„Biskupów chyba Bóg opuścił” – co wierzący myślą o in vitro?

In vitro to rodzaj „wyrafinowanej aborcji – grzmią hierarchowie Kościoła Katolickiego. Biskupów chyba Bóg opuścił – odpowiadają wierzący niepłodni, którzy dzięki tej metodzie mają lub za chwilę mieć będą upragnione dziecko.

Los metody in vitro w Polsce nie będzie zależał ani od głosu tysięcy kobiet, które latami leczyły swoją niepłodność wszystkimi możliwymi sposobami, aż w końcu usłyszały, że jedyną szansą jest dla nich zapłodnienie pozaustrojowe, ani od głosu niepłodnych mężczyzn w wieku rozrodczym, ani nawet od głosu ponad 75 proc. Polaków, którzy według badań CBOS z 2015 r. deklarują poparcie dla dostępu do leczenia in vitro dla małżeństw, a ponad 60 proc. zgadza się, by mogły skorzystać z tego także pary pozostające w związkach partnerskich.

Więcej – nie liczą się w tej sprawie także głosy katolików popierających tę metodę leczenia, a Kościół, ustami  biskupa Stanisława Gądeckiego, podważa ich wiarę i sprawność sumienia, mówiąc: Rzecz sama w sobie jest grzeszna i sumienie jest błędne, jeśli ocenia in vitro jako metodę godziwą.

Od kogo więc zależą losy ponad 1,5 mln niepłodnych Polaków i Polek, dla których wprowadzenie antyinvitrowej ustawy oznaczać będzie koniec marzeń o dziecku we własnym kraju, a dla zamożniejszych pacjentów – ale także lekarzy specjalizujących się w tej metodzie – będzie to początek podróży w świat?

 Za poselskim projektem ograniczającym możliwość zapłonienia podczas in vitro więcej niż jednego zarodka i nakaz wprowadzania go do macicy kobiety w ciągu 72 godzin, stoi grupa posłów, by nie rzec szaleńców, która w cieniu ustawy antyaborcyjnej skrzętnie pracuje i lobbuje za zmianami także w kwestii zapłodnienia pozaustrojowego. Pod projektem podpisali się m.in. Paweł Kukiz, Robert Winnicki, Jan Klawiter i reprezentant Platformy Obywatelskiej – Marek Biernacki.

Co zdumiewające – wśród posłów, znalazły się także kobiety, z których jedna z pewnością JUŻ nie skorzysta z in vitro, druga zaś – JESZCZE nie umie sobie wyobrazić sytuacji, gdy kobieta przestaje być płodna przed skończeniem 30 lat.

in-vitro-poslowie

Fot. sejm.gov.pl

 

Ta właśnie grupa posłów najwyraźniej zgadza się także ze zdaniem Kościoła, że in vitro to rodzaj wyrafinowanej aborcji.

Co ma aborcja do in vitro? Jak się okazuje i w XXI wieku, mając dyplomy medyczne i prawnicze, można nie rozróżniać tych pojęć. Mylić i manipulować. Zdaniem autorów projektu, zarodek, który powstanie z połączenia komórek męskich i żeńskich w ciągu 72 godzin staje się organizmem dziecka – a jeśli tak, zamrażanie tychże „dzieci” to zabójstwo. Właśnie na podstawie takiej definicji chcą więc ukrócić ten grzeszny proceder i zakazać, by podczas zapłodnienia pozaustrojowego mógł powstać tylko jeden zarodek.

Czy to przejdzie?

Jan Klawiter jest dobrej myśli i uważa jest duże prawdopodobieństwo, że projekt zostanie przyjęty do dalszego procedowania. Dodaje też, że może to być projekt ponad podziałami.

Jego zdaniem poprzednie prawo, czyli ustawa przygotowana w 2015 roku przez Platformę Obywatelską, było niespójne i liczy, że obecny jej szef Grzegorz Schetyna nie narzuci podczas piątkowego głosowania dyscypliny partyjnej.

Poseł deklaruje, że jest zdecydowanym zwolennikiem obrony życia od momentu poczęcia, a projekt, za którym stoi, konsekwentnie broni życia od początku, czyli od etapu zarodka.

Pod taką „ochroną” i „obroną” życia nienarodzonych dzieci nie podpisują się nie tylko środowiska feministek czy przeciwników PiS, ale bardzo wielu wierzących i praktykujących katolików – zarówno tych, którzy dzięki in vitro mają albo spodziewają się potomstwa, jak i tych, którzy dzieci poczęły się metodą naturalną.

Zapytaliśmy ich o to, co sądzą na temat proponowanej zmiany oraz samej metody in vitro.

ANNA: Jestem katoliczką i się tego nie wstydzę. Albo inaczej – wierzę w Boga i wstyd mi, że Kościół – który powinien być wspólnotą ludzi – jest organizacją i instytucją, która coraz bardziej z Bogiem nie ma nic wspólnego. Nie wstydzę się, że po raz kolejny podchodzę  do in vitro, wykorzystując właśnie zamrożone zarodki. Trzy z pięciu nie utrzymały się, pozostały mi jeszcze dwa.

Pragnienie dziecka to naturalne pragnienie większości kobiet i mężczyzn. Zostaliśmy stworzeni przecież do tego, by się rozmnażać, zakładać rodziny, by się kochać, a owocem tej miłości ma być właśnie dziecko. Nie każdemu dane jest począć je metodą „po Bożemu”, ale jako wierząca w Boga wierzę też, że jeśli jednym coś jest zabrane, oddane jest to w inny sposób.

Jeśli los zamyka okno, otwiera lufcik – czasem ciasny, ale taki, przez który jak ktoś bardzo chce – będzie potrafił się przecisnąć. Dla mnie i mojego męża to właśnie in vitro jest tym lufcikiem – nie jest to prosta droga, zdecydowanie trudniejsza niż zwyczajnie wylądować z mężem w łóżku. To droga bolesna, trudna i często zniechęcająca do dalszego próbowania. Ale to droga. Świat jest tak urządzony, że się zmienia – postęp w różnych dziedzinach to przejaw kreatywności i mądrości człowieka. Postęp jest po to, by z niego korzystać. Ciekawa jestem, jakich telefonów komórkowych używają panowie posłowie, dzwoniąc do swoich dzieci – których mają już gromadkę.  Kiedyś były komórki wielkości cegły, dziś – mamy wielofunkcyjne smartfony. Niepłodność to także problem i choroba naszych czasów. Kiedyś leczono ją ziołami, dziś mamy in vitro.

AGNIESZKA: Mam niespełna 35 lat, od pięciu staramy się z mężem o dziecko – było już wszystko, również luźna bielizna, zioła, spacery i cały ten naprotechnologiczny wstęp, na którym zdaniem naszych polityków powinno się opierać leczenie niepłodności. Przeszłam kilka stymulacji i nieudane inseminacje. Nie ma dla nas już innej drogi niż in vitro. Nie traktujemy tego jednak z mężem jak czegoś, co można oceniać w kategoriach zło i grzech. Jaki grzech – ja się pytam. I tak, ja się modlę codziennie o to, by następne podejście było ostatnim. Czy jestem złym człowiekiem? Czy ja dopuszczam się aborcji? To jakiś koszmar słyszeć to od zdawałoby się wykształconych ludzi. Nie zabijam, nie kradnę, nie pożądam innych mężczyzn, daję jałmużnę biednym, płacę podatki, wierzę w dobro, które definiuję jako pokój – tolerancję dla odmienności, szacunek dla innych religii, pomoc potrzebującym.

Jestem człowiekiem, któremu dano wolną wolę, a to zakłada że mam wybór – nie godzę się, by zabierano mi ten przywilej i bawiono na moich oczach w zupełnie innego boga.

MARCIN: Jesteśmy z żoną katolikami i zdajemy sobie sprawę, że kwestia mrożenia i ewentualnego „zabijania zarodków”, to jedna z fundamentalnych osi sporu oraz dylematów moralnych związanych z metodą in vitro. Oczywiście ze względu na fakt, że za każdym razem udawało się w naszym przypadku otrzymać jedynie 2 lub 3 zarodki, moja żona była zmuszona każdorazowo  do powtarzania procedury stymulacji hormonalnej. To oczywiście bardzo negatywnie wpłynęło na jej stan zdrowia, ale była to nasza świadoma decyzja, aby próbować po raz kolejny. Przez brak wsparcia i całą atmosferę wokół in vitro w Polsce, zawsze byliśmy pod taką presją, że nigdy tak na 100 procent nie potrafiliśmy się cieszyć tym wielkim darem i szczęściem, które nas spotkało – a mam na myśli naszą córkę.

Współczuję wszystkim, którzy muszą się zmierzyć z tym wyzwaniem. Brak zrozumienia i wsparcia ze strony Kościoła, Państwa, a często również środowiska, potrafią zniechęcić czy wręcz załamać. Jeśli jednak mogę coś poradzić i polecić osobom niepłodnym – jak możecie i musicie (bo nic innego wam nie pozostało), to zdecydujcie się na in vitro jak najszybciej!

A w kwestii ingerencji polityków i Kościoła: moim zdaniem, jeżeli nasze działania nie krzywdzą innych, to nie powinniśmy pozwolić innym, aby nas od nich powstrzymywali.

>>> cała rozmowa TUTAJ

MARIA: Mam cudowną córkę, która urodziła się dzięki metodzie in vitro. Codziennie płaczę ze szczęścia, jakie mnie spotkało i dziękuję Bogu za dar macierzyństwa. Mam jednak wrażenie, że Bóg opuścił biskupów w Polsce. Jestem szczęśliwym człowiekiem, którym nie byłam przez siedem lat bezskutecznych starań. Nie rozumiem, dlaczego Kościół piętnuje mnie i dlaczego zmusza do kłamstwa – żeby ochrzcić swoje dziecko, musiałam szukać innej parafii, aż w końcu nie powiedziałam o in vitro. Coraz dalej jestem od Kościoła, ale mam wrażenie, że coraz bliżej Boga – jeśli rzeczywiście istnieje życie po śmierci, nie mam się czego bać.

Znam wiele katolickich małżeństw, które przeszły albo rozważają in vitro. Nie jestem w stanie zrozumieć i zaakceptować stanowiska Kościoła w tej sprawie. Czy to złe, że skorzystaliśmy z dostępnej w XXI wieku metody? Czy to złe, że nie leczyliśmy się ziołami jak za czasów średniowiecza? A może umierającym na raka dzieciom również nie podawajmy chemii – po co je faszerować trucizną, jaką są mieszkanki leków?

Jesteśmy szczęśliwą rodziną, która za chwilę nam się powiększy dzięki zamrożonemu jeszcze jednemu zarodkowi. To chyba dobrze, że dbamy o demografię, że spełniamy marzenie rządzących o kolejnych urodzeniach. Czy jeśli to dzieci poczęte dzięki metodzie in vitro, oznacza, że to inne dzieci, inni ludzie, a może nie-ludzie? A może i dla nich powinny być oddzielne klasy w szkołach, a przy zapisie w Urzędzie Stanu Cywilnego powinno się zgłaszać, że to jakieś takie inne dziecko?  Zapraszam autorów tego nieludzkiego pomysłu do siebie na herbatę – posiedzimy, porozmawiamy, może córka powie im jakiś wierszyk. Niepłodność nie jest zaraźliwa, ale to choroba, którą się leczy. I jeśli jest jakiś skuteczny, medyczny i potwierdzony sposób – to grzech ją zlekceważyć. Amen.

PAULA: Proponowane zmiany w ustawie o in vitro to wyrafinowane, celowe przeszkody, aby zniechęcić niepłodne pary do podjęcia takiego leczenia. Ci, którzy sami nie mają recepty na niepłodność, próbują narzucić innym, jak ma wyglądać ich droga do szczęścia.

Postawienie znaku równości między mrożeniem zarodków, a aborcją jest absurdem wymyślonym przez ludzi, którzy nie mają pojęcia, jak działa zapłodnienie pozaustrojowe – ludzi, którzy mają odwagę nazywać siebie wierzącymi i postępującymi zgodnie z przykazaniami Bożymi.

Według mnie obłudą jest udawanie świętych, uczęszczanie co niedzielę do kościoła, a z drugiej strony zabranianie innym jedynej możliwości posiadania dziecka i gaszenia tej ostatniej iskierki nadziei. Myślę, jako osoba mimo wszystko wierząca, że Bóg chce, byśmy byli szczęśliwi – razem, pełną rodziną, a zakazy Kościoła nie mają nic wspólnego z dobrocią, miłością i zrozumieniem… Ten Kościół nie ma nic wspólnego z Bogiem i to nie in vitro, a postawa i wypowiedzi hierarchów są tu niemoralne.

Polecamy także:

Poprawka, która zamrozi całe in vitro w Polsce

Wierzę w Boga, wierzę w in vitro – Kościół nie ma tu nic do gadania

Dzieci gorszego Boga – 19 dróg do szczęścia

 

Vote

POLUB NAS NA FACEBOOKU, a jeśli podobał Ci się tekst, UDOSTĘPNIJ go

Agata Daniluk

Dziennikarka, life coach, redaktor naczelna Plodnosc.pl. Pisząc o psychologii i zdrowym stylu życia, pamięta, że szczęściu trzeba trochę pomóc.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *