy na wsi, szczęście chciało że na czas mojej spowiedzi proboszcza zastępował młody, świeżo wyświęcony Ksiądz. Intuicja podpowiedziała mi, że pod koniec spowiedzi wspomniałam o tym, że moja Kruszynka jest z ivf. Ksiądz zaniemówił ale zaczął ze mną rozmawiać. Słyszał, że płaczę, dał rozgrzeszenie a wychodząc słyszałam jak dmucha nos 🙂 rozmawialiśmy jeszce później i prosił, abym nie wspominała o tym proboszczowi ,,bo wie pani, czego oczy nie widzą…” a chrzcząc naszą córkę wspomniał ,,o, jest nasz cud”. Tyle u nas, miałam szczęście, że trafiłam na takiego LUDZKIEGO księdza.

hej, fajny artykuł, ale nie rozumiem jednego… skoro odrzucasz kościół (pełen faryzejskich postaw i tu się z Tobą zgadzam!), straciłaś do niego zaufanie, to po co ochrzciłaś w nim dziecko? Można zawsze pozwolić dziecku zdecydować, czy chce być w tej instytucji, a wychowywać je do tego czasu w wierze katolickiej. „Wpisać się” w tej instytucji jest bardzo łatwo, ale „wypisać się” z niej już raczej niemożliwe. Niestety i ja miałam podobne przemyślenia odnośnie kościoła. Kiedyś nie wyobrażałam sobie nie wziąć ślubu kościelnego, czy kiedyś nie ochrzcić dziecka o ile się uda je mieć. Teraz? Kościół zupełnie nie jest mi potrzebny. Wręcz mnie przeraża swoją postawą wobec nas kobiet. Smutne to jest. Pozdrawiam ciepło!

Zgadzam się z wymową artykułu, ale wciąż nie rozumiem, dlaczego ludzie obrażani i wyklinani muszą wierzyć w Boga w kościele katolickim i jeszcze pchać tam dziecko.
Jest tyle innych chrześcijańskich wyznań, które nie mają problemu z IVF i jeszcze się pomodlą za powodzenie.
Czemu zaślepieni tradycją tkwicie w kościele katolickim, skoro i tak nie jest dla Was ważny kościół, tylko Bóg?
Jakby wszyscy nie zgadzający się z doktryną odpłynęli np. do protestantów to może kościół by przemyślał swoje stanowisko.

Piekny artykul. Dokladnie to samo mysle, wierze – ale w Boga, a nie w kosciol. Jak mowie o kosciele, to okreslam go „mafia”, ktora nie ma nic wspolnego z Bogiem i wiara. To ludzie, ktorzy nadal probuja utrzymac swoja wladze nad osobami wierzacymi. Ktorzy strasza nas Bogiem. A moze Bog wcale nie chce byc naszym postrachem? Dlaczego nadal sie mowi „bo Bog tak chcial”, kiedy kogos dosiegnie jakas tragedia? Czy Bog chce zeby kilkuletnie dziecko zostalo zabite/zachorowalo na ciezka chorobe/ciaza obumarla? Nie wydaje mi sie… Sami przypisujemy Bogu, to co chcemy.

Piekny artykul. Dokladnie to samo mysle, wierze – ale w Boga, a nie w kosciol. Jak mowie o kosciele, to okreslam go „mafia”, ktora nie ma nic wspolnego z Bogiem i wiara. To ludzie, ktorzy nadal probuja utrzymac swoja wladze nad osobami wierzacymi. Ktorzy strasza nas Bogiem. A moze Bog wcale nie chce byc naszym postrachem? Dlaczego nadal sie mowi „bo Bog tak chcial”, kiedy kogos dosiegnie jakas tragedia? Czy Bog chce zeby kilkuletnie dziecko zostalo zabite/zachorowalo na ciezka chorobe/ciaza obumarla? Nie wydaje mi sie… Sami przypisujemy Bogu, to co chcemy.

Co księża mogą wiedzieć na temat dzieci i niepłodności???? Czemu wtrącają się w nieswoje sprawy! Przecież Bóg chce dla ludzi jak najlepiej, więc też chce, żeby byli szczęśliwi!

Kościół niech zajmie się modlitwą! I mogę się śmiało pod tym podpisać
„…Nigdy nie żałowaliśmy z mężem podjętej decyzji dotyczącej in vitro i nigdy nie będziemy żałować. Ilekroć spojrzę na moje uśmiechnięte dziecko, które nadaje sens każdemu kolejnemu dniu, dziękuję Bogu, że strach przed tym, co „powie” kościół, nie zasłonił nam oczu przed tym, co w życiu naprawdę ważne i prawdziwe”!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *