Pamiętnik Młodej

W walce z niepłodnością wtórną: Tylko pustka…

Pamiętnik Młodej cz. 5

Gdy poczuliśmy się już gotowi na drugie dziecko, starania nie zajęły nam długo – już w 3. cyklu udało się i byłam w ciąży. Co za radość! W międzyczasie dowiedziałam się, że mam mutację MTHFR heterozygotę. Nasze szczęście nie trwało jednak długo. W 11. tygodniu ciąży na badaniu USG dowiedziałam się, że dziecko nie żyje i miało wadę letalną. 


Chcesz być na bieżąco z historią Młodej, opowieściami o pierwszej ciąży i trudnymi staraniami o drugie dziecko? Przeczytaj Pamiętnik Młodej cz.1Pamiętnik Młodej cz.2Pamiętnik Młodej cz.3., Pamiętnik Młodej cz.4.


Radość, która trwała za krótko

Od tego czasu wszystko było mi obojętne, płakałam co chwilę. Na następny dzień mąż pojechał ze mną na badanie beta HCG i pamiętam dokładnie to uczucie, idąc po schodach do laboratorium… dosłownie jak na SKAZANIE.

Do szpitala miałam się udać w środę, a była dopiero sobota. Nikt z najbliższych nie wiedział co mi powiedzieć, czy coś mówić, a ja sama nie wierzyłam w to, co się stało. Tylko jedna jedyna kuzynka była mi w stanie coś poradzić, bo sama to przechodziła. Powiedziała mi kilka kluczowych rzeczy, o czym pamiętać, jak się przygotować, jak to będzie wyglądało i najważniejsze to, że mam PRAWO do pochówku.

Początek i koniec

Mąż zawiózł córkę do rodziców we wtorek wieczorem, a mnie do szpitala w środę rano, czekał aż mnie przyjmą. Już podczas przyjęcia poczułam kompletny brak empatii na IP.

Podchodzę, podaję imię i nazwisko. Panie nie mogą mnie wyszukać w magicznym zeszycie. Wreszcie pada pytanie:

– Po co Pani przyjechała?

– Na usunięcie

– Ale czego?! – pytają z wyrzutem… czuję zmieszanie, zdenerwowałam się, a moje oczy napłynęły łzami, odpowiadam po cichu – ciąży.

– Ale Pani tutaj nie ma w zeszycie…

Patrzę i przeglądam nazwiska – znajduję siebie i pokazuję palcem.

Zapraszają na oddział ginekologiczny. Papierologia. Trafiłam na studentów, było mi wszystko jedno, więc dałam zgodę, aby sobie popatrzeli – niech się uczą, prawda? W stresie bardzo dużo mówię, dlatego na wstępie wywiadu oznajmiłam, że chcę pochować dziecko i chciałabym podpisać od razu papiery przez zabiegiem, co udało się zrobić. Generalnie było bardzo miło z trzema studentkami pożartować z pytań w ankietach, przez chwilę zapomniałam po co tam jestem.

Następnie dostałam przypadkowy darmowy wykład od położnej (mówiła do studentek), która pokazała instrumenty ginekologiczne (kulociągi, skrobaczki itd.), jakimi będą przeprowadzać zabieg łyżeczkowania – byłam nieco przerażona, ale z chęcią słuchałam, co mówiła. Tłumaczyła studentkom, że podanie tabletek dopochwowych poronnych jest dzisiejszym STANDARDEM. Kiedyś ich nie stosowano i mechanicznie na siłę rozrywano szyjkę macicy, co skutkowało późniejszymi problemami w zajściu w ciążę oraz porodami przedwczesnymi z powodu niewydolnej szyjki macicy. Tabletki poronne mają za zadanie zmiękczyć szyjkę na tyle, aby była elastyczna.

Wołają do gabinetu obok, wchodzę na samolot i dostałam 6 tabletek poronnych jednorazowo. Wracamy na salę i leżę z jedna dziewczyną, która jest w 8 tc i również indukują poronienie. Ona ociera łzy, a ja zadawałam sobie ciągle jedno pytanie „dlaczego?”.

Ból, bezsilność i wstyd

Na sali jest nas 5 kobiet (2 po nowotworach, 1 po zabiegu, 2 podczas poronienia), do których przychodzą mężowie i siedzą godzinami przy łóżkach. Ja jestem od początku ze wszystkim sama, leżę i o 16 czuję pierwsze skurcze krzyżowe. Przyszedł ginekolog prowadzący ciążę z gumą do żucia w buzi i oznajmia mlaszcząc, że on kończy na dzisiaj i „zostawiam Panią w dobrych rękach”.

Denerwuje się, bo skurcze są krzyżowe jak przy porodzie pierworodnej. Są już co 2 minuty, zaczęłam delikatnie krwawić i z takim częstym bólem siedzę na łóżku, zastanawiając się jak mam pójść do toalety z tym ogromnym wkładem poporodowym między nogami, a ci mężczyźni, obcy dla mnie ludzie, siedzą z nami na jednej sali i się patrzą. No cóż, czułam już powoli, że naprawdę muszę iść, więc ścisnęłam podpaskę jak tylko najmocniej potrafiłam między nogami i poczłapałam jak kaczuszka do toalety. Kuzynka podpowiedziała mi, że powinnam w szpitalu dostać metolową nerkę (tak, tę do wymiotów) i tam się załatwiać, ponieważ najczęściej dokonuje się poronienie podczas wypróżniania i parcia. Niestety w tym szpitalu nie dostałam czegoś takiego, tylko te zwykłe podkłady. Ale poradziłam sobie. Byłam na czczo już od dnia poprzedniego, więc chciało mi się tylko siusiu. Zrobiłam je na podkład i wyrzuciłam podkład do śmietnika. Nic nie wyleciało dodatkowego, tylko trochę krwi.

Zaczyna się… 

Był godz. 19 i dostałam silniejszego krwawienia a skurcze były już nie do zniesienia. Udałam się więc do pielęgniarek z przypomnieniem, że mam już większe skrzepy i czy mogą sprawdzić czy przypadkiem nie było tam dziecka, bo chce je pochować. Wyśmiały mnie i spytały czy naprawdę teraz muszę przychodzić, bo mają zebranie. Na moje zapytanie, gdzie jest lekarz i czy on może ocenić jak jest, to tylko jedna z położnych się ruszyła i podeszła sprawdzić co i jak. Powiedziała, że mam się nie martwić, że to mały skrzep, że krew będzie się po nogach lała i wtedy ewentualnie coś może się wydarzyć. Poprosiłam o środki przeciwbólowe, bo już byłam zmęczona. Nie miałam jeść ani pić od godz. 19 dnia poprzedniego, do tego krwawienie i stres, nie wspominając o skurczach krzyżowych. Na moje pytanie dostałam odpowiedź, że “nie może nic podać, bo o tym lekarz decyduje”. Poprosiłam więc, żeby zawołała lekarza, ale on ponoć był zajęty na IP i jak skończy to przyjdzie. Wracam do sali i czekam. W międzyczasie doszła jeszcze jedna pani ok. 40 lat w ciąży pozamacicznej, więc do zabiegu czekałyśmy we trzy.

Ból nie do zniesienia, a pomocy brak

Godz. 21. Ledwo żyję, z ogromną trudnością, zgięta w pół doszłam do punktu położnych, bo już wysiadam z powodu skurczy krzyżowych. Nie daje rady, kucam przy dyżurce podczas skurczu, ale nikogo nie ma. Czekam chwilę, ale nikt nie przychodzi. Zero pomocy! Wracam zapłakana do sali, koleżanka obok również płacze. Nie mamy wsparcia, nikt z personelu do nas przez cały dzień nie zajrzał, nie było obchodu, nikt się nami nie zainteresował. Leżę i siadam na zmianę w łóżku, płaczę z bólu, nie wiem już, co mam ze sobą zrobić. Już nie wiem, czy boli mnie bardziej pęknięte serce z rozpaczy czy po prostu skurcze są tak silne? 

Nagle poczułam dziwne parcie. Powiedziałam koleżance obok, że idę sprawdzić, co się dzieje do toalety. Będąc w łazience intuicyjnie wzięłam 2 podkłady w ręce, kucam i czuję jak wychodzi ze mnie jakby piłka. I oto jest… są jakby 2 spore jajka, w jednym moje maleństwo, które jest jeszcze w worku owodniowym a obok jest łożysko. Nagle cały ból fizyczny minął. Idę z moim Aniołkiem do punktu położnych. Pokazuję, że już po wszystkim, że się udało, pamiętam delikatne uczucie ULGI, że już po wszystkim. Wzięły zawiniątko w moich zakrwawionych rąk i kazały wrócić do sali. Ledwo tam doszłam i opowiedziałam koleżance z sali, że jestem po poronieniu a tutaj wpada lekarz. Teraz?! Nagle się lekarz znalazł, jak już go nie potrzebowałam?! Zabierają naszą trójkę do zabiegowego. Siadam na samolot a między nogami zlatywała masa krwi.

Pytam nerwowo, czy moje dziecko jest bezpieczne, bo pragnę je pochować. Dostałam odpowiedź, że „materiał zabezpieczono”, a ja odetchnęłam z ulgą. Zrobiłam wszystko jak trzeba, zgodnie ze swoim SUMIENIEM.

Zjeżdżamy windą na inne piętro do sali na zabieg. Jestem ostatnia w kolejce. Nie czuję już żadnego bólu, nie miałam już skurczy, nawet przestałam krwawić. Poprzedniczka wyjechała na łóżku nieprzytomna po zabiegu i była moja kolej. Podeszłam już pod drzwi, ale salowa powiedziała, że muszę poczekać, bo trzeba zdezynfekować salę. Stoję i grzecznie czekam. Kiedy salowa już wychodziła, to ja oparłam się o ścianę, zaczęło mi się robić niedobrze i jednocześnie słabo. Zaczęłam mdleć, ale ona mnie podtrzymała i zawołała stojących w sali plotkujących lekarzy.

„A co Pani? Księżniczka jakaś i mdleje?”

Te „dobre ręce”, w których mnie zostawił mój prowadzący ginekolog zaczęły się wyśmiewać ze mnie i drwić. „A co Pani? Księżniczka jakaś i mdleje?”. Odparłam półprzytomna, że nie jadłam i nie piłam od ponad 24h to jak ma się czuć? Lekarz pytał czy to moje pierwsze poronienie i zapewnił, że jakby miało się urodzić chore dziecko bez ręki czy nogi to lepiej jak samo umarło we mnie – myślę sobie “taki empatyczny, dziękuje bardzo za takie słowa wsparcia, świetnie doktorku, wal się…”

Leżę na tzw. samolocie, przypinają mi nogi pasami. Dostaję maseczkę i liczę 10…9…8….

Budzę się już w połowie drogi na swoją salę… nie czują bólu, jestem trochę ospała i wykończona skurczami, brakiem snu, emocjami… kładę się do swojego łóżka… i już wiem, że czuję jedno… OGROMNĄ PUSTKĘ.

 

POLECAMY TAKŻE:

W walce z niepłodnością wtórną: Gdy los śmieje Ci się prosto w twarz

 


Redaktorka i korektorka językowa. Pisze od kiedy pamięta, a w międzyczasie zajmuje się tropieniem zagubionych przecinków i poprawianiem błędów ortograficznych

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *