Historia o niepłodności

“Chyba już straciłam nadzieję.” Historia niepłodności Tereski.

Ja chciałam mieć siódemkę dzieci, męża zadowoliłaby dwójka. Tymczasem najprawdopodobniej nigdy nie zostaniemy rodzicami. Niepłodność spadła na nas nieoczekiwanie i zmieniła tak wiele w naszych relacjach. Czy jest dla nas jeszcze szansa? Poznajcie naszą historię.

Mam na imię Teresa, mam 31 lat (około 165 cm wzrostu i wagę ok. 94 kg – to ma znaczenie dla dalszej części historii), mój kochany mąż Jan ma 37 lat (180 cm wzrostu i ok. 78 kg). Jesteśmy ze sobą około 10 lat. Dwie osoby, który spotkały się przypadkiem, połączyła miłość. Od początku z mężem chcieliśmy mieć dzieci. Ja chciałam 7, mąż 2. Teraz nawet nie wiadomo, czy doczekamy się chociaż jednego. Każde z nas obarczone jakimś ciężkim doświadczeniem życiowym, a zwłaszcza ja. Rodzice się rozwiedli, co było dla nas błogosławieństwem, bo Ojciec dodatkowo został wyeksmitowany sądownie. Nareszcie było trochę spokoju psychicznego i fizycznego, choć długie lata jeszcze musiałam z Ojcem walczyć w skorumpowanych polskich sądach.

Nie pochodzę z bogatej rodziny, ale nie skrajnie biednej, skłamałabym, gdybym powiedziała, że brakowało nam chleba. Mama dwoiła się i troiła, żeby utrzymać, wyżywić, wykształcić, a przede wszystkim leczyć mnie i moje rodzeństwo.

Nie zliczę swoich chorób

Mam 31 lat, a mam wrażenie, że kartotekę medyczną niczym staruszka. Praktycznie non stop coś nowego wychodzi u kolejnych specjalistów. Od dzieciństwa choruję na astmę, alergię i atopowe zapalenie skóry. Notorycznie powtarzające się przewlekłe zapalenie zatok, zapalenie oskrzeli i płuc, problemy ortopedyczne, problemy z oczami, problemy żylne, niedoczynność tarczycy, kamicę nerkową, insulinooporność, migreny i coś czego dorobiłam się u jednego z pracodawców, tj. nerwica i dyskopatia odcinka krzyżowego kręgosłupa, duża anemia, nieregularne miesiączki i depresja. Szczerze mówiąc, nie wiem czy wymieniłam wszystko, bo tyle tego jest, że sama się już w tym gubię. Nie wspomniałam jednak o najgorszej chorobie, która jest ze mną od dzieciństwa, a która sprawia mi nie tyle dużo trudności ortopedycznych, co psychicznych – nadwaga i otyłość oraz oczywiście niepłodność. Znajomi zawsze mnie określają jako osobę, która wszystkim potrafi pomóc tylko nie sobie.

Po przejściu specjalistycznej diagnostyki, na którą wydaliśmy niemal wszystkie oszczędności, okazało się, że Jan ma bardzo ciężką oligozoospermię (mniej niż 3 mln plemników w ejakulacie), genetyka idealna – książkowa, ruchliwość postępowa plemników obniżona, nie chcą się wiązać z hialuronianem na komórce jajowej (poniżej 57% się tylko wiąże), 22% fragmentacji plemników. Ogólna diagnoza 0,5 -1% szans na naturalną ciążę.

Niczego bardziej nie pragnęliśmy niż dziecka

Przed ślubem postanowiliśmy z Janem, że zaczniemy starać się o dziecko. Próbowaliśmy niemal 5 lat, a dziecka dalej nie ma. Po ślubie zmarła mi kuzynka za granicą i trochę to rozchybotało moją nerwicę, a i załatwiania papierów z aktem zgonu było mnóstwo, to był rok 2019. Zainstalowałam sobie na telefonie aplikację OVUFRIEND. Rzetelnie wpisywałam wszystkie dane, staraliśmy się cały czas. Niestety bezskutecznie.

Zaczęłam chodzić do kolejnych specjalistów, od endokrynologa, przez diabetologa, ginekologa, urologa, aby sprawdzić aktualne wyniki, w jakim stanie jest mój organizm. Niestety tu zaczyna się historia KONOWAŁÓW z NFZ. Każdy lekarz zanim zdążyłam powiedzieć, że staram się o dziecko, to twierdził, że nigdy w ciążę nie zajdę przy takiej wadze. Każda wizyta lekarska i diagnoza nawet bez wyników badań, tu cytat: „jest pani za gruba, nadwaga, a właściwie otyłość – jak pani chce zajść w ciążę?” Niestety zamiast zlecić odpowiednie badania, oceniali po wyglądzie i twierdzili, że badania trzeba zrobić jak schudnę.

Jest Pani za gruba na ciążę

Poszłam do diabetologia okazało się, że do moich chorób trzeba dopisać insulinooporność. Kolejna choroba z którą muszę się zmierzyć. Niestety Pani diabetolog również okazała się skrajnie niekompetentna. Zaleciła mi dietę na dwa tygodnie wyrwaną z jakiegoś folderu, nawet nie czytając co mi daje. Mówi: to pierwsze kroki do zrzucenia wagi. Mam silną nietolerancję cytrusów i laktozy, oczywiście co znalazło się w diecie? Na śniadanie jogurt, na kolacje jogurt, woda z cytryną, jogurt z cytryną, obiad z jogurtem, szpinak. Z całej diety mogłam zjeść dosłownie jeden posiłek. Jednak stwierdziłam, że pójdę na kontrolę po dwóch tygodniach do tej wspaniałej lekarki, zrzuciłam wtedy 2 kg, oczywiście zadowolona jak nie wiem, że przy lekach na insulinooporność i diecie waga spada. Zapytałam się jej, czy zrzucanie wagi przy dwutygodniowej biegunce jest zdrowe? Bo chyba nie o to nam chodzi, żeby zgubić szybko, a z głową i bezpiecznie. Pokiwała głową i zaprzeczała sama sobie, że wcale nie kazał mi jeść nic z tej diety.

Odwiedziłam ginekologa, z którym też musiałam kłócić się, aby dał skierowania na badania krwi, moczu, USG. Sytuacja analogiczna. „Pani jest za gruba, nie zajdzie pani w ciążę, proszę najpierw schudnąć. To pani wina, że nie może pani zajść w ciążę, mniej jeść i schudnąć, wtedy zacząć się starać z mężem.” Kolejna wizyta u lekarza i kolejne załamanie nerwicy. Paradoks, jaki widziałam 3 dni temu w autobusie miejskim w Warszawie – kobieta tak potężna, że jak usiadła zajmowała dwa miejsca, jechała z rocznym maluszkiem w wózku. Serio? To moja wina, bo jestem gruba? Badania hormonów, na które skierowanie cudem wywalczyłam, pokazało, że wszystko jest ok, poza podwyższonym testosteronem i kortyzolem (w końcu nerwusem jestem).

Diagnoza męża wprawiła nas w osłupienie

Po około roku wpisywania danych do aplikacji OVUFRIEND dostałam zaproszenie na bezpłatną wizytę w klinice niepłodności INVICTA. Wzięłam więc męża, wszystkie swoje wyniki krwi, moczu, wszystko, co miałam (cały segregator najnowszych badań) i poszliśmy do Pana Doktora Andrzeja Jerzaka, którego mogę polecić każdej kobiecie, bo jest to lekarz z powołania, delikatny, czuły wrażliwy, ale przeze wszystkim rzetelny i nie owija w bawełnę. Na wstępie wysłuchał, co miałam do powiedzenia, aż się popłakałam u niego, bo mówię, że naprawdę starałam się schudnąć, ale jest to ciężki proces przy tak wielu schorzeniach i przyjmowanych lekach. Pierwsze słowa, jakie usłyszałam od Pana doktora to: „A gdzie badania męża? Gdzie badania nasienia?”. Zgłupieliśmy z mężem, bo mąż na nic nie choruje, no normalnie okaz zdrowia, jedynie wada wzroku w lewym oku. Uspokoił nas, zlecił odpowiednie badania, całą diagnostykę. No i się zaczęło. Latanie na wizyty, konsultacja moich i męża wyników. Pamiętam to jakby to było wczoraj, a minęło już prawie 10 miesięcy odkąd dowiedzieliśmy się, że głównym problemem nie jest mój brak owulacji, a nasienie męża.

Do tej pory to Jan zawsze mnie wspierał we wszystkich katorgach, jakie za każdym razem przechodzę u lekarzy, jest moją skałą, na której buduję swoją pewność siebie, a teraz? To ja musiałam wesprzeć Jana.

Choć nie pokazał tego od razu, bardzo się załamał. Odsunęliśmy się od siebie, ale nie w uczuciach. Seks okazał się być tematem, które każde z nas zaczęło omijać, choć ja chciałam próbować dalej, Jan zaczął mnie odpychać „I tak nie mogę Ci dać dziecka, seks – po co?”.  Próbowałam go pocieszać, „oj jak nie uda się, to zaadoptujemy małego kociaka i psiaka”, ale problem, bo nawet nie mamy swojego mieszkania, jedna pensja idzie na wynajem i opłaty. Każdy miesiąc to liczenie pieniędzy i debata, którą receptę mam wykupić.

Ciężko jest zwłaszcza, jak wszyscy znajomi wokół mają już 2-3 dzieci, wieczne pytania kiedy wy się postaracie. Doszło do tego, że i ja 2 miesiące temu pękłam. Każda spotkana kobieta w ciąży, czy z dzieckiem wywołuje u mnie smutek, płacz i atak nerwicy połączony z paniką. Nie pomaga również rodzina.

Przeczytaj także: „Czy ja też muszę się badać?” Rola mężczyzny w leczeniu niepłodności z perspektywy psychologa

Brak wsparcia rodziny boli najbardziej

Moja rodzina, zwłaszcza Mama, wspiera mnie „dziecko nie martw się, jeszcze wam się uda, a jak nie ,to in vitro”, choć sama nie ma pieniędzy na opał do pieca kaflowego, zaproponowała pomoc finansową. Oczywiście, że od niej nie wezmę, bo sama jest schorowana i ledwo ciągnie koniec z końcem co miesiąc.

Natomiast rodzina, a raczej rodzice męża to dopiero masakra. Mąż jest jedynakiem, jednak wszystkie stereotypy dotyczące matek jedynaków tu nie mają racji bytu. Teściowie w moich oczach są zamożni, mają dom jednorodzinny z ogródkiem, samochód. Dla dziewczyny takiej jak ja, są to ludzie bogaci. Wiadomo punkt widzenia zależy od punku siedzenia. Nigdy nic od nich nie chciałam, żadnych pieniędzy, żadnych prezentów. Nigdy nie zazdrościłam im, że są zamożniejsi od mojej rodziny. Jedyne, czego oczekiwałam, to szacunku. Niestety tego nie otrzymałam i do dzisiaj cały czas próbują mi udowodnić, że nie pasuję do ich rodziny, że moja rozbita rodzina (rozwód rodziców) to patologia.  Przed ślubem rozmowy, abyśmy dobrze się zastanowili, bo u nich w rodzinie rozwodów się nie uznaje (ale rozwody też były). Dowiedziałam się od jednej ciotki Jana, że własny przyszły teść powiedział, że ja do nich nie pasuje, a mąż zamiast pojechać na studia za granicę i coś osiągnąć, zarabiać jak człowiek, to wybrał małżeństwo ze mną i klepanie biedy. Nigdy nie chcieli poznać mojej rodziny, ale ja musiałam poznać ponad 100 osób z rodziny Jana.

Przez całe życie zawsze ktoś się nade mną znęcał psychicznie, najpierw ojciec, później koledzy w klasie, na studiach, a ostatnio w pracy. Niestety już się do tego przyzwyczaiłam, ale to, że nie szanują własnego dziecka, własnego syna, tego nigdy nie zrozumiem. Zero wsparcia psychicznego i fizycznego, gdy wyjechał do Warszawy na studia, wykorzystywany jako tragarz bagaży i tłumacz dla matki na wycieczkach zagranicznych, zwykły telefon tak, żeby zapytać się, co słuchać to raz na 2-3 tygodnie jak sobie przypomną. Chociaż ciężko powiedzieć, że te rozmowy są rozmowami, bo właściwie każda rozmowa kręci się wokół teściowej i pieniędzy, które ma i tu cytuję: „ja pieniędzy mam mnóstwo, więc będę je wydawać na wycieczki z mężem, wy jesteście młodzi i musicie szarpać”. Od 2 lat jest pytanie, kiedy zaczniemy myśleć o dziecku, jednak nie dostaliśmy żadnego wsparcia z ich strony. Do mnie oczywiście były docinki w stylu: „No wiesz Teresa nie jesteś już najmłodsza, twoje jajniki też już nie pracują najlepiej”. Życzę im jak najlepiej, ale nie chcę mieć z nimi nic wspólnego. Klasyczne wampiry energetyczne. Wysysają ze mnie energię.

Niepłodność? No to może rozwód?

Gdy około 10 miesięcy temu dowiedzieliśmy się, że u Jana jest większy problem z płodnością niż u mnie, poinformowaliśmy rodziny. Jak zareagowali teściowie? Zasugerowali rozwód. Byłam w szoku. Teściowie, którzy nie uznawali rozwodów, sami mi go zaproponowali!!! Od tamtej pory cisza, zero tematu, zero zainteresowania, czy będziemy leczyć się, czy będziemy podchodzić do in vitro. Dla nas w sumie dobrze, jednak na duszy to boli, że ludzie, którzy powinni być dla niego najbliżsi, oprócz mnie oczywiście, mają to w głębokim poważaniu. Nigdy nie spytali się Jana, jak się czuje w związku z tą sytuacją, czy mogą nam jakoś pomóc. Temat umarł.

Chyba już się poddałam…

Naszą historię opisałam w ogromnym skrócie, a pisząc ją, popłakałam się kilka razy. Dzisiaj jest sierpień, od diagnozy minęło 12 miesięcy. W naszym związku seks stał się tematem tabu, Jan trochę się podniósł, natomiast ja już się poddałam. Nie mam już siły wiecznie rozwiązywać problemów innych osób i nieustannie pocieszać. Postanowiłam z Janem zakończyć starania o dziecko, główny powód to czynnik finansowy.

Procedura in vitro po podliczeniu wszystkich kosztów, nawet z dofinansowaniem to ok. 25 000 zł, nie mamy takich pieniędzy.

Poddałam się, nie mam siły ani fizycznie, ani psychicznie mierzyć się z czymś, co najpewniej będzie skazane na porażkę. Moje marzenie o dużej rodzinie runęło. Nie mam już marzeń, jedyne co chcę w najbliższym czasie zrobić, to poświęcić wszystkie pieniądze, jakie mam, na spędzenie czasu z moją ukochaną babcią, która w tym roku skończyła 90 lat i zawsze mnie wspierała we wszystkich decyzjach i problemach życiowych. To ona ciągnie mnie w górę, to ona mnie motywuje, żebym się nie poddawała. Jest moim aniołem stróżem.

 

źródło: Historia nadesłana przez Czytelniczkę
fot. pixabay.com/Pexels

POLECAMY TAKŻE:

Trudne emocje w związku – jak podtrzymać bliskość w związku w trakcie leczenia niepłodności?

 


Redaktorka i korektorka językowa. Pisze od kiedy pamięta, a w międzyczasie zajmuje się tropieniem zagubionych przecinków i poprawianiem błędów ortograficznych

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.