Wojtek Zamysłowski to dziecko z probówki. Czy jest normalny? [nasz wywiad]

Wojciech Zamysłowski to pierwsze dziecko kliniki Novum poczęte metodą in vitro. Obecnie student polonistyki – zdrowy, normalny, w niczym nie przypomina modyfikowanych genetycznie truskawek, i o dziwo, nie jest chory, inny, czy też niepełnosprawny. Co o sobie mówi i jak komentuje groteskowe wypowiedzi polityków na temat in vitro?

Jest Pan pierwszym, próbówkowym dzieckiem kliniki Novum. Czy w dzisiejszych czasach, kiedy to niepłodne pary muszą walczyć o swobodny dostęp do skorzystania z możliwości nowoczesnych metod leczenia niepłodności, czuje Pan potrzebę zabrania głosu w kwestii in vitro? Jest Pan w końcu dowodem na to, że z in vitro rodzą się zdrowe, normalne dzieci.

Wojciech Zamysłowski: Cóż, nie miałem nigdy poczucia konieczności dawania dowodów na to, że nie jestem „chory” z prostego powodu – nie trzeba tutaj nic udowadniać. Ludzie, którzy potrzebują dowodów na fakty, nigdy nie byli dla mnie partnerami do rozmowy. Nie mam zamiaru działać w kierunku prostowania skrajnych idiotów. Uważam, że w pewnym momencie nie ma już ratunku. Dziwny jest też fakt, że to mnie podsuwa się kwestie jakiejś „misji”, ponieważ to ludzie, którzy nie kierują się jakąkolwiek logiką, dedukcją, obserwacją i w ogóle zdrowym rozsądkiem, winni są społeczeństwu jakiegoś dowodu na swoją rzekomą normalność. Nie ja. To oni się tutaj powinni usprawiedliwiać. Oczywiście do czegoś takiego nie dochodzi, ponieważ idiotyzm jest w „kraju absurdu” powodem do prawdziwej dumy. Tak przynajmniej mi się ostatnio wydaje. Cieszę się po prostu, że nie muszę mieć kontaktu z tymi, których moderniści nazywali drewnami, bykami lub świniami. Nie mój pułap i tyle.

Kiedy i w jakich okolicznościach dowiedział się Pan o sposobie poczęcia? 

Nie dowiedziałem się, że tak powiem „skokowo”, to zawsze było. Kiedy nadeszły młodzieńcze pytania o prokreację od dawna wiedziałem, że „Pan doktor pomagał mamusi”. To było naturalne. Stąd też nie było żadnej, konkretnej reakcji. Oprócz tego, że ja jestem z in vitro, to mam również brata poczętego z zamrożonego zarodka. I niektórych pewnie zdziwi, ale jedyne różnice jakie są między nami to to, że on jest wyższy i jest umysłem ścisłym. (śmiech) 

Dla rodziców z pewnością nie była to łatwa droga. 20 lat temu leczenie niepłodności i podejście do in vitro różniło się znacznie od dzisiejszego. Wie Pan jak to wyglądało?

Oczywiście nie wiem dokładnie, jak to wszystko wyglądało u moich rodziców. Nie wiem, czy długo się starali, co przeżywali, ale myślę, że skoro zdecydowali się na in vitro, to myślę, że była to raczej długa batalia.

W tamtych czasach z pewnością było to pewne novum. Średnio pamiętam, co się działo dwadzieścia lat temu, ale pamiętam, że kobieta, która uczestniczyła z moją mamą w wywiadzie na temat in vitro chciała, by nie pokazywać jej twarzy.

Wtedy u nas jeszcze palono czarownice na stosach, więc trochę to rozumiem. Gdy ustalała z kamerzystą odpowiednie ujęcie, do studio weszła moja mama. „A panią jak kręcimy?” – zapytał. „Normalnie” – odpowiedziała mama. W końcu obie zostały nakręcone „normalnie”. Dziwne, że tamta kobieta zgodziła się na coś, co uważała za powód do ukrywania tożsamości. Było więc raczej ciężko na polu kulturowym. 

Jak się Pan czuje, słysząc słowa radnego PiS, który porównuje dzieci z in vitro do zmodyfikowanych genetycznie truskawek bez smaku?

Cóż… czuję się jakbym próbował rozmawiać z drzewem o fizyce kwantowej. Gość nie potrafi nawet sklecić metafory. Truskawki z GMO są przecież słodsze od tych z krzaczka, nie z próbówki. (śmiech) To jakaś niskobudżetowa, groteskowa komedia. Czemu ktoś w ogóle pozwolił tym ludziom wypowiadać się gdziekolwiek poza podwórkowym trzepakiem? Widziałem tych ludzi. Dukają, nie wiedzą o czym mówią, czemu mówią. To pewnie rodzaj jakiegoś podlizywania się przełożonym czy coś.

Nie wierzę, że aż tak dalece nie mają wstydu i wyczucia, by nie bawiła ich własna postawa. Jeśli naprawdę Ci ludzie tego nie czują, albo nie robią tego dla jakichś ogromnych pieniędzy, to ja już nie wiem, co powiedzieć.

Czy kiedykolwiek był Pan szykanowany w związku z faktem poczęcia metodą in vitro?

Nie, nigdy nie byłem szykanowany, a wręcz przeciwnie. Ludzie często uważali fakt takiego, a nie innego poczęcia za coś, co czyni wyjątkowym. Dziwiło mnie to, nie mniej niż odwrotna postawa. Jednak nigdy nie spotkałem się z negatywnym komentarzem ad personam, który byłby wypowiedziany twarzą w twarz. To mnie z kolei w ogóle nie dziwi. Oczywiście mówię tutaj o bezpośrednim odniesieniu, pomijając coś, co ładnie nazywa się debatą publiczną…

Przeciwnicy metody uważają, że in vitro to profanacja człowieczeństwa i zabijanie niewinnych dzieci kosztem kilku upośledzonych z in vitro. Jak Pan to skomentuje?

Skomentuję to jak zwykle. Niech Ci państwo się douczą, odchamią, zastanowią, co i dla czego chcą powiedzieć. Potem niech podadzą definicje człowieka, człowieczeństwa, wykażą moje upośledzenie, niech pokażą jak statystycznie ma się wykorzystanie plemników i komórek jajowych w procesie zapłodnienia sposobem naturalnym, a sztucznym. Wtedy możemy pogadać. Potem chętnie przeszedłbym się z nimi na ulicę. Niech wskazują palcem, na oko dzieci z in vitro. Za każde fortunne trafienie mają ode mnie stówkę. Pod warunkiem, że ja dostanę za każde pudło złotówkę. Potem oddałbym im sumę, którą bym wygrał, żeby nie musieli się więcej szmacić dla pieniędzy.

Ostatnio pojawiły się wpisy w książeczce zdrowia dziecka z adnotacją, iż dziecko jest z in vitro. Co Pan by czuł, gdyby taki wpis pojawił się w Pana książeczce, nie czułby się Pan inny, gorszy, naznaczony?

To nieprawda, nie pojawiły się ostatnio. Każdy ma w książeczce wypisane szczegóły z aktu poczęcia. To nie naznaczenie – to informacja medyczna. Czemu ludzie uważają, że medycyna może być nagle kulturą? Mam tam też informacje o masie innych rzeczy. Stygmatyzują mnie w podobnym stopniu.

Nie uważam, że jest to powód do tego, aby czuć się gorszym – dzieci z in vitro nie są przecież inne.

Czy Pana zdaniem in vitro powinno być refundowane przez Państwo?

Powinno, oczywiście, że tak. Według mnie jest to metoda leczenia niepłodności, dlatego uważam, że tak jak każda inna metoda leczenia, powinno się ją refundować. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego jedne choroby wspiera finansowo, drugie nie. Czy to znaczy, że jedni mogą być chorzy, a inni nie? Według mnie, refundacja in vitro przyczyniłaby się do tego, że dzięki temu byłoby więcej szczęśliwych par, oczywiście odbywałoby się to kosztem stawiania piwka bezrobotnym, czy fikcyjnego „500+” rodzinom wielodzietnym. 

Co można jeszcze zrobić, aby odczarować in vitro, aby w końcu przestało być tematem tabu?

Można się douczyć na własną rękę, nabrać poczucia przyzwoitości, zacząć odpowiadać za swoje słowa i przestać mówić o rzeczach, o których nie ma się pojęcia. Niewiele potrzeba, a czar pryśnie.

Rozmawiała: Paulina Ryglowska-Stopka

Polecamy także:

Wojtek Zamysłowski: Jestem z in vitro, mam fajnych znajomych i brata mrozaka

Trzy rozmowy o życiu – wzruszający film o in vitro

9 miesięcy w 4 minuty – niesamowity film o życiu w łonie matki

 

Paulina Ryglowska-Stopka

Autorka książki (jako Laura Lis) "Moje in vitro. Historia prawdziwa", w której pisze, że cuda się zdarzają i nigdy nie należy tracić nadziei.
Komentarze: 1

Dojrzały wywiad, bez złośliwości bez fanatyzmu – sama prawda! Tak trzymać !

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *