Małgorzata Rozenek-Majdan o in vitro i refundacji

Małgorzata Rozenek-Majdan o swoim in vitro: „O 10 zadzwonił telefon: Nie przyjeżdżajcie. Komórka się nie rozwija”.

W maju ukazała się najnowsza książka Małgorzaty Rozenek-Majdan „In vitro. Rozmowy intymne”, a jej autorka aktywnie włączyła się w walkę o prawa niepłodnych par w Polsce. Dziennikarka ma nadzieję, że to, co robi, wpłynie na postawę polityków blokujących ogólny dostęp do metody i ułatwi niepłodnym spełnienie marzeń o macierzyństwie.

Od premiery książki Rozenek-Majdan udzieliła już kilku wywiadów, w których mówiła, dlaczego jest to dla niej tak ważne. Jednym z ciekawszych jest obszerna rozmowa z Magdaleną Rigamonti dla Dziennik.pl, w której mówi m.in. o tym, że fakt, iż jest celebrytką, nie sprawia, że nie może mówić o sprawach poważnych.

Uważam, że mój głos jest głosem innych kobiet. Mówię nie tylko w swoim imieniu, nie tylko w imieniu celebrytki Małgorzaty Rozenek-Majdan. Zresztą, ze względu na moją celebryckość odmawia mi się prawa do wypowiadania na poważne tematy. Tak jakby to, że pokazuje na instagramie swoje zdjęcie w bikini powodowało, że nie mam prawa do wykształcenia, do refleksji. Jestem kobietą, która urodziła dwoje dzieci dzięki in vitro, a teraz stara się po raz kolejny zajść w ciążę. I dlatego miałam ogromną potrzebę, żeby zabrać głos w tej sprawie, zdając sobie sprawę, że mój głos może być lepiej słyszalny.” – mówi w rozmowie w dziennik.pl

Po za tym tłumaczy, czy jej zdaniem in vitro to rzeczywiście metoda leczenia niepłodności, jak wyglądała procedura ivf w przypadku jej dwóch synów, ile na nią wydała oraz co się stało z zamrożonymi zarodkami, które posiadała.

In vitro – to sprawa intymna, ale nie tajemnica

Małgorzata Rozenek-Majdan nigdy nie ukrywała, że jej dwóch synów z poprzedniego małżeństwa przyszło na świat dzięki in vitro. Co więcej – wiele razy mówiła o tym, że nie czuje potrzeby ukrywania tego faktu zarówno przed światem, jak i tym bardziej przed synami. „Kiedy się urodzili, to w ich karty wpisano, że są z in vitro. Jakby to miało jakieś znaczenie! Dla mnie to nie jest problem, bo nigdy nie zamierzałam ukrywać, że synów mam tylko dlatego, że mogłam skorzystać z możliwości, jakie daje in vitro(…) [Synowie – przyp. red.] Wiedzą nawet, w której klinice poddałam się in vitro. Dla nich in vitro jest czymś normalnym. Ich koleżanki i koledzy też wiedzą, że chłopcy urodzili się dzięki tej metodzie – mówi w najnowszej rozmowie z Magdaleną Rigamonti w Dziennik.pl.

Dziś chłopcy chodzą do prywatnej francuskiej szkoły, w której temat in vitro nie jest powodem do szykanowania czy wytykania palcami i jak mówi celebrytka, jej synowie nie doświadczyli ani razu nieprzyjemności związanych z metodą ich poczęcia. „Ludzie stamtąd [z Francji i całej zachodniej Europy – przyp. red.] nie są w stanie zrozumieć, dlaczego [in vitro – przyp. red.] w Polsce budzi aż tyle emocji, nie wiedzą, gdzie leży problem. Dlaczego są kobiety, sama takie znam, które nigdy nie powiedziały swoim dzieciom, że są z in vitro, bo się zwyczajnie boją.” – mówi w rozmowie z Rigamonti. 

Pieniądze to największy problem niepłodnych

W wywiadzie gwiazda TVN przyznaje, że zdaje sobie sprawę z tego, że była i jest w uprzywilejowanej sytuacji, bo w momencie, gdy zdecydowała się z byłym mężem na in vitro, miała za sobą zarówno pełne poparcie rodziny – także ojca, który za rządów PiS był skarbnikiem klubu, oraz stać ją było na drogie leczenie, mimo iż nie była wówczas osobą tak rozpoznawalną i tak dobrze zarabiającą. „Wówczas nie pracowałam, więc mój ówczesny mąż przejął na siebie odpowiedzialność za sfinansowanie leczenia. Muszę powiedzieć, że pieniądze to jeden z największych problemów w tej procedurze.” – mówi w dziennik.pl

Opowiada także, że pamięta, jak podczas swojej procedury, leżąc na sali monitoringu z kobietą leczącą się od 9 lat, usłyszała od niej, że aby móc podejść kolejny raz do próby in vitro (tym razem udanej), małżeństwo musiało sprzedać mieszkanie i samochód. Takich par są setki tysięcy. Dziennikarka otwarcie jednak podkreśla:

Mówi się o wielkich zarobkach klinik niepłodności, a proszę pamiętać, ponad połowa kosztów procedury in vitro to są leki. Drożyzny w tej metodzie należałoby więc szukać w firmach farmaceutycznych. Sama punkcja to też są koszty (…) I tym bardziej żal mi par, które muszą się mierzyć z ostracyzmem środowiskowym, które muszą podejmować decyzje finansowe godzące w bezpieczeństwo rodziny.”

Dziennikarka nie chce jednak powiedzieć, ile sama wydała na leczenie niepłodności, bo jak mówi, zależy jej, żeby in vitro było ogólnie dostępne, a nie zarezerwowane dla tych ludzi, którzy mają pieniądze.

Rozenek-Majdan po raz kolejny apeluje jednocześnie do polityków o porządną refundację in vitro. „Każdy z nas płacąc podatki, płacąc składki zdrowotne odłożył sobie pieniądze na in vitro. Niepłodność jest jedną najszybciej postępujących chorób cywilizacyjnych. Nie rozumiem, dlaczego państwo polskie nie chce leczyć tej choroby, dlaczego ta choroba nie jest uważana za coś poważnego” – mówi.

„Skoro mam dzieci, to znaczy, że metoda działa”

In vitro dziennikarka uznaje bowiem za metodę leczenia, mimo że jej przeciwnicy twierdzą, iż jest to tylko sposób na posiadanie dziecka. „Skoro bez in vitro nie mogłam mieć dzieci, a dzięki in vitro mam dzieci, to znaczy, że ta metoda działa. Posiadanie dziecka uleczyło moją bezpłodność. Nie jestem bezpłodna, bo mam dzieci, które są biologicznie moje i mojego byłego męża. Unikam takich dywagacji, bo rozmywają meritum sprawy. A meritum jest takie, że kobiety, rodziny, pary mają prawo korzystać ze wszystkich dostępnych, legalnych źródeł leczenia niepłodności.” – stanowczo zamyka temat.

Dla przeciwników metody, głównie Kościoła Katolickiego i większości polityków prawej strony, kluczową sprawą sprawiającą, iż metoda zapłodnienia pozaustrojowego jest moralnie niedopuszczalna, to mrożenie zarodków, a tym samym skazywanie nienarodzonych dzieci na śmierć. Ten wątek zresztą najczęściej przewija się w debacie publicznej dotyczącej in vitro, o to również rozbiła się 1,5 roku temu kwestia projektu zaostrzenia ustawy in vitro, która miałaby ograniczać możliwość mrożenia zarodków do zera. Na razie jednak w Polsce obowiązuje prawo pozwalające na zamrożenie 6 zarodków. Zdaniem Rozenek-Majdan wprowadzenie w życie takiego obostrzenia spowoduje, że in vitro rzeczywiście przestanie być metodą skuteczną.

„Nie mam żadnych nadprogramowych zarodków (…) wyszło jak miało wyjść”

Ile zarodków sama zamroziła? Na to pytanie odpowiada ciszą, a na dodatkowe pytanie „gdzie są jej zarodki”, odpowiada, że ich nie ma. „Nie mam żadnego nadprogramowego zarodka, również dlatego że… Dlatego, że nie wyszło tak, jak miało wyjść (…) To są bardzo intymne sprawy.” I dodaje:

„Ponad 97 procent par wraca po swoje zarodki, więc te bajki o armii zamrożonych dzieci przetrzymywanych w ciekłym azocie są zwyczajną nieprawdą i cyniczną próbą spłycenia tematu.”

Leczenie niepłodności to skomplikowana procedura, narażająca pary nie tylko na koszty, ale i na stres i ból związane z leczeniem i oczekiwaniem na rezultat. Rozenek-Majdan wspomina, że dla niej ten czas był bardzo trudny. „To jest ciężkie leczenie, które wywraca do góry nogami cały organizm. Trzeba pamiętać, że pobranie od kobiety komórki jajowej i połączenia jej pozaustrojowo na szkle z plemnikiem nie daje gwarancji powodzenia (…) Mieliśmy raz taką sytuację, że o godzinie 12 miałam być w klinice, w której miał być dokonany transfer zapłodnionej komórki do mojego organizmu, a o godz. 10 zadzwonił telefon, że nie mamy po co przyjeżdżać, że komórka się nie rozwija. Wtedy nic nie pozostaje innego, tylko płacz. Siedziałam i płakałam. Mój mąż też.”

Źródło: dziennik.pl

Całą rozmowę można przeczytać TUTAJ 

 

POLECAMY TAKŻE:  Małgorzata Rozenek-Majdan: Ja nie promuję in vitro!

Małgorzata Rozenek-Majdan: Ja nie promuję in vitro!

Karolina Wagner

Dziennikarka, redaktorka, absolwentka Polonistyki na UW. Woli słuchać niż mówić, biegać niż siedzieć, medytować niż dywagować.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *