"Gdy pogodziłam się z myślą, że nie będę mamą, na teście pojawiły się dwie kreski"

„Gdy pogodziłam się z myślą, że nie będę mamą, na teście pojawiły się dwie kreski”

 O tym, że może mieć problem z zajściem w ciążę z powodu PCOS, Ewa dowiedziała się, mając 20 lat. Nie przypuszczała jednak, jak wielki to będzie problem. Po latach starań – odpuściła i zaczęła myśleć o adopcji. Choć nie było to łatwe, pogodziła się z myślą, że nie będzie biologiczną mamą. Jak to się stało, że dziś jednak jest w ciąży?

Gdybyś miała napisać książkę, opisującą twoją drogę do bycia mamą, od czego byś zaczęła?

Ewa:  No to zacznijmy od początku. Już w wieku 20 lat dowiedziałam się o tym, że mam PCOS. Wtedy się jakoś tym nie przejęłam. Miesiączki miałam co 3-4 miesiące. Lekarz powiedział, że trudno będzie zajść w ciążę. Pomyślałam: OK, na razie i tak jeszcze o tym nie myślę. Ponad rok później poznałam mojego obecnego męża. To była taka szybka miłość. Po paru miesiącach bycia razem zapragnęliśmy być rodzicami. Wiedziałam, że będzie ciężko, więc stwierdziliśmy, że na spokojnie pójdę do lekarza i dowiem się, co i jak…

I tak w kwietniu 2013 zaczęła się wasza długa historia walki z niepłodnością.

Pierwsze 3 lata spędziłam na chodzeniu po ”zwykłych” ginekologach. Było ich paru. W kółko dostawałam duphaston, luteinę i CLO. W końcu lekarz powiedział „Ja tu już nic nie poradzę, proszę udać się do kliniki leczenia niepłodności.”

Poszliście?

Tak zrobiliśmy. W kwietniu 2016 stawiliśmy się w Poznaniu, w jednej w tamtejszych klinik, w której spędziliśmy dwa długie lata. Przez te 2 lata miałam zrobiony szereg badań, między innymi HSG oraz laparoskopię, podczas której okazało się, że mam problem z endometrium (tzw. endometrium polipowate).

Korzystaliście z metod wspomaganego rozrodu?

Tak, miałam dwie nieudane inseminacje. W grudniu 2016 miałam histeroskopię, po czym w kwietniu 2017 ostatnią 3 inseminację. Postanowiliśmy, że zrobimy sobie 5 miesięcy przerwy. Wzięliśmy ślub, polecieliśmy w podróż poślubną. Zaraz po powrocie zaczęliśmy przygotowania do in vitro.

Jak zaczęła się wasza droga do in vitro?

W październiku 2017 zaczęliśmy naszą pierwszą stymulację. Wówczas wyprodukowałam tak wiele pęcherzyków, że byłam przekonana, że zajdę w ciążę. Niestety po punkcji okazało się, że wszystkie były puste. Cios nie do opisania.

Pozbierałaś się po tym?

Nie miałam wyjścia. Pod koniec listopada podeszliśmy do kolejnego in vitro. Tym razem wyprodukowałam 13 pęcherzyków. Po punkcji okazało się, że pobrali aż 12 komórek. Byłam ogromnie szczęśliwa. Nawet nie spodziewałam się tego, co usłyszę następnego dnia.

Co się stało?

Zadzwonił do mnie lekarz i powiedział że ma złe wiadomości. Z tych 12 komórek, tylko jedna była dobra. Z resztą było coś nie tak. Niestety i ta jedna też się nie zapłodniła.

Przykro mi. Więc co? Kolejne podejście?

Odpuściliśmy. Minął grudzień. W styczniu odezwała się do nas pani doktor, że chce podejść trzeci raz. Powiedziała, że nie będziemy musieli płacić za całość. Zgodziliśmy się. Czułam się trochę, jak króliczek doświadczalny, bo lekarze mówili że jestem „przypadkiem medycznym”.

 Jak wspominasz trzecie podejście?

Trzecie in vitro wspominam jak koszmar. To było w lutym tego roku. Wyprodukowałam masę pęcherzyków, z czego pobrali tylko 15 komórek. Oczywiście okazało się, że wszystkie są złe. Przeszłam okropną hiperstymulację.

Po tym, jak zemdlałam w łazience, uderzyłam głową o kafelki i trafiłam do lekarza mój mąż powiedział „Dość!”. Nie chciał już patrzeć na moje cierpienie. Powiedział, że może nie mieć dzieci, ale chce mieć zdrową żonę. Zgodziłam się, ponieważ za dużo już przeszłam. I tak zakończyliśmy ten etap w naszym życiu. Lekarza, leki, diety – to wszystko poszło w niepamięć. Nie korzystaliśmy z innych metod. Nie mieliśmy już siły.

Jak znosiłaś to wszystko psychicznie?

Jeśli chodzi o psychikę, to było ze mną ciężko. Nieraz myślałam nad wizytą u psychologa, ale jakoś w końcu do niego nie dotarłam. Tutaj za mojego osobistego psychologa uważam mojego męża. Bez niego nie dałabym rady. To on mnie podnosił po każdej porażce. On mnie słuchał godzinami jak psycholog. Na jego ramieniu najlepiej było mi się wypłakać. Zawsze był przy mnie na każdej wizycie. Niepłodność często rujnuje małżeństwa. Ale nasze scaliła bardzo mocno. Oboje uważamy, że to był taki nasz test, który zdaliśmy wzorowo.

Wspomniałaś,  że odeszłaś nawet z grupy wsparcia na Facebooku Dlaczego?

Odeszłam z grupy, bo musiałam się po prostu od tego odciąć. Nie wchodziłam na żadne portale i na żadne fora. Chciałam zamknąć ten rozdział. Starania przestały dla mnie istnieć. Odetchnęłam.

Rozważałaś adopcję?

Jak tylko zakończyliśmy starania, zaczęłam o tym myśleć. Tak na spokojnie. Zaczęłam o tym rozmawiać z rodziną, aby ich przygotowywać na adopcję. Wiadomo, to nie jest łatwy temat. Dowiadywałam się, jakie dokumenty trzeba mieć. Ze względu na fakt, iż jesteśmy po ślubie dopiero rok, to wiedzieliśmy, że będzie trzeba czekać, bo większość ośrodków wymaga dłuższego stażu małżeńskiego. Myśleliśmy więc o tym bardziej przyszłościowo.

 Los sprawił jednak co innego dla was. W jaki sposób dowiedziałaś się, że jesteś w ciąży?

Po trzecim in vitro, w marcu, dostałam miesiączkę i później była cisza. Nie przejęłam się tym, bo przez PCOS miesiączki miałam nieregularnie. I tak na początku czerwca zaczęły mnie boleć piersi. Pomyślałam, że idzie miesiączka, bo zawsze tak miałam. Ale jak po 18 dniach, gdy ona nie przyszła, coś mi nie pasowało. Tym bardziej że od tygodnia źle się czułam. Byłam senna i miałam mdłości. Myślałam, że może po prostu będę chora.

W poniedziałek 18 czerwca, przechodząc rano koło apteki, pomyślałam, że kupię dwa testy i sprawdzę. Przyjechałam do domu, zrobiłam test i dwie grube krechy pojawiły się od razu. Pomyślałam, że przecież ja nie mogę mieć dzieci. Pojechałam do laboratorium zrobić betę. Po przyjeździe znowu zrobiłam dwa testy i znowu pojawiły się dwie krechy. Wynik bety wyniósł 26609 mIU. I już wiedziałam, że się udało. Trzy dni później poszłam do lekarza i na monitorze ukazała się 7-tygodniowa fasolka z bijącym serduszkiem.

Jaka była twoja reakcja?

Jak zobaczyłam dwie kreski, zaczęłam się trząś jak galareta. Miałam moment, że się prawie rozpłakałam. Te wszystkie lata starań nauczyły mnie, żeby nie cieszyć się za szybko, dlatego pojechałam od razu do laboratorium. Dopiero jak zobaczyłam wynik, poleciały mi łzy.

Komu pierwszemu o tym powiedziałaś?

Pierwszy dowiedział się oczywiście mój mąż. Przyjechał z pracy do domu. A ja stanęłam w progu z testami w ręku i ze łzami w oczach wypowiedziałam te słowa, na które tak długo czekałam „Jestem w ciąży”. Staliśmy z 15 minut, płacząc i śmiejąc się na przemian. Wtedy wszystko puściło. Ryczeliśmy jak dzieci.

Uważasz, że to cud?

Tak, to nasz cud. Lekarze załamali ręce. Chcieli mi zrobić kolejną laparoskopię i in vitro, ale robili to już bez przekonania. Jak napisałam do pani doktor, że jestem w ciąży, odpisała, że to wiadomość roku, więc oni chyba też uważają to za cud.

Co twoim zdaniem mogło wpłynąć na powodzenie?

Uważam, że dużo było po stronie mojej psychiki. W końcu odpuściłam. Moje ciało odżyło. W końcu mogliśmy się skupić na naszej miłości. Seks nie był już automatyczny. Spędzaliśmy dużo czasu razem. Polecieliśmy na parę dni do Madrytu. Nie musiałam się martwić wizytami. Pogodziłam się z tym, że nie będę miała biologicznych dzieci. Odstawiłam wszystkie leki, diety itp. Ale tak naprawdę nie wiem, co pomogło. Może pomogła dieta i to, że schudłam 10 kg? Może któreś z poprzednich zabiegów w klinice? Nie wiem i pewnie się tego nigdy nie dowiem.

PRZECZYTAJ: Pomyślała: Jeśli post Dąbrowskiej nie pomoże, zdecyduję się na in vitro

Który to już tydzień ciąży?

11 tydzień.

 Jak się czujesz?

Teraz czuję się coraz lepiej. Początki były gorsze. Nudności i senność dawały w kość. Na szczęście z ciążą jest wszystko w porządku. Maluszek rośnie jak na drożdżach. Wszystkie wyniki wzorowe. Nie mamy żadnych specjalnych zaleceń. Może tylko mniej się denerwować o dziecko…

Jakie to uczucie, że wkrótce zostaniesz mamą?

Jestem najszczęśliwsza na świecie. Mamy to, czego nam tak bardzo brakowało. Wreszcie tworzymy pełną rodzinę.

Boisz się?

Boję się jak cholera. Ale nie tego, jak sobie poradzę, bo tu wiem, że świetnie, ale czuję zwyczajny strach o swoje dziecko. O tą malutką istotkę, która we mnie rośnie. Kiedy już ją mamy, nie wyobrażam sobie, że może się jej coś stać.

Rozmawiała: Paulina Ryglowska-Stopka

PRZECZYTAJ TAKŻE:

Ewa: Zaszłam w ciążę, bo przestałam o niej myśleć, a zaczęłam widzieć siebie

Paulina Ryglowska-Stopka

Autorka książki (jako Laura Lis) "Moje in vitro. Historia prawdziwa", w której pisze, że cuda się zdarzają i nigdy nie należy tracić nadziei.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *