Po siedmiu latach starań, urodziłam syna aniołom

W styczniu tego roku odbył się pogrzeb ich synka Kajtusia, o którego walczyli 7 lat. Kilka nieudanych prób in vitro, w końcu decyzja o adopcji zarodków. W swoim życiu wiele razy musiała podejmować bardzo trudne decyzje. Jak sama twierdzi, tej ostatniej nie żałuje i nigdy nie będzie.

„Przyjdź do mojego syna, on ci zrobi dziecko…” „Ja ci pomogę, jeśli mąż się nie spisuje”… te i wiele innych cytatów muszą nieraz słyszeć niepłodne pary. Moja bohaterka również spotkała się z takimi komentarzami. „Dla nas niepłodnych to trudna, ciężka i bolesna walka, dla innych, którzy nie mają problemu z niepłodnością, to czasem tylko po prostu „nieumiejętność zrobienia dziecka”, z której można robić sobie żarty” – mówi.

 Ich wspólna historia, jakże smutna, napawa jednak dumą, bo mimo tak wielu trudności, nie poddali się i walczą dalej. Nie przejmują się tym, co mówią inni, bo mają cel i marzenie: szczęśliwą rodzinę. Wierzą, że ich wysiłek nie pójdzie na marne i już niedługo doczekają się rodzeństwa dla… Aniołka Kajtusia.

Paulina Ryglowska-Stopka: Po 7 latach starań zdecydowaliście się na adopcję zarodków. Jak wspominasz te lata? Powiedz nam, jak wyglądała wasza walka o dziecko.

Mama Kajtusia: To prawda, nasza walka o dziecko trwa już 7 lat. Wspominamy ten okres jako czas wielu wzlotów i upadków, jako czas ogromnych nerwów, radości i smutku. Czas ciągłego życia z zegarkiem w ręku i pod dyktando cyklu miesiączkowego.

Jak każda para, marzyliśmy o potomstwie. Zawsze wydawało się nam, że zajście w ciążę to nic trudnego. Raz, dwa, trzy i ciach, na teście ciążowym pojawiają się dwie magiczne kreseczki, ja kupuję maleńkie buciki i wręczając je mężowi, oświadczam, że spodziewamy się dzidziusia. I tak wyobrażałam sobie ten moment przez pierwsze miesiące, a później już lata.

Najpierw była zwykła wizyta u ginekologa, powiedzieliśmy, na czym nam zależy i co najlepiej mamy zrobić, żeby się udało. Lekarz powiedział nam standardową regułkę, że pierwszy rok starań ma być na luzie, a dopiero jak się po roku nie uda, to musimy podjąć poważniejsze kroki. I tak też zrobiliśmy.

Najpierw staraliście się naturalnie…

Tak, ciągle mieliśmy nadzieję, że jak nie w tym cyklu, to w następnym i tak co miesiąc. Po jakimś czasie postanowiłam mierzyć temperaturę, potem były różne inne wspomagacze, tzn. ziółka, tabletki, żele, a oprócz tego podstawowe witaminy i kwas foliowy, który łykam już ponad 8 lat. Po roku stwierdziłam, że chyba coś jest nie tak, bo się nie udaje, mimo że seks sprowadzał się tylko do tego, że w końcu musi udać się nam zajść w ciążę. Kochaliśmy się tylko w dni płodne i do tego w różne kombinacje dniowe, najpierw codziennie, potem co dwa dni, na przemian. I tak cały czas. Pewnego dnia stwierdziłam, że chyba czas udać się po poradę do lekarza.

Co powiedział?

Stwierdził, że – owszem – możemy zrobić badanie nasienia, ale on radzi dalej spokojnie się starać. Jako że jestem typem dość nerwowym i w gorącej wodzie kąpanym, stwierdziłam, że idziemy się przebadać. Najpierw męża, bo mężczyźnie jest łatwiej i szybciej. Zrobiliśmy badanie nasienia i z wynikami w ręku udaliśmy się do naszego pana doktora. Ten rzucił okiem na wyniki męża i stwierdził, że są w normie, ale dla pewności przepisze mi tabletki na jajeczkowanie. Nie dał mi skierowania na badanie rezerwy jajnikowej tylko od razu tabletki. Wtedy jeszcze nie byliśmy obeznani w dziedzinie, dlatego zaufałam mu i łykałam grzecznie tabletki, po których miałam wrażenie, że moje jajniki za chwilę pękną, a ja sama czułam się jak balon.

Byłaś z tym problemem u lekarza?

Dopiero po pewnym czasie znowu udaliśmy się do niego, ale ten był wciąż przekonany, że to normalne. Stwierdziłam więc, że nie mamy na co czekać, tylko czas na zmianę lekarza i może poszukamy w naszej okolicy kliniki leczenia niepłodności. I tak właśnie trafiliśmy do naszej pierwszej kliniki leczenia niepłodności. Trafiliśmy do naszej pani doktor – kobiety anioł, która jest z nami od 7 lat i wspiera nas w naszych poczynaniach.

Czy powiedziała wam coś innego niż poprzedni lekarz?

Pierwsza wizyta była dla nas szokiem. Dokładny wywiad, który sięgał lat dziecinnych, wszystkie przebyte choroby, zabiegi, operacje, pytania do stylu życia, a także naszych rodzin.
Pokazaliśmy także wyniki badania nasienia i pani doktor stwierdziła szczerze i otwarcie, że ona nie potrafi ich odczytać, gdyż są przedstawione w bardzo dziwny sposób. Mnie samej wydawały się dziwne, ale myślałam sobie wtedy, że się nie znam, więc nawet nie wiem, na co mam patrzeć i jak odczytywać dane parametry. Zasugerowała, żebyśmy zrobili jeszcze raz badanie nasienia, ale już w innym laboratorium oraz ja dostałam dla siebie całą listę badań, które miałam zrobić i przynieść wyniki na kolejną wizytę. Powiedziała nam również, że dopiero po otrzymaniu wyników może nas nakierować i zacząć leczenie, jeśli będzie ono potrzebne.

Oczywiście zrobiliśmy wszystkie zalecone badania i za miesiąc udaliśmy się na wizytę. Okazało się, że wyniki męża nie są najlepsze. Są wręcz tragiczne i trzeba rozpocząć jak najszybciej działać. Pani doktor przepisała suplementy, ale również skierowała męża do urologa, który zasugerował 3-miesięczną kurację na poprawę jakości nasienia.

A twoje wyniki?

Moje wyniki też nie były super, ale przy poprawie jakości nasienia mięliśmy szanse na zajście w ciążę. Jeśli po kuracji męża przez kolejnych kilka miesięcy nie uda się nam zajść naturalnie w ciążę, to możemy zdecydować się na inseminację. I tak też właśnie było.

Kuracja męża bardzo mocno poprawiła nasienie, ale niestety monitoring jajników wykazał, że moje komórki są słabiutkie i trzeba będzie naturze dopomóc. Zdecydowaliśmy się najpierw na inseminację, ale i ona nie dała oczekiwanego efektu. I tak walczyliśmy i walczyliśmy, a ja popadałam w paranoje.

Co masz na myśli?

Uważałam, że nie jestem prawdziwą kobietą. Nie jestem nią, bo nie potrafię dać dziecka mężczyźnie, którego bardzo kocham. Czułam się gorsza od innych kobiet, że one mają dziecko, a ja nie mam. I tak sobie wbijałam różne dziwne „fazy” do głowy, aż podupadłam na zdrowiu. Zaczęłam się dość mocno odchudzać. Uważałam, że jedynie w tym jestem dobra, bo udaje mi się osiągnąć postawiony sobie cel. I tak to trwało dość długo, aż w końcu wyglądałam jak kościotrup, który i tak nie był zadowolony z samego siebie. Moja psychika szalała, a ja razem z nią.

W międzyczasie powiedziałam naszej pani doktor, że potrzebujemy czasu na ochłonięcie, potrzebujemy trochę czasu, by pożyć. I tak żyliśmy przez kolejny rok. A moje odchudzanie, ale już z głową trwało łącznie 3 lata.

Długo…

Tyle czasu potrzebowałam, aby zrozumieć, że to, co wyprawiałam, było skutkiem ubocznym tego, że nie mogę zajść w ciążę.  A tutaj proszę – nie jem, chudnę i osiągam swój cel. Dzisiaj z perspektywy czasu wiem, że było to złe. Słyszałam dużo różnych komentarzy na swój temat, które dzisiaj na samą myśl wywołują u mnie gęsią skórkę.

Kiedy wróciliście do kliniki?

Po kolejnym roku, roku życia bez kliniki, lekarzy, leków i zabiegów doszliśmy do wniosku, że musimy działać dalej i teraz już na poważnie. Zapisaliśmy się na pierwszą wizytę do naszej pani doktor i już z nią zostaliśmy. Postanowiliśmy, że zaczynamy od nowa.

Minęły 2 lata od ostatnich badań, więc robiliśmy wszystko jeszcze raz, a do tego ja jeszcze dostałam skierowanie na badanie drożności jajowodów, żeby sprawdzić co i jak. Nie mówiliśmy też nic nikomu, bo chcieliśmy mieć pewność i postawioną diagnozę, by móc otwarcie powiedzieć, dlaczego po tylu latach nie mamy dzieci. Z wynikami udaliśmy się na wizytę i to ta wizyta okazała się najgorsza w naszym życiu.

Dlaczego?

Nie spodziewaliśmy się usłyszeć tego, co padło z ust pani doktor. Okazało się, że nasze wyniki nie są najlepsze i jedyną szansą na dziecko dla nas jest in vitro. Naturalna ciąża będzie cudem. To był dla nas szok. Czuliśmy się jakbyśmy dostali w głowę. Zadawaliśmy sobie pytanie – ale jak to? Przecież wyniki nie są najgorsze i in vitro jako jedyna nadzieja? Niestety tak – mąż ma „leniwe” plemniki, a moje komórki są zbyt słabe, więc z tej mieszanki nie będzie naturalnej ciąży. Po ochłonięciu, podjęliśmy temat i zaczęliśmy się interesować, jak i z czym się to je. 100-procentowa procedura była dla nas nieosiągalna, gdyż koszty były ogromne. Postanowiliśmy zapisać się na refundację i czekać. Zapisaliśmy się w listopadzie 2013 roku, a pierwsza próba miała być w czerwcu 2014 roku, bo wtedy klinika miała otrzymać kolejne fundusze.

Powiedzieliście rodzinie o waszych staraniach?

W końcu wiedząc, co nas czeka, powiedzieliśmy o tym. Reakcje były różne. Niby każdy się domyślał, że coś jest nie tak, ale nikt nie dopytywał, chociaż zdarzały się dziwne komentarze, ale to niby tak w żartach. Dla nas nie było to miłe, ale też nie komentowaliśmy takich zachowań.

Moi rodzice jak tylko dowiedzieli się, co nas czeka, od razu postanowili nas wspomóc i dostaliśmy od nich w prezencie gwiazdkowym czek z odpowiednią kwotą – na wnuka jak to powiedzieli. Nie bardzo chcieliśmy go przyjąć, bo jesteśmy osobami, które nie lubią prosić o pomoc i chcą wszystko zawsze sami sobie załatwić i sami do wszystkiego dojść. Wiadomo, że uzbieranie tak dużej kwoty zajęłoby nam trochę czasu, a nie chcieliśmy też brać kredytu, gdyż liczyliśmy się z tym, że za pierwszym razem może się nie udać i wtedy jesteśmy zablokowani na kolejne razy – nawet te refundowane. Dlatego po długich namowach przyjęliśmy pieniądze i w kwietniu 2014 roku podeszliśmy do pierwszej próby komercyjnego ivf. Niestety próba nie powiodła się.

Drugie podejście…

Było już refundowane, we wrześniu 2014, i te też się nie powiodło.

Trzecie…

Przed trzecią próbą miałam jeszcze wykonane zabiegi: histeroskopie, laparoskopie i drożność jajowodów. Trzeba było sprawdzić, co się dzieje w macicy, że się nie udaje.

Okazało się, że miałam małą przegrodę, która mogła uniemożliwiać zagnieżdżanie się zarodków oraz kilka ognisk endometriozy. Wszystko zostało usunięte, więc nic nie stało na przeszkodzie, by podejść trzeci raz. W czerwcu 2015 roku miałam 3 ivf i ono też niestety się nie udało.

Strach pytać, co wtedy czuliście.

Załamaliśmy się totalnie. Powiedzieliśmy sobie, że to już koniec. Już nie walczymy dalej, chociaż została nam jeszcze jedna próba z ministerstwa, ale nie chcieliśmy już jej wykorzystać, gdyż nie mięliśmy nadziei na powodzenie. Stwierdziliśmy, że niech nasza część zostanie wykorzystana przez kogoś, kto ma szanse, bo jak widać u nas po tym wszystkim, co robiliśmy, i tak się nie udawało. Dodam również, że robiliśmy w międzyczasie badania genetyczne, które nie wykazały niczego, a jedynie ja miałam lekko podniesiony poziom komórek, ale nie musieliśmy korzystać z pomocy immunologa. Postanowiliśmy jedynie wspomóc się wlewami z intralipidu, które są dość skuteczne i liczba ciąż po ich zastosowaniu wzrasta.

Chcieliśmy zawsze zrobić wszystko, by się udało, żebyśmy sobie nigdy nie zarzucili, że nie zrobiliśmy wszystkiego. Już wtedy zaczęłam szukać innych rozwiązań. Dużo czytałam o komórkach dawcy i dawcy nasienia oraz o adopcji zarodka, która jak mi się wydawało, byłaby najlepszym rozwiązaniem dla nas. Z tego, co się orientowałam, to w naszej klinice nie było procedury adopcji zarodka, więc zrezygnowaliśmy z tej myśli, gdyż nie chcieliśmy zmieniać kliniki, ale przede wszystkim nie chcieliśmy zmieniać lekarza prowadzącego, bo uważam, że nikt nie dorówna naszej pani doktor, a też nie chcieliśmy przechodzić tego wszystkiego od nowa.

To właśnie ona znów dała wam nadzieję.

Po dwóch miesiącach płaczu pojechaliśmy do niej na wizytę. Zapytała, czy podchodzimy kolejny raz, a ja się rozpłakałam i powiedziałam, co czuję, że jest mi źle, że nie wierzę, że w końcu się uda, a też już nie mamy pieniędzy na kolejny, więc musimy zrezygnować i postanowiliśmy, że zaczniemy kompletować dokumenty potrzebne do ośrodków adopcyjnych. Wspomniałam, że myśleliśmy o adopcji zarodka, ale że w naszej klinice nie ma takiej możliwości, to zrezygnowaliśmy z tej opcji. I nagle jak grom z jasnego nieba nasza pani doktor powiedziała nam, że owszem kiedyś nie było tej opcji, ale od jakiegoś czasu już jest taka możliwość i że ona uważa, że dla nas to jest szansa. Chciała nam o tym powiedzieć, ale też czekała na naszą decyzję co z kolejnym razem. Przedstawiła nam wszystkie „za”, ale też powiedziała o „przeciw”. Chciała, żebyśmy wiedzieli wszystko. Dała nam czas na zastanowienie się, na zainteresowanie się tematem i na spokojne podjęcie decyzji.

Długo się zastanawialiście?

Nawet nie wyszliśmy z gabinetu, tylko od razu powiedzieliśmy, że jeśli adopcja zarodka jest dla nas szansą na posiadanie dziecka, to się decydujemy i nawet nie musimy się zastanawiać, bo wiemy jedno, że chcemy mieć dziecko – chcemy zostać rodzicami i chcemy być szczęśliwą rodziną.

Co przesądziło o adopcji?

Przede wszystkim nasza historia leczenia, nasze długie lata starań, walki i to, że robiąc wszystko, „stając na głowie” i wydając ogromne sumy pieniędzy, ciągle nam się nie udaje. Nie zastanowiliśmy się ani minuty! Od razu powiedzieliśmy, że chcemy spróbować! Nie było dla nas ważne, czy zarodki będą od pary, która kompletnie nie będzie do nas podobna wizualnie. Najważniejsza była zgodność krwi, bo w momencie choroby albo wypadku to krew jest najważniejsza, a nie to, jaki kolor oczu czy włosów będzie miało nasze dziecko. Przecież gdybyśmy się zdecydowali na adopcję maleństwa z ośrodka adopcyjnego, też nie byłoby ono podobne do nas. Poza tym może to samolubne, ale ja zawsze chciałam być w ciąży, chciałam wymiotować i źle się czuć, chciałam mieć w brzuchu rosnącego maluszka, który będzie mnie kopał i który będzie ze mną przez 9 miesięcy. Więc, póki nikt nas nie skreślił, nie powiedział, że nie będzie to dla nas szansa na zostanie rodzicami i póki moja macica jest zdrowa i współpracuje, to walczymy do końca.

Jak wyglądają takie przygotowania do in vitro z adoptowanymi zarodkami, czym różnią się od tradycyjnego in vitro?

Przygotowania do adopcji, przynajmniej w moim przypadku, wyglądają jak przygotowania do transferu na mrożonych zarodkach.

Mój cykl jest sztucznym cyklem. W cyklu poprzedzającym transfer miałam wykonaną histeroskopie, by jeszcze zobaczyć, co się dzieje w macicy, później w 20. dniu cyklu miałam jeszcze biopsję endometrium, czyli tzw. drapanko, do tego zastrzyk Diphereline SR 3,75 na uśpienie jajników.

 Po tym oczekiwanie na miesiączkę. Jak już się pojawi, to od 1 do 4 dc 1×1 dawkę estrofemu, od 5 do 9 dc 2x 1 esfrofem i od 10 do 14 dc 3x 1 estrofem. W 14. dniu cyklu zgłaszam się na usg + wykonuję badanie poziomu progesteronu. Na wizycie pani doktor ocenia grubość i jakość endometrium oraz decyduje, kiedy będzie transfer. Jak już wiadomo kiedy, to wtedy włączą odpowiednią dawkę luteiny i zleca wlew z intralipidu w dniu transferu.

Następne nasze spotkanie jest już w dniu transferu; jeszcze raz kontrolne usg i podanie dwóch zarodków. Oczywiście najpierw jest spotkanie z embriologiem, który relacjonuje stan zarodków, przedstawia ich klasę, mówi, ilu są dniowe i jak ocenia ich stan na chwilę obecną. Otrzymujemy również dokumenty do podpisu, że mamy świadomość, na co się decydujemy. Po transferze dostaję całą listę leków oraz zastrzyki do brzucha, które wykonuje się tak długo, jak zachodzi taka potrzeba. Po transferze zaczynają się długie dni oczekiwania na wykonanie bety hcg.

Zabieg udał się. Byłaś w ciąży. Nieprzypadkowo używam czasu przeszłego…

Tak, zabieg się udał! Z podanych dwóch zarodków tylko jeden postanowił z nami zostać – nasz synuś, któremu serduszko przestało bić w wigilijny poranek, a zrodziłam Kajtusia dla nieba w sylwestrowy poranek.

U waszego synka Kajtusia wykryto zespół Edwardsa. Na czym polega ta choroba?

Zespół Edwardsa to choroba genetyczna, polegająca na pojawieniu się dodatkowego, trzeciego, chromosomu 18. w DNA (trisomia chromosomu 18. pary). Wada jest przyczyną nieprawidłowości w budowie wielu narządów dziecka i towarzyszących im dysfunkcji.

Zespół Edwardsa, który zdarza się raz na 5 000 (według innych danych raz na 3 500) urodzeń zdarza się zwłaszcza u dziewczynek – cztery razy częściej niż u chłopców. Większość dzieci urodzonych żyje najwyżej dwa miesiące, ale od 5 do 10 procent żyje więcej niż rok.

To zależy od ciężkości i ilości wad, które wywołuje choroba. Dziecko z zespołem Edwardsa jest znacznie mniejsze od normalnego noworodka.

Charakterystyczną cechą są szeroko rozstawione oczy (hiperteloryzm) często z opadającą górną powieką. Dziecko ma zaciśnięte piąstki, często z nachodzącymi na siebie palcami, niewykształcone kciuki i paznokcie oraz zdeformowane stópki. W czaszce stwierdza się cystę splotu naczyniówkowego, czyli zbiorniczek z płynem. Poza tym zaburzone są funkcje wielu układów m.in. oddechowego i krążenia, częste są wady serca, przepuklina pępkowa i pachwinowa, u chłopców niezstąpienie jąder. Dziecko na ogół nie jest w stanie samo jeść, dlatego musi być karmione sondą lub przez wytworzoną gastrostomię (przetoka prowadząca wprost do żołądka).

Dzieci, nawet jeśli przeżyją dłużej niż rok, nie są w stanie same chodzić, a ich zdolności poznawcze i komunikacyjne są bardzo ograniczone. Stan dziecka jest przez cały czas ciężki i wymaga stałej opieki lekarskiej, nawet jeśli można zabrać maleństwo do domu.

Czy wasi najbliżsi wiedzą o decyzji, jaką podjęliście?

Nasza rodzina i najbliższe nam zaufane osoby wiedzą o decyzji, jaką podjęliśmy. Nie opowiadamy o tym każdemu jednak, gdyż wiemy, jacy są ludzie w dzisiejszych czasach. Nie wstydzimy się podjętych kroków, ale po co dawać innym powód do rozmów i plotkowania. Niby każdy jest miły i twierdzi, że popiera nasze starania, ale tak naprawdę już nieraz słyszeliśmy komentarze w tyłu „przyjdź do mojego syna, on ci zrobi dziecko…” „Ja ci pomogę, jeśli mąż się nie spisuje…”  Po co więc ludzie mają wszystko wiedzieć? Wiedzą tyle, ile trzeba, a nasi najbliżsi wiedzą wszystko i zawsze nas wspierają. Wiemy, że możemy na nich liczyć, chociaż nie zawsze wiedzą, jak mają z nami rozmawiać. Najtrudniej jest, teraz  – kiedy Kajtuś odszedł. Niestety ludzie często nie wiedzą, jak mają się zachować w stosunku do nas i mówią różne rzeczy, których my nie chcemy słuchać, bo nie przynoszą nam ukojenia ani nie zmniejszą naszego bólu. Jeśli chodzi o wsparcie nas w kolejnym podejściu, to są za i bardzo mocno nam kibicują!

Czy możesz nam zdradzić, na jaki koszt powinna nastawić się para, która tak jak wy decyduje się na in vitro z dawstwem zarodków?

Koszt jest oczywiście zależny od kliniki. W naszej adopcja zarodków kosztuje 1000 zł, ale wiem, że w innych klinikach pary za taką procedurę płacą nawet po 3 czy 6 tysięcy. Do tego dochodzi koszt leków oraz jak w naszym przypadku – koszt wlewów z intralipidu (400 zł kosztuje jeden wlew, a wykonuje się je już nawet 4 tygodnie przed transferem, kolejny w dniu transferu i tak co 4 tygodnie aż do 19 tc).

Nie da się ukryć, że to kupa pieniędzy. Co sądzisz o zapowiadanej nowelizacji ustawy o in vitro, która pozwalać będzie jedynie na zapłodnienie nie więcej niż jedną komórkę?

Uważam, że zapłodnienie tylko jednej komórki nie jest dobrym pomysłem. Człowiek robi wszystko, by uzyskać jak najwięcej komórek dobrej jakości, a wiadomo, że nie wszystkie komórki są dojrzałe i nie wszystkie po połączeniu z plemnikiem dają dobrze rozwijające się i rokujące zarodki. Poza tym procedura ivf jest dość sporym wydatkiem i każda para chce mieć jak najwięcej zarodków, by móc jak najwięcej ich wykorzystać.

Wiadomo, że stymulacja jest dość obciążająca dla organizmu kobiety i każda procedura jest inna, inaczej przebiega, bo to, że za pierwszym razem było 10 komórek, nie świadczy o tym, że wszystkie są dobre i przetrwają. Jedna kobieta będzie miała 25 komórek, z czego ani jedna się nie zapłodni, a druga może mieć dwie i obie „zaskoczą”. To jest ciężki temat i dość sporny, ale uważam, że zawsze należy zrobić wszystko i otworzyć każdą furtkę, by para starająca się o dziecko miała możliwość wykorzystania każdej szansy. Przecież embriolodzy walczą o każdy zarodek, „nadmiar” jest mrożony i wykorzystywany przy kolejnym podejściu. Jeśli para zdecyduje, że już nie chce więcej dzieci, to może swoje zarodki oddać do adopcji, a wtedy taka para jak my ma szanse na zostanie szczęśliwymi rodzicami.

Każdy zarodek traktowany jest jak świętość. Nikt nie da im zrobić krzywdy, a wszyscy obchodzą się z nimi jak z przysłowiowym „jajkiem”. Ja jestem bardzo wdzięczna dawcom, gdyż dzięki nim spełniają się nasze marzenia o byciu rodzicami, o byciu mamą i tatą, o byciu szczęśliwą rodziną.

Mimo że to nie jest w pełni biologiczne dziecko…

To, że Kajtuś nie jest naszym biologicznym synem, nie ma dla nas znaczenia, pokochaliśmy go od pierwszego wejrzenia, od momentu, kiedy go zobaczyliśmy z jego braciszkiem lub siostrzyczką na monitorze usg. Już wtedy wiedzieliśmy, że jest nasz, że będzie kochany miłością wielką, że nigdy nie pozwolimy go skrzywdzić. Będzie dla nas wszystkim, będzie naszą radością i iskierką, która rozjaśni nam smutne dni. I tak też było.

Cieszyliśmy się z każdego dnia ciąży, nawet kiedy wymiotowałam całymi dniami i nie miałam siły podnieść się z łóżka, to dotykałam brzucha i dziękowałam, że został z nami, że czekamy na niego i cieszę się, że wymiotuje jak szalona. Dzisiaj, kiedy już go nie ma, wciąż go kochamy – nie może być inaczej.

Już zawsze będzie największą miłością, tym pierwszym, długo wyczekanym bijącym sercem. Nigdy nie żałowaliśmy decyzji i nigdy żałować nie będziemy!

Paulina Ryglowska-Stopka

Autorka książki (jako Laura Lis) "Moje in vitro. Historia prawdziwa", w której pisze, że cuda się zdarzają i nigdy nie należy tracić nadziei.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *