Moje szczęście narodziło się w nieszczęściu. Opowiem Wam moją historię

Mam na imię Ewelina. Warsztaty „Obudź w sobie życie” są dla mnie bardzo ważne i chciałam się podzielić z Wami moją historią, może komuś pomoże lub rozpozna w mojej opowieści siebie. Chciałabym przede wszystkim podziękować Pani Sylwii Bentkowskiej za organizację warsztatów. Za to, że słucha i dba o kobiety, które borykają się z niepłodnością. Za jej ogromne zaangażowanie, czas i energię. Dziękuję Pani Sylwio! Oby było więcej takich osób jak Pani.

Oto moja historia:

W wieku szesnastu lat zachorowałam na nowotwór jajnika i musiałam się poddać operacji. Nowotwór był ogromny, 16cm x 11cm x 10cm, ale na szczęście nie był złośliwy. Niestety w tej batalii straciłam jajnik i jajowód.

W tamtym czasie jeszcze sobie nie zdawałam sprawy, jak to wpłynie na moje życie czy płodność, bo przecież wszyscy mnie zapewniali, że mam jeszcze jeden i bez problemu zajdę w ciąże. Do osiemnastego roku życia leczyłam się u onkologa, a potem przejął mnie ginekolog. Po półtora roku lekarz ginekolog zauważył z mojego wywiadu coś niepokojącego, ponieważ skarżyłam się na bardzo obfite, bolesne miesiączki, w czasie których nieraz traciłam przytomność z bólu. Doskwierał mi również ból w trakcie stosunków. Podczas badania USG lekarz odkrył płyn  w miejscu, gdzie nie powinno go być. Zasugerował, aby poszerzyć diagnostykę w szpitalu i zrobić kilka badań, miedzy innymi markery nowotworowe.

Badania wyszły dodatnie. Byłam załamana, myślałam, że znowu guz, ale nie. Lekarz mi wyjaśnił, że te same markery odpowiadają za endometriozę. Pierwszy raz słyszałam te słowo i nie wiedziałam, co to jest i czy jest to poważne, czy mam się nie przejmować?

Lekarz ginekolog powiedział, że jest pewny niemal w stu procentach, że zdiagnozował endometriozę, ale potrzeba laparoskopii, by potwierdzić. Chciałam poddać się tej operacji, ale wtedy akurat była matura, wiele innych spraw i jakoś nie miałam głowy. Uznałam, że jeszcze mam czas!

Mijały miesiące i lata, gdy miałam 21 lat lekarz oznajmił mi, że przy moich przejściach, czyli braku jajnika i jajowodu oraz dodatkowo endometriozie mogę mieć spore problemy z zajściem w ciążę. Powiedział, że jeśli nie urodzę pierwszego dziecka do 25. roku życia lub ogólnie nie urodzę dziecka do 27.roku życia, to nie będę mieć szans na ciążę. To był cios, bo jeszcze się nie zastanawiałam nad dzieckiem, dopiero rozpoczęłam studia. Długo rozmawiałam z moim wtedy obecnym partnerem (3 lata starszy ode mnie) o ciąży. Tłumaczyłam, że chciałabym zacząć się starać, ale on wiecznie miał wymówki… a najczęściej słyszałam, że on „chce mieć dzieci, dużo dzieci, najlepiej czwórkę, ale nie teraz!”

To kiedy? Jak nie wiadomo czy w ogóle będę mogła mieć dzieci! Ile łez wylałam w poduszkę, ile kłótni przeszłam, w pewnym momencie nie za bardzo chciałam chodzić do znajomych, którzy mają dzieci. Widok szczęśliwych mam z dziećmi sprawiał mi ból.

W wieku 24 lat miałam dość czekania, aż mój narzeczony dorośnie do bycia tatą. Z tego powodu, a także wielu innych problemów, które narosły w naszym związku, rozstaliśmy się. W pracy poznałam fajnego chłopaka w moim wieku. Na początku to był tylko kolega z pracy, lecz po kilku miesiącach okazało się, że to ten jedyny i ten właściwy. Zakochaliśmy się i zamieszkaliśmy ze sobą. Wiedział od samego początku o moich przejściach. Mimo to zaskoczył mnie któregoś wieczoru, gdy oznajmił mi, że bardzo by chciał mieć ze mną dzieci, chciałby założyć ze mną rodzinę, że jestem dla niego wszystkim i dobrze mu ze mną. Byłam w szoku, ponieważ nic nie wspominałam i nie naciskałam na dziecko i to z jego inicjatywy wyszedł pomysł z założeniem rodziny. I tak zaczęliśmy się starać o dziecko.

Po około 8 miesiącach, gdy nie było rezultatu, zaczęłam się zastanawiać, czy wszystko jest okej z naszym zdrowiem. Wiedziałam że będę mieć problem z zajściem w ciążę, ale sądziłam, że może jednak ze mną będzie inaczej i uda się, tylko po prostu nie od razu, a po np. 4 miesiącach. A tu nic. Udaliśmy się więc do lekarza, który specjalizuje się w leczeniu niepłodności i trudnych ciąż. Badaliśmy się oboje. Sprawdziliśmy wszystko. U mnie niby wszystko wychodziło dobrze, okres jak w zegarku, wyniki dobre. U mojego mężczyzny lekko obniżone parametry nasienia, ale do odratowania zmianą stylu życia i suplementacją. W pewnym momencie i u mnie, i u niego było wszystko w porządku, ale dalej ciąży nie było.

Lekarz zaproponował, by wykonać jeszcze jedną rzecz, a mianowicie zabieg czyszczenia jajowodu, który mi pozostał, bo może być zatkany przez zrosty, a przy okazji sprawdzilibyśmy tę endometriozę, czy tam jest i w jakim stadium. Wykonaliśmy operację i okazało się, że jajowód faktycznie był zatkany i było bardzo dużo zrostów i ognisk endometriozy, które usunął lekarz. Po zabiegu zastosowaliśmy 3-miesięczną kurację hormonalną, by wyciszyć moje hormony i endometriozę.

Myślałam, że teraz się musi udać! Przecież wszystko jest ok, ale nie udało się. Następne miesiące dały mi w kość, ale nie fizycznie. Byłam wykończona psychicznie… Ciągłe nieudane próby, wiecznie test z jedną kreską, co chwilę badania, nowe leki… byłam tym wszystkim zmęczona, co robiłam test, to zalewałam się łzami i myślałam o sobie w najgorszych słowach. Mówiłam sobie i narzeczonemu, że to się nie uda, bo jestem niekompletna, nie mam jajnika i jeszcze ta endometrioza, że nie jestem prawdziwą kobietą, bo każda kobieta potrafi dać dziecko swojemu ukochanemu, a ja nie i że może lepiej jak znajdzie sobie inną kobietę, która da mu szczęście… i wiele innych. Oczywiście mój narzeczony nie pozwalał mi tak myśleć, nie chciał innej i powtarzał. Wierzył, że nam się uda, a to przejściowe problemy, że pomoże in vitro a jak nie, to jest wiele dzieci, które potrzebują domu i możemy adoptować. Cudowny mężczyzna, jego słowa pomagały, ale tylko na moment, bo w każdej chwili, gdy byłam sama, złe myśli wracały.

Pewnego dnia zobaczyłam na facebooku wydarzenie „Obudź w sobie życie” warsztaty w Katowicach i uznałam, że to jest to, czego potrzebuję w tej chwili! Nie zwlekałam, wypełniłam formularz i dostałam się. Pojechałam na spotkanie pełna nadziei.

Trafiłam na miejsce oczywiście trochę spóźniona, ale na szczęście miłe panie na wejściu bez problemu mnie wpuściły na wykład. Gdy weszłam do środka zaskoczyła mnie ilość kobiet w pomieszczeniu. Poczułam, że nie jestem w tym sama, nie jestem jedyna z problemem niepłodności, nie jestem dziwolągiem, jak się czułam przy znajomych, którzy mają dzieci i ignorowali moje problemy z zajściem w ciążę. Tu poczułam się wśród „swoich”.

Od razu jak usiadłam, poznałam dziewczynę z Krakowa, która siedziała obok. Od pierwszej chwili poczułam z nią wspólną więź. Odbierałyśmy na tych samych falach, mimo że różniło nas wszystko: wiek, status materialny i społeczny, powód niepłodności, ale łączyło nas jedno – obie chciałyśmy uzyskać jak najwięcej informacji z warsztatów i spełnić swoje marzenie o dziecku.

Warsztaty były super! Najpierw spotkanie ze specjalistami m.in. z ginekologami, seksuologiem, embriologiem itd. Wykład polegał na zadawaniu pytań specjalistom, którzy rozwiali wiele nurtujących nas wątpliwości. Potem odbyły się wykłady z Paniami, które opowiadały o preparatach pomagających zajść w ciążę. Pokazywały też testy owulacyjne i ciążowe nowej generacji.

Pani dietetyk przygotowała świetny wykład o żywności, która może wspomóc w konkretnych schorzeniach np. przy zespole policystycznych jajników czy endometriozie bądź pomóc mężczyznom poprawić wyniki nasienia. Następnie były warsztaty z jogi i z psychologiem-coachem. Podzielono nas na dwie grupy i jedna poszła na jogę, a druga do coacha, następnie zmiana. Nie ukrywam, że te zajęcia najbardziej mi się podobały. Wiadomo wykłady ze specjalistami były super – mogłyśmy pytać o wszystko dotyczące naszego zdrowia, wyników, starań o ciążę itp. ale zajęcia z jogi nas rozluźniły i przez chwilę mogłyśmy zapomnieć o naszych problemach, a zajęcia z Panią Asią (coachem) dodały nam siły i energii, by walczyć dalej!

Zajęcia z coachem zapadły mi szczególnie w pamięci, bo najpierw każda z nas w skrócie opowiedziała, co ją dręczy i jakie ma nadzieje na przyszłość, a to wyzwoliło w nas takie emocje, że wszystkie zaczęłyśmy płakać. Te łzy były niczym oczyszczenie, każda z nas sobie zdała sprawę, że nie jesteśmy same i jak wiele nas łączy.

Później już było tylko dużo śmiechu i rozmów, pracy w grupie. To wszystko jeszcze bardziej nas zbliżyło. Po wyjściu z sali wymieniłyśmy się numerami telefonów. Do dziś mam kontakt z trzema dziewczynami. Ten dzień spędzony w gronie tych cudownych kobiet, zarówno uczestniczek, jak i całej kadry nadzorującej i wykładowców, był dla mnie wyjątkowy. Dał mi siłę i pozytywną energię do działania! Wyszłam z nich szczęśliwa, pełna nadziei, bogata o nowe informacje i przekonana że nie jestem w tym sama. Spotkanie przypomniało mi ważną rzecz – to nie moja wina, że nie udaje mi się zajść w ciążę, to nic złego, trzeba się starać i myśleć pozytywnie.

Polecam każdej kobiecie, która ma problem z płodnością, by choć raz skorzystała z takich warsztatów, bo było cudownie i te rozmowy przy kawie! Dziękuję wszystkim dziewczynom, że podzieliły się ze mną swoimi historiami i obawami. Wspaniałe silne kobiety, które zawsze zostaną w mojej pamięci .

To miejsce, gdzie nawiązują się nowe przyjaźnie na całe życie.

Dwa miesiące po warsztatach uznałam, że trzeba wyluzować i nie mieć takiego parcia na ciążę, tak jak mi mówiono na warsztatach, bo wszystko siedzi w naszej głowie. Postanowiliśmy się wybrać z narzeczonym w podróż życia do USA i wrócić z czystym umysłem i spróbować jeszcze raz zawalczyć o dziecko, ale na luzie oraz rozważyć in vitro. Do podróży nie doszło. W maju umarł mój ojciec. To był cios, bo bardzo mnie wspierał i bardzo chciał doczekać się wnuczki lub wnuka.

Dzień po pogrzebie dowiedziałam się, że jestem w ciąży.

To był szok! Czwarta rano, ja z testem w łazience, a na nim upragnione dwie kreski, mocne krechy. W tym momencie nie wiedziałam, czy się cieszyć czy płakać . O 7 rano pojechałam zrobić Bete hcg i wyszło, że jestem w 6. tygodniu ciąży. Mój narzeczony oszalał z radości. A teraz jestem w 23. tygodniu ciąży i będziemy mieć córeczkę – Julcie.

Dziewczyny! Nigdy się nie poddawajcie, bo zawsze trzeba się odbić od dna i zawsze po burzy wychodzi słońce czy tęcza 🙂 Myślcie pozytywnie! I nie poddawajcie się! Czasem zmiana stylu życia, otoczenia, diety, nastawienia to jest klucz do zajścia w ciążę. Nie poddawajcie się, bo czasem w nieszczęściu pojawia się szczęście, tak jak w moim przypadku. Czasem trzeba dużo przejść, by osiągnąć upragnione szczęście. Pozdrawiam serdecznie !

 

 

 

 

POLECAMY TAKŻE:

Gdy nie nauczysz się być szczęśliwa sama ze sobą, dziecko nie da Ci szczęścia [wzruszający list od Czytelniczki]

 

 

Agnieszka Woźniak

Redaktorka i korektorka językowa. Pisze od kiedy pamięta, a w międzyczasie zajmuje się tropieniem zagubionych przecinków i poprawianiem błędów ortograficznych

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *