W walce z niepłodnością wtórną cz. 4

W walce z niepłodnością wtórną: Gdy los śmieje Ci się prosto w twarz

Mijały lata, aż w końcu podjęliśmy decyzję. Pierworodna była tzw. High Need Baby (dopiero po 5 latach się o tym dowiedziałam, że taka nadwrażliwość ma nawet nazwę!) i była jednocześnie najlepszą antykoncepcją przez ponad 3 lata, więc nie była to łatwa decyzja. Ale tak – chcemy mieć drugie dziecko!


Chcesz być na bieżąco z historią Młodej, opowieściami o pierwszej ciąży i trudnymi staraniami o drugie dziecko? Przeczytaj Pamiętnik Młodej cz.1, Pamiętnik Młodej cz.2, Pamiętnik Młodej cz.3.


To ten moment. Już czas na drugie dziecko

Pomyślałam „czemu nie?”, Mała zaczęła przesypiać noce a ja jestem chyba gotowa na ponowną ciążę i kolejne dziecko. Chciałam, aby miała to, czego ja nie miałam, a zawsze pragnęłam… z rodzeństwem na pewno będzie jej lepiej.

W związku z tym, że pierwszy poród zakończył się cięciem cesarskim to zaczęłam szukać informacji, czy jest możliwy poród naturalny po cesarce. Znalazłam na Facebooku grupę „Naturalnie po cesarce” i poczułam, że będzie dobrze, że DAM RADĘ.

Do tego jeszcze wyciągnęłam dokumentację medyczną, żeby dowiedzieć się szczegółów, na jakim etapie „poległam”. Moją uwagę przykuło jedno – wynik histopatologiczny łożyska. Co proszę? Pierwsze słyszę i widzę!?

Przez 3 lata żyłam w niewiedzy, że łożysko zostało wysłane do badań? Jak mogli zataić taką informację? Nie wiedziałam dlaczego postanowili łożysko oddać do badań – co takiego chcieli sprawdzić i co się im nie podobało… Sprawdziłam kilka razy i nigdzie ani w karcie wypisu ani w informacjach dla pacjenta nie ma wzmianki o tym, żeby odebrać wyniki histopatu. Pokazałam ten wynik ginekologowi, który mnie prowadził i nic nie powiedział, żeby było coś w nim nie tak. Spytał tylko czy paliłam w ciąży i czy palę papierosy – odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie i nie byłam nawet „biernym palaczem”. Na grupie FB, gdy wstawiłam opis histopatu, większość zgodnie uznała, że łożysko miałam takie jakbym paliła papierosy nałogowo całą ciążę…

Świadome (tym razem) przygotowania do ciąży

Przed rozpoczęciem starań postanowiłam podjąć się operacji usunięcia wyrostka robaczkowego. Z wyrostkiem miałam problemy od kilku lat, zawsze był powyżej normy na USG i często mnie bolał. Chciałam się przygotować na 100% do kolejnej ciąży, więc pozbyłam się go (okazało się, że miałam przewlekłe zapalenie wyrostka), poszukałam lekarza, który podejmie się VBAC (poród naturalny po uprzednim cięciu cesarskim), zrobiłam badania hormonów, zaczęłam brać kwas foliowy w podwójnej dawce, znalazłam szkołę rodzenia i zaczęliśmy starania, a przy okazji dołączyłam do grupy Staraniowej, aby się powspierać wspólnie z innymi dziewczynami.

Udało się! Nasza krótka radość

Zaszłam w ciążę dosyć szybko, bo w 3 cyklu starań, a kiedy się o tym dowiedziałam był koniec listopada 2016 r. Niestety po kilku dniach od pozytywnego testu poczułam silny skurcz wieczorem i z samego rana udałam się prywatnie do lekarza. Potwierdził ciążę, był widoczny pęcherzyk, ale coś mi nie pasowało. Dokładnie wiedziałam kiedy zaszłam w ciążę i na tym etapie w pierwszej ciąży był widoczny zarodek z bijącym sercem, a tutaj tylko czarna kropka? No cóż, ma jeszcze czas – tak zapewniał lekarz. Dostałam luteinę i wyszłam do domu.

Po tygodniu miałam wizytę w ramach NFZ, ale niestety nadal nie było nic widać oprócz pęcherzyka, a był to skończony 6 tc. Zmartwiłam się i postanowiłam zapisać do innego lekarza prywatnie, gdyż „wiadomo jak ten sprzęt na NFZ… pewnie stary i słaby, dlatego tak”.

Udałam się w kolejnym tygodniu prywatnie na USG, ale ciąża rozwijała się według mnie nieprawidłowo. Był skończony 7 tc z OM, a na USG wychodził 5 t4d – widoczny był tylko pęcherzyk ciążowy z pęcherzykiem żółtkowym bez zarodka i tym samym brakiem echa serca. Lekarz powiedział, że warto przyjść za tydzień na kolejną wizytę i nie odpowiadając na moje pytanie „a co będzie jak nie urośnie?” skasował za wizytę 200zł.

Napisałam na grupie staraniowej o sytuacji, jaka mnie spotkała, bo jednak nie miałam zbyt dużego doświadczenia w tym temacie i nie wiedziałam, na co się nastawiać. Wiele dziewczyn zapewniło, że będzie dobrze, że czasem serce pojawia się dopiero w 8 tc i urodziły szczęśliwie. 

W tym samym czasie przyjechała do mnie kuzynka, która mi oznajmiła, że jest coś takiego jak mutacje genetyczne. Sama ma również potwierdzoną trombofilię i prosi mnie, żebym się koniecznie zbadała, bo jak ona ma to i może ja to mam. Powiedziała mi w sekrecie, że ona od tego poroniła i martwi się o mnie…

Mutacja genetyczna MTHFR. Czy mnie też dotyczy?

Po tygodniu wypadała wizyta na NFZ, skończony 8 tc i jest! Jest zarodek z bijącym sercem, ogromna radość, pisanie na grupie dziewczynom, że miały rację. Tona myśli pozytywnych i kamień z serca, a następną wizytę wyznaczono na za 3 tyg. Spytałam lekarza na sam koniec wizyty o tę mutację. Potwierdził, że coś takiego jest i że w Invicta mają akurat na ten pakiet promocje.

Gdy wróciłam do domu to od razu wykupiłam pakiet 4 mutacji. Pakiet przyjechał szybko kurierem i po przeczytaniu instrukcji wiedziałam, że to banalnie proste. Do wykonania tego badania nie trzeba było się jakoś specjalnie przygotowywać – wystarczyło nie jeść i nie pić 30 minut przed badaniem. Wyciągnąć z opakowania specjalny patyczek, który trzeba było włożyć do buzi i rozetrzeć po policzku od środka. Wyjąć z buzi, zabezpieczyć i wysłać z powrotem kurierem.

Tymczasem nadeszła Wigilia i przy pełnym stole oświadczyliśmy dobrą nowinę. Posypały się gratulacje, było mnóstwo radości i poczuliśmy pełnię szczęścia.

6 stycznia rano znalazłam spory list w skrzynce. To wyniki z Invicta. Potwierdziło się, że mam mutację MTHFR heterozygotę. V-leiden ujemny. Tego też dnia wypadła kolejna wizyta na NFZ. Miałam wyniki, byłam gotowa do działania w tej sprawie, bo przecież pewnie to się jakoś leczy…

Nie wierzę w to!

Na wizytę pojechałam sama, bo partner został z córką w domu. Zresztą nie miał w zwyczaju mi towarzyszyć w wizytach. Na USG poczułam ogrom szczęścia. Mówię pełna zachwytu do lekarza, że jakie duże to dziecko, ale nadgoniło przez te 3 tygodnie, co? Ma ręce i nogi już, ale super! Lekarz niestety nie odpowiedział, zmienił tylko głowicę na inną od USG i zaczął mówić, że owszem nadgoniło, ale ma złą wiadomość do mnie… dziecko NIE ŻYJE.

Tysiąc myśli na sekundę, zastanawiam się czy dobrze usłyszałam, czy coś mi się zdawało. Lekarz, widząc moja minę, zaczął tłumaczyć, że nie ma przepływów, serce nie bije, dziecko się nie rusza – czy widzi to Pani? Odpowiadam otumaniona, jakbym dostała zimną wodą z wiadra na głowę, że tak widzę. Lekarz ciągnie dalej… „Ale to dobrze, bo dziecko było chore, miało WADĘ LETALNĄ, wadę cewy nerwowej… nie ma czaszki i mózgowia – proszę spojrzeć”. Spojrzałam, a widok ten utkwił mi do końca życia, wyrył się w pamięci i do dzisiaj jak idę na USG dopochwowe to przypomina mi się ten obraz. Widok połowy głowy dziecka, a mózg wyglądał jakby został wydziobany przez ptaki.

Lekarz zapewnił mnie, że załatwi mi miejsce w naszym pobliskim szpitalu, bo tam pracuje. Musiałam tylko pójść na badanie krwi i przesłać mu wyniki, że beta hcg spada. Co do wyniku mutacji, powiedział, że jak wyjdę ze szpitala to natychmiast powinnam brać Actifolin (z dodatkowym AKTYWNYM kwasem foliowym). Podał numer kontaktowy do siebie i życzył wszystkiego dobrego.

Wyszłam z gabinetu patrząc stale w podłogę. Nie powiedziałam chyba nawet „do widzenia” siedzącym na korytarzu zadowolonym paniom w zaawansowanych ciążach, które siedziały z partnerami, czekając na wizytę. Przeszłam szybciutko przychodnię i gdy tylko usiadłam i zamknęłam drzwi od samochodu zaczął się rozpaczliwy krzyk.

Dlaczego ja? Dlaczego my? Dlaczego…

 

POLECAMY TAKŻE:

W walce z niepłodnością wtórną: To nie tak miało wyglądać!

 

Agnieszka Woźniak

Redaktorka i korektorka językowa. Pisze od kiedy pamięta, a w międzyczasie zajmuje się tropieniem zagubionych przecinków i poprawianiem błędów ortograficznych

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *