Psychodietetyk Marcin Ostaszewski: „Jedna z moich pacjentek po 8 tygodniach zaszła w ciążę”

Prawidłowa dieta w leczeniu niepłodności może czynić cuda. Każdego dnia przekonuje się o tym Marcin Ostaszewski, psychodietetyk z Kriobanku w Białymstoku. W wywiadzie udzielonym portalowi płodnosc.pl tłumaczy, dlaczego warto zrezygnować z niektórych popularnych suplementów i kiedy należy odwiedzić dietetyka.

 

Panie Marcinie, zastanawiam się, jacy pacjenci do Pana trafiają? Czy w większości są to pary borykające się z niepłodnością idiopatyczną, czyli taką, w której do końca nie wiadomo, co stanowi przyczynę problemów z zajściem w ciążę?

Marcin Ostaszewski*: Przyznam szczerze, że trafiają do mnie bardzo różni pacjenci. Najwięcej jest par, które latami leczą się w kwestii niepłodności, mają za sobą nieudane procedury, historie poronień, porodów. Mogę zaryzykować stwierdzenie, że w większości przypadków są to pacjenci, którzy „przeszli” wielu lekarzy i wiele klinik, a teraz chcą spróbować, czy dieta i suplementacja może pomóc w ich problemie.

Zdarzają się też pary, które chcą świadomie przygotować się do ciąży, myślą o dziecku w perspektywie roku do przodu i chcą się do tego zdrowotnie przygotować. Problemem wielu tych ludzi jest to, że nie znają przyczyny swojej niepłodności, często jest to określane właśnie jako niepłodność idiopatyczna. Jednak w większości przypadków możemy powiedzieć, że idiopatyczna to tak naprawdę niezdiagnozowana choroba auotimmunologiczna, która stanowi naprawdę ogromny procent par z problemem niepłodności. 

Na swoim profilu na Facebooku opisuje Pan bardzo ciekawe historie par, które dzięki zmianom w diecie zaszły w ciąże. Niektóre historie są wręcz nieprawdopodobne. Czy wielu Pacjentom udaje się osiągnąć sukces?

Nie prowadzę szczegółowych statystyk w tej kwestii, ale ok 50-75% par zachodzi w ciążę po 3-6 miesiącach postępowania. Można powiedzieć, że to dużo, chociaż przyznam, że dla mnie nie liczą się w tym procenty, tylko to, abym mógł pomóc każdej jednej parze, która do mnie przyszła. Kwestia starań o potomstwo jest dla mnie bardzo osobista, staram się zawsze szukać przyczyn, żeby wspomóc moich pacjentów w walce o marzeniu bycia rodzicem. Tak naprawdę, każda historia jest oddzielnym tematem, który można by osobno opisać. W mojej głowie z pewnością są dwie historie, które rzutują na to, że chce pomagać takim parom.

Proszę opowiedzieć…

Pierwszy – przykład pary, oboje chorowali na chorobę Hashimoto i pomimo lat starań, metod wspomaganych, stymulacji nie udało się im zajść w ciąże.

Blisko 10 lat walki o marzenia. Lekarz prowadzący powiedział tej pani, że nie będzie mieć dzieci i to nie była jedyna taka diagnoza. Spotkaliśmy się już nawet nie po to, żeby ich przygotować do ciąży, ale uporządkować ich jedzenie, trochę zredukować wagę. Jakie było moje, ale przede wszystkim ich zdziwienie, kiedy okazało się, że Pani po 8 tygodniach zaszła w ciążę!

Wierzyć się nie chce! 

Tak, wiem. 8 tygodni brzmi jak magia, do tej pory nie potrafię wyjaśnić, co zadziałało tak świetnie w ich przypadku. Niedługo ich syn kończy 2 lata, urodzony, cały, zdrowy, bez metod wspomaganych. Można powiedzieć że cud, któremu udało się nam trochę pomóc.

A druga historia? 

Druga historia to para, gdzie Pani walczyła z zaawansowaną endometriozą, a Pan z niedoborami testosteronu. Ok. 7 lat starań i nic, regres zamiast progresu. Ludzie już zrezygnowani i czasami wręcz uważani za nieprzyjemnych. Frustracja jednak przy tylu latach starań może być czymś naturalnym, prawda? Wywróciłem do góry nogami ich żywienie, z diety keto na dietę wegetariańską, już po 3 miesiącach mieli 8 pięknych zarodków – wcześniej nie mogli uzyskać chociażby jednego! – pani zaszła w ciążę, pięknie wszystko się rozwija i obecnie zbliża się do połowy ciąży. Dlaczego akurat o tym przypadku wspominam? Bo emocje w tych ludziach były tak ogromne, że w oczach tego mężczyzny było widać łzy – szczęścia i wdzięczności. Oczywiście cały zespół Kriobanku spisał się w tym przypadku na medal.

Takich historii mógłbym opisać naprawdę sporo i staram się to robić chociażby w mediach społecznościowych. To mało „popularny temat”, ale ma dać tym ludziom nadzieję i jeśli chociaż jednej parze to pomoże, to było warto walczyć.

Co według Pana może stanowić problem w leczeniu niepłodności? Czasem opisuje Pan historie, że wystarczyło zrezygnować z jakiegoś leku, a nawet suplementu, a następowała znaczna poprawa wyników danej pary.

Leków wpływających na naszą płodność jest cały ogrom i to nie jest wiedza tajemna, tylko bardzo mało propagowana. Problemem dzisiejszej medycyny jest to, że jest tak mało interdyscyplinarna.

Lekarz specjalista często leczy zaburzenia ze swojej dziedziny, które wpływają pobocznie negatywnie na płodność. Człowiek to całość i tak trzeba go postrzegać, dlatego specjaliści powinni pracować razem. Suplementy, np. na zgagę lub generalnie źle włączone suplementy, bardzo często szkodzą. Problem w tym, że rynek suplementów jest ogromny i przeciętnemu człowiekowi ciężko zweryfikować, co jest wiarygodne, a co jest tylko nieuczciwym marketingiem.

Do leków, które na pewno wpływają na płodność możemy zaliczyć m.in: leki na cholesterol, na nadciśnienie, źle dobrana terapia hormonalna tarczycy, testosteron egzogenny, przeciwalergiczne, leki psychotropowe, przeciwbakteryjne, antykoncepcja.

Oczywiście tą kwestię powinien regulować lekarz, jednak pacjent powinien być poinformowany o ewentualnych skutkach ubocznych i alternatywnym postępowaniu przy staraniu się o potomstwo. Niestety, często nie jest i nieświadomie starając się o potomstwo jednocześnie zmniejsza swoje szanse przyjmując leki na inne schorzenia.

Jakie dolegliwości często spotyka Pan w swoim gabinecie? Wiele osób borykających się z niepłodnością cierpi na np. insulinooporność.

Insulinooporność (IO) zdarza się wyjątkowo często i niekoniecznie u osób, które mają kilka/kilkanaście nadprogramowych kilogramów. Jest to czynnik, który  ma ogromny wpływ na płodność, ba – być może to jest nawet najistotniejszy czynnik. Chcąc zaadresować odpowiednio IO, trzeba najpierw zrozumieć, skąd wynika.

IO to w większości przypadków problem z przeładowaniem energetycznym komórki, czyli mówiąc wprost – jedzeniu zbyt dużo i zbyt często pokarmów o bardzo prozapalnym charakterze. IO wpływa bardzo negatywnie na kwestie ginekologiczne, ale również na immunologiczne. Musimy jednak wspomnieć o sytuacji, kiedy IO dotyczy osób szczupłych lub z prawidłową masą ciała.

Występuje opisane w literaturze medycznej stwierdzenie „endotoksemii metabolicznej”, czyli sytuacji, w której dochodzi do błędnej sygnalizacji do mózgu przy ogromnym niedożywieniu witaminowo-mineralnym, w celu gromadzenia insuliny jako okres przetrwania głodu.

Czy istnieje jakaś konkretna dieta w przypadku insulinooporności?

Podejście do insulinooporności powinno być indywidualne, jednak na pewno warto korzystać z bogactwa diety śródziemnomorskiej, które daje nam duży charakter przeciwzapalny (oliwa z oliwek, ryby, owoce morza, warzywa, pestki, orzechy, awokado, owoce), jeść nie więcej niż 3-4 posiłki dziennie, odpowiednio zbilansowane.

Trzeba też postrzegać walkę z IO jako zmianę stylu życia – nic tak nie uwrażliwia insuliny jak ruch, ale również sen. Już jedna „zarwana” noc poniżej 6 h snu może dawać zmiany jak przy IO u osoby zdrowej.

Jak wygląda praca z pana pacjentami, czy rozpisuje Pan dietę, czy konieczne są regularne wizyty u Pana, czy takie leczenie trwa długo?

Zawsze zaczynamy od wnikliwego wywiadu żywieniowego medycznego oraz diagnostyki. Bez nakreślenia źródła problemu – trudno jest napisać jadłospis. Nie lubię pracować z moimi podopiecznymi w ciemno. Zbieramy dane, szukamy źródła problemu, omawiamy wyniki badań w kontekście wpływu diety czy suplementacji i na tej podstawie opracowuje indywidualne zalecenia w kwestii jadłospisu czy suplementacji. Zazwyczaj są to 1-2 konsultacje w perspektywie 1 miesiąca, a potem ok. 3 miesiące później spotykamy się podczas kontrolnej diagnostyki. Oczywiście, są pacjenci, z którymi pracuje miesiąc, trzy i również tacy, z którymi spotykam się ponad rok. Tak naprawdę nie ma schematu działania, bo każdy człowiek jest inny i potrzebuje czego innego. Zazwyczaj i tak pozostaje z pacjentami w kontakcie mailowym i staram się nie tylko dać im rozpiskę, ale uświadamiać i dawać wiedzę, jak przejść przez ten niełatwy proces.

Czy są może problemy, dolegliwości, które spotyka Pan w swoim gabinecie częściej niż kiedyś? 

Zdecydowanie! Znacznie większy problem otyłości, autoimmunologii i POF, czyli przedwczesnego wygasania czynności jajników. Na pewno nie pomaga nam środowisko, w którym żyjemy – stres, tempo życia, leki, słaba jakość jedzenia, infekcje, zakażenia – to wszystko wpływa na płodność oraz na to, że coraz młodsze pary mają problem z zajściem w ciążę. Na niektóre z tych czynników nie możemy wpłynąć, ale na inne jak najbardziej. Kluczem zawsze jest znalezienie przyczyny problemu. Wydaje się to proste, kiedy się o tym pisze czy mówi, jednak często proste nie jest. 

Jednym z czynników, które często pojawiają się w kontekście problemów z zajściem w ciążę jest stres. Czy to faktycznie czynnik blokujący naszą płodność? Jak sobie z tym problemem poradzić?

Tak, to jeden z ważniejszych czynników. Stres przede wszystkim będzie powodować zarówno rozregulowanie na poziomie immunologii, jak i będzie stymulować produkcję nadmiernej ilości prolaktyny, która w nadmiarze działa negatywnie na płodność – wpływa na problemy z produkcją progesteronu, niezbędnego do zajścia i utrzymania ciąży. Sfera mentalna jest ogromnie ważna, ale trudna do zaadresowania, bo trudno ją „zmierzyć markerem diagnostycznym”, więc dla części wydaje się abstrakcją. Jednak stres przesuwa ramiona układu odpornościowego i stanowi jedną z głównych przyczyn w niepowodzeniach i staraniach o ciąże oraz poronieniach.

Często wspomniana Pan również o problemie wielokrotnych poronień? Czy dieta może mieć na to wpływ?

Dla wielu ludzi to dalej abstrakcyjne powiązanie, jednak przytoczę naprawdę pigułkę badań naukowych w tej dziedzinie, na które niewątpliwie możemy wpływać dietą, stylem życia czy suplementacją. Przykładowo otyłość i niedowaga.

Po pierwsze, otyłość zwiększa ryzyko poronienia o 67%. Kobiety z PCOS z otyłością (BMI>30) mają 9-cio krotnie większy ryzyko poronień niż te PCOS, które mają prawidłową masę ciała. Otyłość zwiększyła ryzyko poronienia o 1330% (!!!) u kobiet w trakcie wspomaganego rozrodu. Niedowaga (i głodzenie się w ciąży) zwiększa ryzyko poronienia nawet o 70 %.

Inny problem to tarczyca i poronienia. Hashimoto wiąże się z 290% wyższym ryzykiem poronienia – u pacjentek nieuregulowanych z podniesionymi przeciwciałami antyTG, antyTPO.

Miał Pan pacjentki, które dzięki diecie utrzymały ciążę – mimo wcześniejszych poronień?

Tak i właśnie aby przekonać wszystkich, że dieta ma znaczenie przy poronieniach, przytoczę taką historię. Miałem małżeństwo, gdzie pani poroniła na samej końcówce ciąży w wyniku niedożywienia płodu. Ta pani za mało jadła, źle się odżywiała. Wiele miesięcy pracy psychologa, przygotowanie do ciąży, sama dieta w ciąży, budowanie zdrowych relacji z jedzeniem skończyło się kolejnym porodem, tym razem już o czasie i prawidłowej masie urodzeniowej. To są historie których się nie opowiada, bo trudno mówić o takich rzeczach, dlatego staram się to oczywiście anonimowo przekazywać, by pomagać ludziom i zminimalizować ryzyko ponownych poronień właśnie przez budowanie świadomości. 

Czy uważa Pan, że w Polsce „leczenie dietą” jest zbyt mało popularne? Że raczej lekarze wolą przepisywać kolejne leki niż kierować pacjentów do psychodietetyków. Może ma Pan doświadczenie, jak to wygląda w innych krajach?

Pacjenci trafiają do dietetyka w większości przypadków, kiedy leczenie typowo medyczne nie przynosi rezultatów. I to jest ogromny błąd, bo trzeba zrozumieć, że my nie działamy przeciwko sobie, a wspieramy typowo farmakologiczny proces leczenia.

Niestety, bardzo często spotykam się z sytuacją, kiedy pacjenci skarżą się, że lekarz ich wyśmiał, gdy wspomnieli o diecie pod kątem ich problemów zdrowotnych. Na szczęście, na drugim biegunie są lekarze tacy jak dr Kuczyńska w Kriobanku w Białymstoku – otwarta na działanie holistyczne nad człowiekiem, ze strony dietetyka, psychologa, fizjoterapeuty i lekarza. Działamy razem dla wspólnego sukcesu tych par, wymieniamy się informacjami, dyskutujemy.

Uważam, że to ogromny przywilej, a efektem naszej wspólnej pracy będzie wiele zdrowych i pięknych bobasów. I nie uważam, że musimy wstydzić się względem innych krajów w kwestii leczenia niepłodności. Wiele par konsultuje również z zagranicy i tam postępowanie często jest jeszcze bardziej „płytkie”, bez jakiegokolwiek szukania przyczyny problemu.

Kiedy warto zapisać się na konsultację do psychodietetyka? Jaki moment uważa Pan za odpowiedni?

Uważam, że każdy moment jest dobry, jednak życzyłbym sobie tego, żeby każda para podczas pierwszorazowej wizyty w klinice leczenia niepłodności trafiała również do gabinetu dietetyka. Życzę też sobie i pacjentom przede wszystkim, żeby trafiali na kompetentne, pełne empatii i chętne do działania osoby, które nie dadzą im rozpiski „kopiuj-wklej” z szuflady, tylko włożą całe swoje zaangażowanie i wiedzę, żeby nie tylko zarobić pieniądze, ale im pomóc. Pamiętajmy, że naprzeciwko nas stoi przede wszystkim człowiek, który ma uczucia, własną historię i pomóżmy im napisać ją ze szczęśliwym zakończeniem.

 

Marcin Ostaszewski – psychodietetyk i student Functional Medicine University w USA. Zajmuje się problemami z płodnością, układu pokarmowego, hormonalnego, dietą w chorobach autoimmunologicznych. W pracy stawia na indywidualne i kompleksowe podejście do zdrowia. Pracuje w klinice leczenia niepłodności Kriobank w Białymstoku. Na Facebooku prowadzi profil Life balance – Marcin Ostaszewski.

 

 

 

Rozmawiała: Agata Panas

 

 

POLECAMY TAKŻE:  Czy to, co kryją nasze jelita, może wpływać na płodność?

Czy to, co kryją nasze jelita, może wpływać na płodność?

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *