Olga Bończyk: Mój świat bez dziecka

Olga Bończyk: Ułożyłam sobie cichy i spokojny świat bez dziecka

Nigdy nie żałowałam decyzji o nieposiadaniu dziecka, choć nieraz zastanawiałam się, dlaczego tak do tego podchodzę. W mojej ocenie to heroizm posiadać dzieci w dzisiejszych czasach. Ale mimo że ich nie mam, jestem szczęśliwym człowiekiem i spełnioną kobietą – mówi Olga Bończyk, aktorka teatralna, filmowa i wokalistka, w rozmowie z Beatą Kołakowską.

 Pani Olgo, nie ma pani dzieci. Tak wyszło czy był to świadomy wybór?

To była świadoma decyzja. Nigdy nie byłam przekonana, że dziecko w moim życiu, to coś absolutnie niezbędnego. Pamiętam, że wiele moich koleżanek w wieku dwudziestu, trzydziestu lat uważało, bez względu na to, czy był przy ich boku mężczyzna, czy nie, że dziecko jest jakimś warunkiem, które ma je dopełniać. Ja nigdy tak nie myślałam.

Nie rozczulałam się na widok bobaska w wózku czy ślicznej dziewczynki z blond loczkami. Nieraz zastanawiałam się, dlaczego tak do tego podchodzę, przecież wychowaliśmy się z bratem w normalnej, kochającej się rodzinie. Nawet rozmawiałam o tym z pewną mądrą kobietą, terapeutką, która czasem pomaga mi zrozumieć, skąd we mnie takie, a nie inne zachowania. 

I do jakich wniosków panie doszły?

W dzieciństwie i młodości opiekowałam się swoimi rodzicami. Czułam się za nich odpowiedzialna, miałam wewnętrzny obowiązek, by sprostać każdej sytuacji, która mogłaby być niekomfortowa dla naszej rodziny. Kiedy dorosłam, a moi rodzice zmarli, nie było już na mnie tego odium odpowiedzialności.  Zaczęłam rozwijać skrzydła i poczułam, że chcę żyć swoim życiem, nadrobić czas, który mi został poniekąd odebrany w dzieciństwie.

Jest pani CODA.*

Tak. Moi rodzice byli niesłyszący i odkąd pamiętam, pełniliśmy z bratem rolę opiekunów swoich rodziców.

Jest to swojego rodzaju piętno.

Zgadza się, bo CODA działają bezwarunkowo: trzeba pomóc, to pomagają, bo tak funkcjonuje ich system rodzinny. Ktoś może powiedzieć, że nie ma w tym nic złego, ale niestety takie dzieci przez całe dzieciństwo nie mają czasu pomyśleć o tym, że mają prawo mieć czas na swoje sprawy.

Na czym właściwie polegało to „matkowanie” rodzicom?

Dam pani przykład. Rodzice chcieli wiedzieć, co się dzieje na świecie, bo działo się wtedy bardzo dużo. I codziennie wieczorem, kiedy leciał dziennik telewizyjny, to albo ja, albo mój brat tłumaczyliśmy im wiadomości w języku migowym. Potem często migaliśmy film, bo w tamtych czasach emitowano w telewizji zupełnie przyzwoite produkcje. Pamiętam, że wielką radością było, gdy puszczano filmy radzieckie, bo one były z napisami, co zwalniało nas z obowiązku tłumaczenia. Inny przykład. Właściwie przez całe moje dzieciństwo moja mama bardzo poważnie chorowała. Miała raka, a ja, jako tłumacz, chodziłam z nią na wszystkie wizyty lekarskie. Proszę to sobie wyobrazić! Miałam sześć, może siedem lat, gdy dowiedziałam się, że moja mama może w każdej chwili umrzeć.

Straszne obciążenie.

Nie ukrywam, że przez całe dzieciństwo żyłam z takim przeświadczeniem, że muszę być bardzo dobra, uczyć się, bo inaczej moja mama umrze. Teraz wiem, że to irracjonalne, ale wtedy…

Co jeszcze musieliśmy z bratem robić? Chodziliśmy z rodzicami załatwiać różne sprawy urzędowe.  A to do spółdzielni mieszkaniowej w sprawie większego mieszkania, a to na pocztę. I ten czas, który jako dziecko powinnam spędzać po dziecięcemu, upływał w urzędach lub gabinetach lekarskich – zabrakło go dla mnie.

Funkcjonowanie w nieustannym pogotowiu jest bardzo trudne.

Poza tym chodziłam do szkoły muzycznej. Tego typu szkoła sama z siebie odbiera dzieciństwo, bo nie ma się czasu na zabawę z rówieśnikami na podwórku, tylko wraca późno, odrabia lekcje i ćwiczy grę na instrumencie. To wszystko skutkowało tym, że zawieranie przyjaźni stało się niezwykle trudne. Ale proszę nie myśleć, że ja się uskarżam. Tak wyglądało moje życie. Mówię o faktach, które w ogromnym stopniu spowodowały, że nieustannie próbuję nadrobić czas utracony w dzieciństwie. Ale wtedy nasza rodzina tak wyglądała i było to dla mnie naturalne środowisko, bo moi rodzice nie słyszeli. W tamtych czasach nie było innej drogi, obecnie dzieci CODA mają chyba troszkę łatwiej.

Natomiast po latach, już jako dorosła osoba, mogę się zastanawiać, jakie elementy mojego dziecięcego życia wpływają na mnie. I bez złości, za to z całą pewnością, przyznaję, że dziewięćdziesiąt procent tamtych zdarzeń  ma wpływ na to, jak ja sobie dzisiaj układam świat. I na ile potrafiłam, bądź nie potrafiłam to zrobić.

Nie planowała pani dzieci i nie miała chęci ich posiadania. Ale zegar biologiczny tyka i przychodzi taki moment, że albo teraz, albo nigdy.

O tym tykającym zegarze przypomnianą mi moje koleżanki. „Nie wygłupiaj się, ile ty masz lat”, „Potem będziesz żałować” – słyszałam. A ja myślałam, że jeśli zajdę w ciążę, to zrobię wszystko, żeby być najlepszą mamą. Nigdy nie przyszło mi jednak do głowy, że muszę to zrobić, tylko dlatego, że kończę czterdzieści czy pięćdziesiąt lat. Nie tęsknię za tym, żeby w domu gaworzyło dziecko i mój świat się wypełnił innym życiem. To był mój wybór. I nie zmienię nagle zdania.

Podjęła pani decyzję o nieposiadaniu dziecka i jest pani z tą decyzją dobrze?

Nigdy jej nie żałowałam. Wie pani, mam problem z hałasem wokół siebie. Być może wynika to z tego, że wychowałam się w domu, w którym była cisza. I ja nieustająco tęsknię za ciszą. Ta tęsknota jest tak silna, że często wychodzę ze sklepu lub kawiarni, jeśli muzyka jest zbyt głośna. I zastanawiam się, czy ta wrażliwość na hałas nie jest dodatkowym elementem tej mojej układanki….

Olga Bończyk: Ułożyłam sobie cichy i spokojny świat bez dziecka

Fot. Andrzej Świetlik

Generalnie bardzo lubię dzieci, a dzieci lubią mnie, ale po spędzeniu z nimi kilku godzin, cieszę się, że mogę wrócić do swojego poukładanego świata, gdzie tylko kot mruczy lub cicho gra radio. Dlatego niech ten zegar sobie tyka! Ja naprawdę mam to, co chciałam.

Moja przyjaciółka ma prawie osiemdziesiąt lat. I widzę, jak czasem kłopotliwe są dla niej podstawowe życiowe czynności. Zastanawiam się, czy nie boi się pani takiego momentu w życiu, że nikogo obok pani nie będzie.

Wiele razy słyszałam ten argument: „Kto ci poda szklankę wody na starość?”. To są  jakieś schematy, na które się zżymam. Jest taki dowcip: „Mąż na łożu śmierci mówi do żony. Zobacz Helenko, wszyscy przez całe życie mówili mi: „Jak założysz rodzinę i będziesz mieć dużo dzieci,  to na łożu śmierci zawsze ktoś poda ci szklankę wody”. A ja umieram, a pić mi się nie chce.” Można mieć dzieci i być na starość kompletnie samotnym. W dzisiejszym świecie jest to coraz częstsze również dlatego, że wartości rodzinne zostały wypaczone. Wnuki tylko czekają, aż babcia „kopnie w kalendarz” i będzie można sprzedać mieszkanie…

Posiadanie dzieci nie gwarantuje niczego. Dziecko trzeba wychować mądrze i na dobrego człowieka, cokolwiek się pod tym słowem kryje. W mojej ocenie to heroizm posiadać dzieci w dzisiejszych czasach.

Może to wydawać się egoistyczne, że ułożyłam sobie cichy i spokojny świat z kotami na kolanach. Ale kiedy widzę, jak moje koleżanki, w wiecznym biegu, szarpią się, żeby te swoje dzieci dosłownie ocalić przed tym, co nas otacza, to przyznaję, że nie wiem, czy ja bym tak potrafiła. Może zwyczajnie bałam się macierzyństwa.

Czy to oznacza, że można być szczęśliwym człowiekiem i spełnioną kobietą bez dziecka?

Jestem o tym absolutnie przekonana. Chodzi o to, by odpowiedzieć sobie na pytanie, czy mam to, co chciałam i czy jestem z tym szczęśliwa.

Spotkałam się z opinią, że nie można być prawdziwą kobietą, jeśli nie urodzi się dziecka. 

Kolejny schemat. My, kobiety, jesteśmy spełnione dopiero wtedy, kiedy wydamy na świat dziecko? Dlaczego tak miałoby być? Dlaczego ta formuła: kobieta plus dziecko, jest tą jedyną właściwą formułą?

Żyjemy w czasach dających prawo do indywidualnego szczęścia.

Znam wiele osób, które urodziły dzieci, wychowały je i nadal harują jak woły, by utrzymywać lub wspierać finansowo swoje dorosłe już dzieci. Absurd.

Ja zaczęłam zarabiać w wieku lat osiemnastu i potem nigdy w życiu nie wzięłam od rodziców ani złotówki. Dla mnie ta równowaga pomiędzy rodzicem a dzieckiem zaczęła się, kiedy zaczęłam żyć na własny rachunek. Nauczyłam się szacunku dla pracy i pieniądza i nigdy nie przyszłoby mi do głowy powiedzieć tacie, bo mama już nie żyła, „Tato, kup mi bluzkę albo spodnie”. To ja go pytałam, czy mu w czymś nie pomóc, ale on i tak nigdy nie wziął ode mnie pieniędzy. Powtarzał tylko: „Dziecko. Jak ty byś potrzebowała, to ja ci dam”. A ja mu mówiłam, że nie po to mnie wychowywałeś, żeby mnie teraz utrzymywać.

My byliśmy z bratem wychowywani na osoby niezwykle samodzielne, na osoby, które myślą naprzód, które mają tak planować swoje życie, żeby nigdy nie być pod kreską. I to się teraz świetnie sprawdza. Dlatego jestem finansowo samowystarczalna i życiowo zaradna. Ja sobie naprawię zlew, w toalecie wymienię kolanko, pomaluję ściany, skręcę szafkę, bo to nie są rzeczy trudne. Nauczyłam się tego w domu.

Mówię o tym nie po to, aby się chwalić, ale mam wrażenie, że dzisiejsi rodzice próbują dać swoim dzieciom wszystko… Ale przychodzi taki moment, kiedy trzeba uczyć dzieci samodzielności i zaradności, bo one muszą założyć swoje rodziny i umieć utrzymać swój dom.

To jest dorosłość.

Moje dzieciństwo było surowe pod względem egzystencjalnym. To była zwyczajna robotnicza rodzina. Mimo to mieliśmy z bratem czyściutki, ciepły i kochający dom. Mama nas przytulała, mogliśmy do niej przyjść z każdym pytaniem. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym się wychować w innym domu.

Natomiast był to też dom, który nauczył mnie samowystarczalności i podejmowania decyzji, czasem może głupich, ale moich, i ponosiłam za nie odpowiedzialność. Pewnie nie byłabym dziś, gdzie jestem, gdyby nie kręgosłup, który zbudowali we mnie moi rodzice, bo on w bardzo wielu sytuacjach pozwala mi przetrwać. A czy dzieci są mi potrzebne? Jeszcze raz powtarzam: Nie.

Rozmawiała: Beata Kołakowska

*CODA (Children/Child of Deaf Adults) – termin stworzony przez Millie Brother, odnosi się do dorosłego, którego przynajmniej jeden rodzic jest głuchy.

POLECAMY TAKŻE:

Ewa Chodakowska skrytykowana za brak dziecka. „Nie każdy może je mieć…”

Ewa Chodakowska skrytykowana za brak dziecka. „Nie każdy może je mieć…”

Komentarze: 1

Nie no, nie każdy wnuk czeka, aż babcia kopnie w kalendarz! Ale tak na serio, rozumiem wybór Pani Olgi. Czasy są ciężkie, za wszystko trzeba płacić.. każda, szczęśliwa rodzina jaką znam i jaką sami tworzymy – to wszystko jest okupione ciężką pracą, zmartwieniami, łzami – czasem uśmiechem. Jednak przychodzi moment, kiedy trzeba zrozumieć, że być nie znaczy mieć. Że zdrowie najważniejsze. Wtedy łatwiej przez wszystko przebrnąć. Pozdrawiam wszystkich i każdy punkt widzenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *