„Mrożenie zarodków to aborcja”. Jeśli in vitro, to tylko z jednym zarodkiem?

Jedna procedura, jeden zarodek, zero mrożenia – posłowie zajęli się projektem poprawki do ustawy w obronie życia i zdrowia nienarodzonych dzieci poczętych in vitro.

Środa, 21 września 2016 r. może okazać się nie początkiem pięknej złotej jesieni, ale zapowiedzią mrozów i długiej nieprzyjemnej zimy. To właśnie tego dnia w ciepłych sejmowych ławach posłowie wsłuchają się zapewne z uwagą w czytanie obywatelskiego projektu wprowadzającego całkowity zakaz aborcji oraz – o czym jest nieco ciszej – w pierwsze czytanie poselskiego projektu ustawy w obronie życia i zdrowia nienarodzonych dzieci poczętych in vitro.

To dla tysięcy niepłodnych par w Polsce, dla których metoda in vitro jest jedyną szansą na biologiczne rodzicielstwo, może się okazać początkiem zupełnego końca marzeń o dziecku. Zdecydowana deklaracja ministra Radziwiłła, który niedawno potwierdził, że nie będzie finansowania tej metody z pieniędzy państwa, w zamian rząd sfinansuje pięcioletni program prokreacyjny bez zastosowania tej metody, nie załamała do końca chyba tylko tych, dla których pieniądze nie są największym problemem.

Jeśli posłowie przegłosują poprawkę do ustawy z dnia 25 czerwca 2015 r. o leczeniu niepłodności i wprowadzą tym samym ograniczenie liczby komórek, które można zapłodnić metodą pozaustrojową, zamrożą tym samym całą ideę i sens in vitro w Polsce.

Całkowity zakaz aborcji

Pierwszym i głównym punktem środowych obrad Sejmu będzie jednak całkowity zakaz aborcji – co budzi przerażenie zarówno kobiet, którym ustawa ograniczy do zera prawo decydowania o sobie i swoim zdrowiu, także w sytuacjach zagrażających ich życiu, ale także poważne oskarżenia ze strony środowisk lekarskich. Profesor Romuald Dębski, specjalista w zakresie położnictwa, ginekologii, endokrynologii, ultrasonografii i diagnostyki prenatalnej, przestrzega przed tragicznymi skutkami wprowadzenia takiej ustawy. Jego zdaniem, prawo, którego chce „Ordo Iuris”, doprowadzi do tego, że lekarze będą się bali ratować kobiety. „Jeżeli będę miał pacjentkę ze stanem przedrzucawkowym, która będzie w 32. tygodniu ciąży, to ja muszę jej i dziecku dać umierać. Muszę – bo jeżeli ja ją rozwiążę cięciem cesarskim i dziecko umrze, dlatego że było wcześniakiem, to grozi mi do trzech lat pozbawienia wolności – mówił.

Fragment projektu ustawy o całkowitym zakazie aborcji: „Nie popełnia przestępstwa lekarz, jeśli śmierć dziecka poczętego jest następstwem działań leczniczych, koniecznych dla uchylenia bezpośredniego niebezpieczeństwa dla życia matki dziecka poczętego”. Prof. Dębski: „Rozumiem, że jak będę miał krwotok z powodu ciąży pozamacicznej, to mam prawo usunąć jajowód. Ale jeżeli nie mam krwotoku – to nie jest bezpośrednie zagrożenie życia i muszę doczekać, aż pacjentka będzie umierająca i wtedy będę miał prawo interweniować, mimo że od 20 lat wiem, jak to zrobić tak, żeby pacjentka nie umierała.”

In vitro do zamrażarki

Punkt czwarty obrad Sejmu jest jednak wcale nie mniej poważny, choć skrył się w cieniu dyskusji o całkowitym zakazie aborcji. Dla niepłodnych par, dla których metoda in vitro i możliwość pobrania oraz zapłodnienia podczas jednej procedury kilku zarodków, a w sytuacji powodzenia możliwość ich zamrożenia, to jedyna szansa, by mieć dziecko, a nawet kilkoro. Poprawka do ustawy z 2015 r. zakłada jednak drastyczne ograniczenie i zakaz mrożenia zarodków – więcej, w nowej ustawie byłby zapis, że będzie to tylko jeden zarodek i to podany kobiecie w ciągu 72 godzin. Tak restrykcyjnego zapisu dotyczącego in vitro nie ma w całej Europie. Choć podobne próby ograniczenia były wprowadzone w 2004 roku we Włoszech, w 2012 zostały zdjęte przez włoski sąd konstytucyjny, zdaniem którego to ograniczenie praw rodzin do posiadania potomstwa.  Jeśli polscy posłowie zagłosują za przyjęciem tej wersji – jedno jest pewne: szansa na dziecko, jaką daje współczesna medycyna i metoda pozaustrojowego zapłodnienia, legnie w totalnych gruzach.

Dla Kościoła in vitro to aborcja

Choć jak się spekuluje, całkowity zakaz aborcji nie zostanie przegłosowany – w samym PiS nie ma jednomyślności w tej kwestii,  istnieje spore ryzyko, że poprawka do ustawy o in vitro – owszem.

Posłowie PiS mogą zagłosować za ograniczeniem i zakazem mrożenia zarodków choćby po to, by choć trochę zaspokoić oczekiwania Kościoła, dla którego  metoda in vitro to rodzaj „wyrafinowanej aborcji” – stąd zabójcom nienarodzonych dzieci, którymi są rzecz jasna zdaniem Episkopatu rodzice podchodzący do in vitro, „nie należy udzielać sakramentów świętych”.

Tym, którzy zastanawiają się, o jakich dzieciach tu mowa – wyjaśniamy, że to właśnie nowa definicja zarodka, którą chcą uchwalić posłowie, dla których zarodek to „dziecko poczęte w najwcześniejszej fazie rozwoju biologicznego, powstałe w wyniku połączenia gamety męskiej i żeńskiej”. A skoro tak, nie można poddać go mrożeniu, za to jak najszybciej – stąd 72 godziny od „poczęcia” – należy umieścić zarodek w ciele kobiety.

Co na to lekarze i specjaliści w dziedzinie leczenia niepłodności? W związku z tym, że projekt nie był w żaden sposób skonsultowany ani społecznie, ani medycznie – mogą jedynie ubolewać nad tragicznymi skutkami takiego ograniczenia, które spowoduje drastyczny spadek ciąż.

Zdaniem lekarzy szanse na ciążę w przypadku zapłodnienia jednej komórki topnieją do zaledwie kilku, a w porywach i wyjątkowych przypadkach do kilkunastu procent. Aby powtórzyć kolejną procedurę, para będzie musiała nie tylko od początku przejść cały protokół, ale zapłacić kolejnych ponad 10 tys. złotych.

In vitro to nie paczka z Amazona

Jeżeli prawo wejdzie w życie, niepłodni, i to ci z zasobniejszym portfelem, masowo będą szukać pomocy za granicą, gdzie takich obostrzeń nie ma. Pacjenci są załamani, bo dla nich to nie tylko porażka demokracji i pogwałcenie prawa do zakładania rodziny.

Ktoś, kto myśli, że in vitro to jak zakupy w supermarkecie, wchodzisz, płacisz i wychodzisz z dzieckiem, które odbierasz jak zamówioną paczkę z Amazona, nie ma pojęcia ani o medycynie, ani o szacunku do chorych ludzi – mówi nam jedna z pacjentek, która miała szczęście i załapała się na refundację w ramach rządowego projektu, dzięki któremu do 30 czerwca, czyli końca refundacji, urodziło ponad 5 tysięcy dzieci.

Bo zakaz i ograniczenie pobierania zarodków to dla pacjentów nie tylko kwestia pieniędzy, których potrzeba na kolejne podejścia.

Ktoś, kto nie przeszedł tej procedury, naprawdę nic na jej temat nie wie – mówi inna pacjentka lecząca się w jednej z warszawskich klinik.  To niezwykle bolesne – zarówno w sferze emocjonalnej, ale także fizycznej. Nikt nie pyta nas, na czym właściwie polega leczenie metodą in vitro. A ja mogłabym pokazać swój siny i twardy od zastrzyków brzuch, do którego z bólu nie można się dotknąć. Ilość leków, które regulują cykl i przygotowują układ hormonalny do przyjęcia zarodka, to nie ciasto czekoladowe – mówi.  

Przyjęcie restrykcyjnej regulacji spowodowałoby konieczność wielokrotnego powtarzania kosztownego dla zdrowia, ale i portfela zabiegu stymulacji, a następnie przeprowadzanej punkcji jajników. Tylko możliwość pobrania kilku komórek daje szanse, że z sześciu (takie są obowiązujące przepisy) dwie albo trzy się zapłodnią i powstanie z nich ciąża.

Niestety wszystko wskazuje na to, że – jak zapowiadał minister zdrowia przy okazji oceny Narodowego Programu Prokreacyjnego, w Polsce rozpoczął się właśnie „powrót do korzeni”.  Pytanie – jak głębokich?

Polecamy także:

To już jest koniec: minister Radziwiłł potwierdza koniec in vitro w Polsce

Jestem wierzącym katolikiem i namawiam inne pary do in vitro

Jak Ministerstwo leczy bez in vitro

 

Agata Daniluk

Dziennikarka, life coach, redaktor naczelna Plodnosc.pl. Pisząc o psychologii i zdrowym stylu życia, pamięta, że szczęściu trzeba trochę pomóc.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *