In vitro zawiodło ją dwa razy, teraz wybrała Model Creightona. O co chodzi?

Osoby borykające się z niepłodnością podejmą się każdej, nawet najtrudniejszej metody, aby tylko osiągnąć cel i spełnić swoje największe marzenie o macierzyństwie. Agnieszka próbowała już in vitro, niestety nie udało się. Wycieńczona i zmęczona stymulacją hormonalną, postanowiła zmienić lekarza i spróbować naprotechnologii. I choć nie brakuje przeciwników tej metody, jest przykładem, że jednak czasem warto spróbować czegoś innego i poszukać alternatywnej deski ratunku.

Rozpoczęłaś leczenie pod okiem instruktora Modelu Creightona. Dlaczego zdecydowałaś się właśnie na taką metodę leczenia?

Agnieszka: Pierwszą wizytę u lekarza-naprotechnologa mieliśmy w kwietniu br., miesiąc po ostatnim nieudanym transferze. Jednym z elementów były także spotkania z instruktorem Modelu Creightona. Od kwietnia do września miałam tych spotkań 5. Teraz kartę uzupełniam sama (w razie wątpliwości mogę kontaktować się z instruktorem mailowo lub telefonicznie), a na wizyty chodzimy tylko do doktora. Zdecydowałam się na tę metodę poniekąd dlatego, że chciałam skorzystać z pomocy tego konkretnego lekarza. Chodziło mi więc bardziej o jego osobę, niż o naprotechnologię.

Wiele osób twierdzi, że naprotechnologia to nic innego jak zwykły kalendarzyk małżeński, badanie śluzu, mierzenie temperatury itp., a wszyscy instruktorzy to zwykli naciągacze. Jakie ty masz na ten temat zdanie?

Dla mnie naprotechnologia to po prostu prowadzenie szczegółowej diagnostyki, a potem leczenie.
To samo powinien robić każdy ginekolog, tylko moim zdaniem nie każdy lekarz jest przygotowany do tego, żeby leczyć pary z niepłodnością. Tak zwany kalendarzyk to dla mnie dodatek do diagnostyki i leczenia, jakie prowadzi mój lekarz. Ja prowadzę tylko obserwację śluzu. Nie mierzę temperatury. Swoją drogą wiem, że i lekarze nie zajmujący się naprotechnologią takie obserwacje cyklu zalecają prowadzić swoim pacjentkom.

Tak jak mówiłam wcześniej – moje wizyty to nie są tylko spotkania z instruktorem. Te mam za sobą. To są także spotkania z lekarzem. To lekarz zleca badania. To on wdraża leczenie. Nie robi tego instruktor. Zadaniem mojej pani instruktor było nauczenie mnie tego, jak zapisywać swoje obserwacje w karcie. Poza tym dawała mi wskazówki dietetyczne i wsparcie. Na wizytach mogłam się wygadać, powiedzieć o swoich wątpliwościach.

Mimo wszystko nie boisz się, że cię oszukają?

Nie, przecież nikt mi nie obiecuje, że na pewno się uda. Usłyszeliśmy, że jest szansa na poczęcie dziecka, ale nikt nam nie może powiedzieć, że na 100 proc. się uda. Poza tym, po ponad 4 latach starań, wizyt u różnych lekarzy wiem, co z zaleceń może mieć sens, a co byłoby zwykłą bujdą. Nikt nas do niczego nie zmusza i oboje z mężem wiemy, że zawsze możemy powiedzieć stop i zrezygnować. Robiłam to już kilka razy „dziękując” niektórym lekarzom, do których trafiałam. Na przykład panu, który przez dwa lata miesiąc w miesiąc stosował ten sam schemat – USG, Duphaston, kilka razy Clostylbegyt i Pregnyl. Wszystko oczywiście prywatnie. Po dwóch latach zlecił badanie nasienia, a widząc wyniki rozłożył ręce i zalecił branie witamin.

Jak  wygląda leczenie według Modelu Creightona? Jakie są koszty w porównaniu do metody in vitro?

To prowadzenie obserwacji śluzu i zapisywanie ich w karcie. Na podstawie tych obserwacji i wyników badań lekarz wdraża leczenie. Karta jest także pomocna przy ustaleniu dni, od których należy brać dane leki, albo w których trzeba wykonać badania.

Jak wiadomo cykl u każdej kobiety jest inny i nie zawsze sprawdzi się szablonowe ustalanie, że każdy w tym i tym dniu ma brać dany lek.

Odnośnie kosztów to oczywiście mogą być różne w zależności od danego miasta, podobnie jak koszty ivf w różnych klinikach. Przykładowo, wizyta na której jesteśmy razem z mężem (czasem są to dwa spotkania jednego dnia, jeżeli robimy w ten sam dzień jakieś badania i czekamy na wizyty) z USG to koszt 240 zł (na razie miałam dwie takie wizyty). Badanie nasienia 140 zł. Do tego dochodzą badania hormonalne (mogę wybrać laboratorium, w którym je robię, więc porównuję cenniki). Należy do tego doliczyć także koszty leków – to już jest zależne od tego, co w danym momencie jest potrzebne. Przykładowo na leki dla mnie i dla męża na ok. 3 miesiące wydaliśmy ok. 250 zł. Większe koszty były poniesione po pierwszej wizycie, gdy miałam do wykonania sporo badań np. na choroby zakaźne i bakterie. Ale były to badania jednorazowe, których już teraz wykonywać nie muszę. W między czasie może pojawić się konieczność wykonania laparoskopii lub histeroskopii, a więc to kolejny koszt.

Nie męczą cię te wszystkie literki, cyferki, wykresy, które musisz sporządzać?

Nie tyle może mnie męczą, co po prostu czasem mi się nie chce. Wtedy wypełniam kartę z małym opóźnieniem. Nie jest to jednak tak męczące, jak pilnowanie konkretnych godzin przyjmowania zastrzyków i wizyt co kilka dni w trakcie stymulacji (czego także doświadczyłam).

Przed naprotechnologią podchodziłaś do in vitro. Dlaczego nie próbujesz dalej in vitro, tylko zdecydowałaś się właśnie na naprotechnologię?

Mieliśmy dwa podejścia w ramach programu rządowego. Dwie stymulacje. Dwa transfery, w tym jeden zakończony ciążą biochemiczną. Po pierwsze, nie było dla nas środków na 3 procedurę w ramach programu. Poza tym bardzo źle zniosłam drugą stymulację, która była długa i kosztowała więcej niż pierwsza. Mój organizm opornie reagował na leki, a z 6 zapłodnionych komórek do dnia transferu dotrwał tylko jeden zarodek. Oboje z mężem postanowiliśmy, że rezygnujemy. Nie chodziło już bowiem tylko o koszty finansowe, ale i o naszą psychikę i zdrowie – zwłaszcza moje. Nie chciałam kolejny raz przyjmować tak dużych dawek leków do stymulacji. Poza tym nikt nie mógłby nam dać gwarancji, że tym razem się uda i nie skończy się tak jak ostatnio. Wtedy pojawiła się myśl, żeby skorzystać z pomocy jeszcze jednego lekarza.

Macie postawioną jakąś konkretną przyczynę niepłodności?

Tak mamy. Ja mam PCOS i niedoczynność tarczycy. Mąż ma słabe wyniki nasienia – w jego przypadku trudno powiedzieć dlaczego. Badania genetyczne, hormonalne, USG, które miał wykonane wyszły bardzo dobrze. Jeden z lekarzy powiedział nam po tych wynikach – „Cóż, ten typ tak ma”. Teraz po kilku miesiącach próby leczenia wyniki zaczynają się poprawiać, zobaczymy, co będzie dalej.

Znasz jakieś pary, którym pomogła naprotechnologia? I czy macie plan B – myśleliście o adopcji?

Znam pary, którym naprotechnologia pomogła i takie, którym po kilku latach leczenia nie pomogła. Podobnie jak znam pary, którym pomogło ivf i takie, którym nie pomogło. Oczywiście rozważamy również adopcję. Coraz częściej rozmawiamy na ten temat. Wiem, że nie będziemy kontynuować leczenia w nieskończoność. Powoli wyznaczamy granicę. Lata leczenia i walki z niepłodnością uświadomiły nam, że chcemy być rodzicami – mamą i tatą. Może więc w naszym domu pojawi się dziecko – teraz próbujemy z naprotechnologią, jednak kto wie, jak to się wszystko zakończy.

O swojej walce piszesz również na blogu BocianDrogeZgubil.pl. To pomaga w leczeniu?

Mój blog powstał ponad 2 lata temu. Miał być takim pamiętnikiem, dziennikiem moich zmagań z niepłodnością. Nie spodziewałam się, że ktoś będzie na niego w ogóle zaglądał. Okazało się jednak, że są osoby, które są tu często – czytają, wspierają i podpowiadają, co można robić. Prowadzę także drugiego bloga, który z kolei ma inną funkcję. Od zawsze lubiłam dużo czytać, dlatego tęż w tym roku postanowiłam założyć bloga związanego z tą moją miłością do książek. I tak powstał blog: www.agatoczyta.pl. Wiadomo, że o niepłodności nie da się zapomnieć. U mnie jednak przyszedł czas, gdy postanowiłam nie odkładać niczego na potem. Do tej pory przez ostatnie lata wszystko podporządkowane były staraniom, leczeniu. Teraz staram się cieszyć codziennością i wykorzystywać każdy dzień na realizację swoich planów.

Odejdźmy troszkę od tematu niepłodności. Zbliżają się święta, a ja znalazłam na blogu informację, że przyłączyłaś się do akcji „Blogerzy dzieciom z domów dziecka”. Kto jest jej pomysłodawcą i na czym polega akcja?

Pomysłodawczynią i organizatorką całego projektu jest 16-letnia Agata. Cieszy mnie, że tak młode osoby organizują akcje społeczne. Cieszy mnie także to, że tak wiele osób się w nie włącza. Akcje polega na tym, że piszemy wierszyk, opowiadanie, list i wraz z np. własnoręcznie wykonaną lub kupioną kartką świąteczną wysyłamy go do jednego lub kilku domów dziecka, które biorą udział w akcji. Można dołączyć także maskotkę czy inny drobiazg. Kartki, listy są czytane przez opiekunów w trakcie wspólnych posiłków lub w czasie, gdy czytane są wspólnie bajki. Wystarczy tak niewiele, by wywołać na twarzach dzieci uśmiech.

Chętnie biorę udział w takich akcjach, bo widzę, że mają moc. Brałam udział także w spotkaniu w ramach kampanii „Niepłodności nie widać”, którą organizuje magazyn Chcemy być rodzicami. Dołączyłam także do projektu organizowanego przez Socjopatka.pl „Blogerzy vs. Niepłodność”. Cieszę się, że o niepłodności mówi się coraz więcej. Łatwiej jest teraz znaleźć, niż jeszcze kilka lat temu, informacje o przyczynach niepłodności i możliwościach leczenia. Ostatnio przygotowywałam także tekst w ramach projektu „Przerwij Krąg Milczenia – Blogerki Przeciwko Przemocy Psychicznej!” – zorganizowanego przez Joannę z bloga Podróż we dwoje.

Rozmawiała: Paulina Ryglowska-Stopka

Polecamy także:

Naprotechnologia czy in vitro? Rozmowa z dr. Andrzejem Banachem

Naprotechnologia to nie metoda, to słowo. In vitro go nie wyklucza

Staracie się o dziecko? 10 aplikacji na telefon, które pomogą płodności

 

Paulina Ryglowska-Stopka

Autorka książki (jako Laura Lis) "Moje in vitro. Historia prawdziwa", w której pisze, że cuda się zdarzają i nigdy nie należy tracić nadziei.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *