Czekali na dziecko 20 lat! To, co się stało, było niewiarygodne

20 lat walczyli o dziecko, dzięki in vitro udało się. Teraz tworzą piękną całość… Oto wzruszająca historia Violetty, która opowiada o swoich przeżyciach w ciągu wieloletniej walki o dziecko. Nigdy nie mów, że cuda są niemożliwe – walcz, nawet jeśli myślisz, że nie masz już szans.

Jak długo staraliście się o dziecko?

Violetta Kozłowska: Miałam 20 lat jak wzięliśmy ślub, jak na tamte lata to było normalne, że już zakładamy rodzinę. Nasza córeczka przyszła na świat 20 lat później, w 2014 r., miałam wtedy skończone 40 lat.

Zaliczałam się do bardzo szczupłych osób, więc lekarze obstawiali zaburzenia hormonalne, kierowali do szpitala, wypisywali leki. Niestety nic to nie pomogło. Ponownie był szpital, leki, nic i nic… Po paru latach zdecydowaliśmy się na załatwienie wymaganych dokumentów, potrzebnych do starania się o adopcję. Ale jak wiecie, każdą decyzję trzeba przemyśleć dokładnie, szczególnie jak chodzi o czyjeś życie. Stwierdziliśmy więc, że zrobimy najpierw wszystko, aby na świat przyszedł owoc naszej miłości.

Odłożyliśmy pieniądze, poczytaliśmy o zapłodnieniu in vitro i ruszyliśmy do Poznania do Invimedu pełni nadziei, że teraz to nam musi się udać. W klinice pełny profesjonalizm, badania i wynik – brak plemników klasy A. One są najważniejsze, a tu zero.

Zaproponowano nam jedną inseminację, ale tylko ze względu na to, że lekarze mają taką procedurę, żeby nikt nie myślał, że robią to tylko dla pieniędzy. Zaznaczono jednak, że w naszym przypadku możliwe jest tylko in vitro. Po inseminacji przyszedł czas na zabieg in vitro. Teraz nam się uda, przecież „tylko” plemniki nie mogą dotrzeć do celu. Będziemy rodzicami po podaniu dwóch zarodków. Czekaliśmy na wynik, ja musiałam leżeć, aby jak najmniej było ruchu, żeby tylko się udało.

Po dwóch tygodniach przyszedł wynik badania z krwi bety i co – dół, nie ma ciąży. Prysły marzenia o dzidziusiu, rodzinie, zostaniemy sami. To było naprawdę straszne przeżycie.

Próbowaliście zrobić drugie podejście?

Na drugie podejście niestety trzeba odkładać pieniądze, a i trzeba też żyć. Pierwsze podejście wyniosło nas 20 tysięcy zł. Przy polskich zarobkach dla wielu osób ta kwota jest ogromna. W międzyczasie straciłam dodatkowo pracę, moja firma ogłosiła upadłość i musiałam szukać nowej. Tak minęło kilka lat, aż usłyszeliśmy, że rząd chce zrobić program dofinansowania zabiegu i znów może spróbujemy, być może się uda. Gdy ogłosili, że program ruszył, zadzwoniliśmy do Poznania na Polną i zarejestrowaliśmy się na wizytę kwalifikacyjną, z zapytaniem czy w ogóle jest taka możliwość. Ku naszej radości profesor stwierdził, że tu nie ma na co czekać i ruszamy z in vitro.

W lipcu zakwalifikowaliśmy się, a w listopadzie byłam już w ciąży z naszą Zosieńką. W zapasie mieliśmy jeszcze zamrożony zarodek.

Jaki był najtrudniejszy moment w całej tej walce?

Niepowodzenia były straszne. Pewnie trudno w to uwierzyć, ale gdy zaszłam w upragnioną ciążę ten niepokój o dziecko, żeby je donosić, był okropny. Za każdym razem, gdy mąż wracał z pracy, patrzył na moją minę: uśmiechnięta, uff, wszystko w porządku. Zamiast cieszyć się przez pierwsze miesiące, często siedzieliśmy w milczeniu, bijąc się ze swoimi myślami. Ale na szczęście stan ten minął, jak dzidzia zaczęła dawać porządne kopniaki.

Czy mieliście jakiekolwiek wsparcie?

Niestety musieliśmy liczyć tylko na siebie, na nasze ręce i na pieniążki zapracowane przez nas. Nawet nie liczyliśmy na pomoc, wiedząc, że wszystkim jest ciężko. A też nie zaliczamy się do osób oczekujących pomocy, staramy się radzić z naszymi problemami sami. Jak każdy zacznie doradzać, zróbcie tak czy inaczej, to w końcu zapominasz o tym co ty chcesz, tylko zaczynasz myśleć czego chcą inni.

Dzięki in vitro macie córeczkę. Jak wspominasz moment, kiedy dowiedziałaś się, że jesteś w ciąży?

Tak, dzięki cudownej metodzie jaką jest zabieg in vitro mamy cudowną, zdrową, dobrze rozwijającą się córeczkę, Zosię. Ma 13 miesięcy. Jak dowiedziałam się, że jestem w ciąży, płakałam ze szczęścia. To przeogromne szczęście dowiedzieć się, że jest się w ciąży po tylu latach, wręcz niewiarygodne.

Czy mieliście jakiekolwiek chwile zawahania, zwątpienia? Chcieliście się poddać? Co Was motywowało do dalszej walki?

Zwątpienie przy niepowodzeniach to normalnie, ale siadaliśmy przy kawie i rozmawialiśmy o naszym problemie. Za, przeciw, co jeszcze możemy zrobić.

Chcieliśmy zrobić wszystko, co jest w naszej mocy, żeby na starość usiąść przy małej czarnej i powiedzieć – zrobiliśmy wszystko. Ale los chciał, że na starość i nasza córka z nami usiądzie przy kawie. Nasza motywacja to my.

Wiem, że planujecie drugie dziecko, też z in vitro?

Oczywiście bardzo chcemy mieć jeszcze jedno dziecko. Został nam jeden zarodek, pojechaliśmy odebrać naszą kruszynkę i teraz wszyscy jesteśmy razem. Udało się, jestem w ciąży, mimo wieku czuję się świetnie i tak ma być do rozwiązania.

Wiadomo, że Kościół nie popiera in vitro. Czy nie baliście się „odrzucenia” ze strony Kościoła?

Kościół, który powinien głosić dobro, obraża nas, nasze upragnione dzieci. Nie będę cytować w jaki sposób, ale raczej każdy miał pewnie okazję słyszeć niektóre bzdury. Jeżeli Bóg nie chciałby, aby metoda in vitro zaistniała, to odebrałby rozum i mądrość ludziom, zajmującym się tą techniką leczenia. Czy baliśmy się odrzucenia? Nie. Wydaje mi się, że Bóg bardziej cieszy się z pełnej, szczęśliwej rodziny, niż z tego czy byliśmy w niedzielę w kościele.

Co powiedziałabyś innym starającym się, którym brakuje już sił w tej ciężkiej, niesprawiedliwej walce?

Trudno coś doradzać, każdy jest inny. Jeden jest twardy, a takim trzeba być, żeby osiągnąć cel, jakikolwiek by nie był. Ludzie słabi mogą przegrać tę walkę, bo naprawdę nie jest łatwo. Ale trzeba próbować, takie jest dziwne to nasze życie, że raz jesteś na dnie, a czasami uda się Tobie wypłynąć. Jedną radę, jaką mogę udzielić, to nie poddawajcie się za wcześnie i wspierajcie się wzajemnie. To, że nie możecie zajść w upragnioną ciążę, to nie jest czyjaś „wina”, to choroba naszych czasów i trzeba ją leczyć.

Polecamy również:

Mniej niż 1 proc. szans? To wystarczyło, by stali się szczęśliwymi rodzicami!

Miałam 5 minut, by podjąć decyzję na całe życie…

Paulina Ryglowska-Stopka

Autorka książki (jako Laura Lis) "Moje in vitro. Historia prawdziwa", w której pisze, że cuda się zdarzają i nigdy nie należy tracić nadziei.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *