Niska rezerwa jajnikowa wcale na to nie wskazywała. Tego nikt się nie spodziewał!

Gdy lekarz zobaczył moje wyniki, to poinformował mnie, że mamy tylko 4 proc. szans na zajście w ciążę, zarówno w naturalnym zapłodnieniu, jak i w zapłodnieniu in vitro. Jak potoczyły się losy Agnieszki?

Niepłodność dotknęła także was. Jak wyglądała wasza droga?

Agnieszka: Właściwie od zawsze chciałam mieć dzieci. Nie mieściło mi się w głowie, że nie będę miała choć jednego dziecka. Może wynika to z faktu, że wychowałam się w domu, gdzie oprócz rodziców jest jeszcze dwóch braci. Zaraz więc, gdy wyszłam za mąć, chciałam założyć rodzinę i mieć dziecko. Mój mąż, tak jak przed ślubem zawsze mówił, że chce mieć dzieci, tak zaraz po nim zaczął mówić, że: „Jeszcze czas”, „Najpierw się umeblujemy”, potem „Wybudujmy dom, a potem dziecko”, a czas leciał.

Dopiero, gdy skończyłam 30 lat, gdy zorientowałam się, że wcale nie młodniejemy, zaczęłam coraz mocniej naciskać na męża. Dopiero wówczas przestał mnie zbywać i zaczął działać.

Niestety, właśnie wtedy rozpoczął się nasz problem z niepłodnością… Patrząc teraz z perspektywy czasu, łącznie z dwuletnim leczeniem to ok. 4 lat.

Dla niektórych osób nieznających problemu oraz tych, którzy starają się nawet kilkanaście lat może się wydawać to krótko. Dla mnie natomiast, była to wieczność. Jesteś zła na siebie, że tak późno zaczęłam o tym myśleć. Może gdybyśmy wcześniej zaczęli, nie byłoby takich problemów.

Wokół ciebie mnóstwo kobiet zachodziło w ciążę. Jak reagowałaś?

Z pewnością czułam ogromną przykrość, ból i rozgoryczenie. Było mi smutno, że ja nadal nie mam dziecka. Chociaż było to dla mnie ciężkie, to nigdy nie zazdrościłam, starałam się cieszyć ich szczęściem. Wydaje mi się, że przede wszystkim nigdy nie pogodziłam się z tym, że nie będę miała dzieci, to dawało mi siłę.

Zawsze mówiłam do siebie: Ja też na pewno kiedyś będę mamą. Było mi ciężko także podczas spotkań rodzinnych. Moją najczęstszą odpowiedzią na to Kiedy wy? była odpowiedź, że się staramy. To było dla mnie bardzo przykre… Najbardziej byłam zła, gdy słyszałam, że trzeba się wyluzować, a na pewno się uda. Denerwujące były również słowa: Jak będziecie dalej zwlekać, to na pewno będziecie mieli trudności lub Chcesz wyglądać jak babcia z wnuczkiem?

Dobrze, więc podjęliście walkę. Jednym z największych problemów wśród niepłodnych par jest tzw. seks na gwizdek. Jak to było u was?

Niewątpliwie tzw. seks na gwizdek jest jednym z największych problemów podczas tej drogi. Właśnie najgorsze było to zmuszanie mojego męża wraz z ciągłym tłumaczeniem, dlaczego należy to zrobić właśnie dziś, a także najlepiej również jutro rano i wieczorem, a nie za parę dni, właśnie wtedy, gdy on będzie wypoczęty.

Mój mąż robił się wówczas bardziej toporny, zamykał się w sobie i szybko zniechęcał. Oprócz tego, nie chciał rozmawiać ze mną na ten temat. Gdy po kolejnym cyklu ja byłam załamana, on nie dopuszczał do siebie myśli, że nie udało nam się począć dziecka, że mamy z tym poważny problem. Z resztą, jak sobie pomyślę, to ja też na początku też myślałam, że nam się nie udaje, bo się nie udaje i już. Wiele par przecież też od razu nie zachodzi w ciążę.

Jak w takim razie twój mąż podchodził do wszystkich niezbędnych badań, takich jak chociażby badanie nasienia?

Niestety, okazały się dla niego problemem… Na początku nie chciał iść, musiałam go zmuszać. Podejrzewam, że bał się, iż „wina” stoi po jego stronie. Podczas tych wszystkich trudności zaczęłam mieć już czarne myśli, które mówiły: On nie chce wcale mieć dzieci. Zaczęłam analizować jego zachowanie. Starałam się go nie przymuszać, ale to było silniejsze ode mnie. Im bardziej naciskałam, tym on gorzej reagował.

Przeczytałam książkę psychologiczną, w której były opisane różne przypadki, gdzie oprócz schorzeń typowo niepłodnościowych, były również problemy psychologiczne. Zaczęłam każdy przypadek analizować względem mnie i mojego męża i odpowiadać na pytania z książki.

Myślę, że aby przezwyciężyć podobne trudności, należy bardzo dużo rozmawiać z partnerem o tym, dlaczego jest to dla drugiej osoby tak bardzo ważne. Nawet należy przymuszać do rozmów, nie wolno się obrażać, chociaż nie raz cisną się łzy oraz złe słowa. Trzeba uzbroić się w ogromną cierpliwość i nie rezygnować.

 Podczas badań wyszło, że waszym problemem jest niska rezerwa jajnikowa, tzw. AMH. Co zrobiliście dalej?

Podczas zleconych badań okazało się najpierw, że mam niedoczynność tarczycy, następnie FSH (hormon odpowiedzialny głównie za pobudzanie do wzrostu pęcherzyków jajnikowych) wynosił w fazie folikularnej (gdzie norma jest 2,5-10,2) aż 19,56, czyli tyle, ile u kobiet wchodzących w etap menopauzy. Natomiast poziom AMH (hormon pozwalający ocenić rezerwę jajnikową, czyli ilość i jakość komórek jajowych znajdujących się w jajnikach) wynosił wówczas 0,26.

Okazało się, w czasie comiesięcznego monitorowania owulacji, iż mój prawy jajnik w ogóle nie pracuje, co na szczęście w późniejszym czasie się zmieniło. W monitoringu owulacji, prawie zawsze, oczywiście po lekach, tworzyły się pęcherzyki, pękały lecz najprawdopodobniej nie zawierały komórek jajowych lub komórki były za słabe, niezdolne do zapłodnienia.

To właśnie poziom AMH i FSH nie kwalifikowałoby mnie do wcześniej refundowanego przez rząd programu in vitro.

Co poczułaś, gdy w wieku 33 lat zobaczyłaś taki wynik?

Niedoczynnością tarczycy tak bardzo się nie martwiłam – wiedziałam, że dostanę leki i poziom hormonu wyrówna się. Przy pierwszym wyniku FSH, gdy oczywiście sama zaczęłam interpretować wynik i czytać w internecie informacje na ten temat, wówczas poczułam zaniepokojenie. Natomiast, gdy odczytałam wynik AMH – załamałam się.

Oczywiście mama pocieszała mnie, że być może to pomyłka, że powinnam zaczekać na opinię lekarza lub powtórzyć badanie. Jednak ja i tak czułam, że to jest na pewno przyczyna mojej niepłodności. Z każdym dniem, z każdą kolejną owulacją miałam wrażenie, że nadejdzie kiedyś taki dzień, w którym lekarz powie mi, że niestety nie mam już komórek.

Gdy lekarz zobaczył moje wyniki, to poinformował mnie, że mamy tylko 4 proc. szans na zajście w ciążę, zarówno w naturalnym zapłodnieniu, jak i w zapłodnieniu in vitro.

Mimo tak małych szans, przedstawił według niego sensowny plan działania: najpierw starania naturalne przy wspomaganiu hormonalnym, za jakiś czas, gdy się nie uda inseminacje, a następnie, gdy inseminacje zawiodą, to in vitro.

Po nieudanej inseminacji zaczęłaś zastanawiać się nad in vitro, także nad in vitro z dawstwem komórki. Nie miałaś żadnych oporów?

Po nieudanej, pierwszej inseminacji, planowałam jeszcze dwie kolejne, następnie in vitro. Owszem, rozważaliśmy z moim lekarzem in vitro z dawstwem komórki od innej kobiety, wówczas, gdyby nie można było ostatecznie uzyskać u mnie żadnych komórek jajowych. W przypadku, gdyby za jednym razem nie udałoby się otrzymać odpowiedniej ilości prawidłowych, zdolnych do zapłodnienia komórek jajowych, doktor zaproponował stymulowanie, pobieranie ich i zamrażanie co drugą/trzecią owulację. Zwiększyłoby to szanse na udane in vitro, być może zmniejszyłoby koszty procedury, a także nie musielibyśmy korzystać z komórek dawczyni.

Jeśli chodzi o adopcję komórek od innej kobiety, to nie miałabym żadnych oporów, z uwagi na to, że dziecko miałoby geny przynajmniej mojego męża, a ja nosząc je pod sercem wiem, że poczułabym od samego początku szczególną więź.

A co na to twój mąż – nie miał nic przeciwko?

Któregoś wieczoru, niedługo po zaplanowaniu podejścia do drugiej inseminacji, zaczęłam rozmowę z moim mężem. Nastawiłam się, jak to z doświadczenia, że będzie trudno, ale okazało się inaczej. Mój mąż tradycyjnie, mało się odzywał, więcej słuchał, ale ostatecznie bardzo mnie zaskoczył. Oczywiście przedstawiłam mu plan działania, jaki sobie poukładałam w głowie, czyli: dwie kolejne inseminacje, następnie in vitro/in vitro z dawstwem komórki, a jak się nie uda, adopcja dziecka z domu dziecka. Wcześniej szczegółowo wyjaśniłam mu, na czym by polegało in vitro z dawstwem komórki. Zapytałam, co o tym sądzi, a on odpowiedział: Dziecko to dziecko, zawsze się je tak samo kocha.

Byłam w szoku. Nigdy nie przypuszczałam, że on, mój mąż, może mieć takie podejście, zwłaszcza do dziecka adoptowanego! Myślałam, że tradycyjnie będzie stwarzał problemy, że właśnie nie będzie umiał pokochać obcego dziecka, że będzie obawiał się o to, jakie będzie w przyszłości. Zaskoczył mnie niesamowicie. Wydaje mi się, że tamten wieczór był przełomowym zarówno w leczeniu, podejściu moim oraz mojego męża. Odetchnęłam z ulgą.

Zaczęłam zupełnie inaczej myśleć. Wyobrażałam sobie dziecko adoptowane, które mówi do mnie „mama”. Poczułam, że prędzej, czy później na pewno będę mamą. To dało mi znaczną dawkę siły.

Czy jesteś w stanie podać przybliżoną kwotę, jaką wydaliście na leczenie niepłodności – łącznie z badaniami, lekami, inseminacją?

Pierwszy raz biorę kalkulator w tej kwestii. Licząc badania, leki, inseminację wyniosło nas około 10 tys. zł. Mam nadzieję, że niczego nie przeoczyłam, a i tak jest bardzo dużo. Wcześniej nawet nie chciałam tego obliczać, bo wiedziałam, że to są ogromne koszta.

Na początku próbowałam zrobić przynajmniej niektóre badania na NFZ. Niestety, na specjalistyczne badania w zakresie leczenia niepłodności NFZ przeznacza tylko 12,00 zł! Udało mi się, więc tylko zmierzyć poziom TSH na NFZ. To bardzo smutne, że tak wygląda leczenie niepłodności w tym kraju.

Dlatego też, gdy myślałam, że będziemy musieli skorzystać z in vitro, to planowałam odkładać pieniądze i przystąpić do niego na jesień 2017 r. W przypadku, gdyby odłożona kwota nie wystarczyła, wówczas mieliśmy w planach wzięcie kredytu.

Tymczasem… jesteś w ciąży! Jak to możliwe?

Zgadza się, zaszłam w ciążę naturalnie. Odkąd zaczęto mnie stymulować hormonalnie, byłam pewna, że będę znać dokładną datę zapłodnienia, a tu nagle wszystko mnie zaskoczyło i zmyliło zarazem. Podczas stymulowanej owulacji, która miała być wstępem do dokonania drugiej już inseminacji, doktor na wizycie poinformował mnie, że niestety nie przystąpimy do zabiegu. Po lekach urosły mi dwa pęcherzyki, a na tę chwilę są już tak duże, że lada chwila pękną, dlatego pozostaje nam działać w domu, a następnie przyjść po ok. 10 dniach na badanie kontrolne, żeby sprawdzić czy pęcherzyki pękły i czy nie zrobiła się torbiel (co wcześniej się już u mnie zdarzało).

Zasmuciła mnie wówczas ta informacja. W domu powiedziałam, że nic z tego. Po 10 dniach poszłam do kontroli i okazało się, że jeden pęcherzyk pękł, a z drugiego niestety zrobiła się dość duża torbiel, która na dodatek zamknęła w sobie krew. Doktor zalecił wstrzymanie na 3 miesiące stymulacji hormonalnej, aby zasuszyć torbiel. Trochę wówczas mnie to załamało, gdyż przypomniałam sobie znów o uciekającym czasie.

Gdy następnie dostałam okres, zupełnie mnie utwierdziło w przekonaniu, że tym razem znowu się nie udało. Co prawda okres był dziwny, stanowczo za krótki, ale tak mnie zmylił, że nie mogłam przypuszczać, że jednak jestem w ciąży. Jeszcze wtedy zrobiłam test, który wyszedł negatywnie.

Po kolejnych 30 dniach, gdy nie dostałam okresu, wcześnie rano, w sobotę zrobiłam test ciążowy. Byłam w szoku! Druga kreska na teście stawała się coraz ciemniejsza, aż prawie barwą przypomniała tę pierwszą. Tak, nie mogłam w to uwierzyć. Postanowiłam nie mówić mężowi, póki nie będę miała potwierdzenia z badania krwi i konsultacji wyników z lekarzem.

Właśnie w tamtej chwili planowałam powiedzieć mu ewentualnie za cztery dni, wówczas miał urodziny. Jednak nie mogłam wytrzymać, emocje mnie tak rozpierały, że pobiegłam w piżamie do mamy, która mieszka w domu obok, obudziłam ją i powiedziałam o pozytywnym teście. Potem tylko się ściskałyśmy i śmiałyśmy w głos. Następnie powiedziałam mężowi, który na początku też był w szoku i zaczął dziwnie się zachowywać względem mnie, co mnie bardzo śmieszyło, ale starałam się tego nie okazywać. Za parę dni potwierdziło się! Jestem w ciąży. Lekarz potwierdził bicie serca u około 7-tygodniowego zarodka. Już była pewność – do inseminacji wówczas nie doszło, a zapłodnienie nareszcie się udało.

Uważasz, że to cud?

Na pewno w jakiejś części jest to cud, zwłaszcza, że z tak złymi wynikami udało mi się zajść w ciążę naturalnie. W większej części jest to jednak moja ciężka praca, mój upór.

Czy wcześniej miałaś chwile zwątpienia, chciałaś się poddać? 

Nie chciałam się poddać. Często natomiast czułam ogromną bezsilność, ból i załamanie. W tych trudnych chwilach zawsze wspierały mnie najbardziej moja ukochana mama oraz moja przyjaciółka, z którą miałam również przyjemność wcześniej pracować. To ona pomagała mi przezwyciężać ten trud, razem omawiałyśmy leczenie, zawsze wspierała mnie dobrym słowem. Dzięki niej trafiłam do właściwego lekarza, który również bardzo mnie wspierał. Moja mama, zawsze mi mówiła, że nie powinnam rezygnować i gdy będzie konieczność spróbować absolutnie wszystkiego. To te osoby: moja mama, moja przyjaciółka oraz lekarz sprawiały, że wydobywałam z siebie wewnętrzną siłę. 

Masz jakąś radę dla walczących?

Starający się o dzieci, pamiętajcie: nigdy nie traćcie nadziei, nie poddawajcie się, czerpcie siłę z was samych oraz z osób was otaczających. Uzbrójcie się w tak konieczną w tej walce cierpliwość, nie bójcie się rozmawiać o swoich problemach, obawach, pragnieniach. Ponadto, szukajcie pomocy zewsząd – z pewnością znajdzie się wiele osób, które podadzą wam pomocną dłoń.

Te 4 lata strasznie się dłużyły. A jak jest teraz?

Czas teraz tak szybko leci. Jestem już na półmetku. Jakby wspaniale byłoby, gdyby czas leciał podobnie szybko, gdy staramy się o dziecko. Teraz co prawda, jestem już po drugim badaniu prenatalnym, ale nadal się stresuję, nie chcę aby czar prysł. Badanie trochę mnie uspokoiło, ale i tak się boję i bardzo wszystko przeżywam. Na całe szczęście, ciąża przebiega prawidłowo, bez żadnych komplikacji (mimo, że dwa razy chorowałam na grypę). Dlatego też, teraz już pozostaje nam tylko czekać na ukochanego synka – po drugim badaniu mamy 100 proc. pewność, że to będzie chłopiec.

Rozmawiała: Paulina Ryglowska-Stopka

Polecamy także:

Kiedy inseminacja, a kiedy in vitro? Oto wskazania, przeciwwskazania i przebieg

 

 

Ile kosztuje in vitro? Oto czarno na białym: tyle muszą zapłacić przyszli rodzice

 

 

Tego nie wiesz! 9 zaskakujących faktów o komórce jajowej

 

 

Paulina Ryglowska-Stopka

Autorka książki (jako Laura Lis) "Moje in vitro. Historia prawdziwa", w której pisze, że cuda się zdarzają i nigdy nie należy tracić nadziei.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *