Pamiętnik Młodej

W walce z niepłodnością wtórną: jak dalej żyć?

Pamiętnik Młodej cz. 6

Nasze wyczekiwane drugie dziecko umarło pod moim sercem. Ból, pustka i poczucie bezsensu towarzyszyło mi odtąd każdego dnia. 12 tydzień ciąży, ale dla mnie to dziecko było tak samo ważne, jak pierwsza córka. Mąż nie podzielał mojej żałoby, nie miał potrzeby wybierać imienia, potrafił dalej żyć… a mi pękało serce.


Chcesz być na bieżąco z historią Młodej, opowieściami o pierwszej ciąży i trudnymi staraniami o drugie dziecko? Przeczytaj Pamiętnik Młodej cz.1Pamiętnik Młodej cz.2Pamiętnik Młodej cz.3., Pamiętnik Młodej cz.4., Pamiętnik Młodej cz. 5.


Chciałabym już być w domu

Napisałam do męża smsa, że jestem po zabiegu i idę spać. Była to godz. 23.50, a ja wyciągnęłam z torby ciasteczka „jeżyki”, poczęstowałam koleżankę, która się w międzyczasie obudziła i razem w ciszy zjadłyśmy po jednym. Rano się budzę i mam nadzieję, że niebawem wyjdę. Ale jest godz. 6 a każą iść do zabiegowego na badanie krwi. Chodziło o kwalifikację do podania immunoglobuliny anty D. Moje tłumaczenia i papiery grupy krwi RH UJEMNE mojej i męża na nic się nie zdały. Oszukano mnie, że zastrzyk jest konieczny i przymusowy, że personel nigdy nie wie, kto właściwie jest ojcem dziecka. Przez tę całą akcję zamiast wyjść normalnie o godz. 11-12 do domu zostałam zmuszona do nieprzyjemnego zastrzyku w pośladki oraz oczekiwania na tę przyjemność do godz. 17.

Dostałam zwolnienie na 4 dni. Tak, na 4dni – szaleństwo! Szybciutko zagadałam lekarkę, że będę się starać o pochówek i skrócony macierzyński, więc otrzymałam „w drodze wyjątku” L4 na 2 tygodnie.

Jak wrócić do normalnego życia?

Jak tylko wróciłam do domu wzięłam długi prysznic. Myślę, że wiele kobiet podobnie jak ja pod prysznicem często płacze z bezsilności. Jest to jedno z niewielu miejsc w mieszaniu/domu, gdzie jest się sam na sam, gdzie emocje pod wpływem cieknącej po ciele wody spływają do kanału…

A to był dopiero początek. Przez pierwszy tydzień stale płakałam w poduszkę, trzęsąc się z nerwów. Nie mogłam się skupić, myślałam tylko o tym, co się wydarzyło, nie robiłam w domu nic, na nic nie miałam ochoty i chciałam po prostu zniknąć z tego świata. Nie chciałam już czuć bólu, tęsknoty, nie chciałam już myśleć, ale ta STRATA nie dawała mi spokoju. Co ciekawe, potrzebowałam dużej bliskości męża, a najbardziej chciałam być jak najszybciej w ciąży ponownie – to był mój jedyny CEL, aby nie czuć tej pustki… wtedy wydawało mi się to dziwne, a wręcz absurdalne. Jak po takiej tragedii mogę mieć ochotę na seks? Teraz już wiem, że to była zwykła potrzeba bliskość i zrozumienia. Chciałam, żeby ktoś się mną zaopiekował i jakoś pocieszył.

Na pochówek musieliśmy trochę poczekać, gdyż szpital nie wyraził zgody na pobranie materiału poronnego podczas łyżeczkowania do badań płci. Czekaliśmy na wyniki histopatu i możliwość wypożyczenia kostek parafinowych w celu identyfikacji płci, które jest potrzebne do wydania karty martwego urodzenia.

W tym czasie poprosiłam mojego tatę, aby pomógł nam załatwić pogrzeb. A że mój tata jest osobą od zadań specjalnych i czasem mam wrażenie, że chyba potrafi wszystko załatwić to poszedł do księdza i ustalili, że dziecko będzie pochowane w istniejącym już grobie mojego dziadka. Udał się również do grabarza oraz załatwił firmę pogrzebową.

Ja za to zapisałam się do psychiatry, bo potrzebowałam kolejnego zwolnienia lekarskiego z pracy. Dostałam je na 2 tygodnie a następnie na kolejny tydzień – psychiatra na NFZ to była jedna wielka porażka. To była starsza kobieta, ale kompletnie bez uczuć. Nie chciała dać zwolnienia na więcej dni. Byłam na nią wściekła, że nie potrafi mi pomóc i na kolejnej wizycie musiałam jej opowiadać historię od nowa. To bolało, a ona miała to głęboko w poważaniu…

„Ty się ciesz, że masz już jedno dziecko, inni nie mają wcale”

Przez pierwszy miesiąc po zabiegu miałam wrażenie, że umarłam, nic mnie nie obchodziło, nic nie miało znaczenia – taka WEGETACJA, a nie życie. Wtedy słowa rodziny czy lekarzy „o co Ci chodzi? Przecież masz już jedno dziecko…” lub „Ty się ciesz, że masz już jedno dziecko, inni nie mają wcale” były najbardziej krzywdzącymi słowami, jakie w życiu usłyszałam. Nikt nie rozumiał, że to dziecko w brzuchu kochałam podobnie do tego, które mam na ziemi, że było dla mnie ważne, że to dla mnie ogromna STRATA.

Strata i ból, bo umarła cząstka mnie, część mojego serca, moich przyszłych planów, moich marzeń, że po prostu świat mi się zawalił… Jak komuś umiera bliska osoba to również czuje podobną stratę, prawda? Nie rozumiałam tego, że inni tego nie pojmują i próbują mi wmówić, że wymyślam, że mam się wziąć w garść. Spoko, jasne, wezmę się w garść bardzo chętnie! Ale serio – nie mam sił wstać rano i żyć, więc nie wiem JAK? Tego, jak to zrobić, już nie podpowiedzą…

Przyjaciółka zaczęła dzwonić codziennie z zapytaniem „Jak się czujesz?” – to było jedno z pytań, które podnosiło mi momentalnie ciśnienie. Zawsze miałam ochotę wykrzyczeć „Ku*wa a jak mam się czuć, co? Chu*owo! Do dupy po prostu! Chcę umrzeć!”, ale z czasem po prostu nie odbierałam już tych telefonów. Nie potrafiłam mówić o swoich uczuciach wtedy, miałam wrażenie, że nikt mnie nie rozumie. Powoli odcinałam się od świata. Byłam tylko ja i moje cierpienie. Miałam wrażenie, że własny mąż w ogóle się nie przejął tym co się stało, bo w weekend wyszedł na piwo z kolegami. Teraz po latach wiem, że chciał też odreagować, ale wtedy miałam mu za złe, że wychodzi. Bo my jesteśmy w żałobie przecież, ja jestem na pewno…

Jak wybrać trumnę dla własnego dziecka?

Po 3 tyg. od łyżeczkowania dzwonię po wynik histopatu. Pani przez telefon informuje mnie, że nie ma dziecka w materiale poronnym… Wpadam w histerię, nie wiem co robić. Jak to NIE MA dziecka?! Dzwonię do swojego taty, który uspakaja, że może dziecko jest już w prosektorium i tyle. Pojechaliśmy z mężem do zakładu pogrzebowego wybrać trumienkę. Bałam się tego spotkania, bo nie wiedziałam, co mnie czeka. Pierwszy raz jechałam do zakładu pogrzebowego i bałam się, że ktoś mnie wyśmieje, że ktoś rzuci tekstem typu „12 tydzień ciąży i pochówek? Powariowali…”. Ale nie było tak. Było okej, trafiliśmy na uprzejmych ludzi. Wybraliśmy zamiast trumienki urnę. Piękną, białą i delikatną, ale Pani z zakładu powiedziała, że może być za mała i żebyśmy wybrali w razie „W” jeszcze jedną większą, więc były wybrane dwie.

Pojechałam do szpitala odebrać histopat, na którym widniał napis „tkanek płodu nie znaleziono”, ale niczym się nie przejmując udałam się do zakładu patomorfologii wypożyczyć kostki parafinowe. Kostki wysłałam do testu DNA i czekałam. Po 5 dniach roboczych dostałam odpowiedź na maila, zabezpieczony plik hasłem – Płeć żeńska XX.

I znowu te czarne myśli…

Tego też dnia mój mąż otrzymał informację, że żona najlepszego kolegi z pracy urodziła właśnie drugiego syna i idzie na pępkowe… Ja na tę wieść załamałam się jeszcze bardziej pomimo, że to są nasi wspólni znajomi. Wróciły te czarne myśli, które zawsze krążyły. Ja nie dałam mu drugiego dziecka, jestem beznadziejna. Ja nie donosiłam ciąży, jestem słaba. Nie jestem w pełni kobietą. Nic nie potrafię… Mąż poszedł na pępkowe a ja wyłam całą noc w poduszkę. Nie rozumiałam go, jak on może się cieszyć, że komuś się dziecko urodziło, jak my swoje właśnie chwilę temu straciliśmy i czekamy na jego pochówek? Na pochówek naszej córeczki… Tłumaczył się tym, że też by chciał, żeby koledzy do niego przyszli jakby się mu dziecko urodziło i że trzeba się cieszyć szczęściem innych. Ja nie potrafiłam, czułam tylko ból i brak zrozumienia. Spytałam go, jak damy jej na imię, bo jutro jadę do USC. Otrzymałam odpowiedź „A to ma jakieś znaczenie? Jak chcesz…”. Kolejny błąd w komunikacji, nie tego oczekiwałam!

Na następny dzień z  wydrukowanym certyfikatem udałam się ponownie do sekretariatu oddziału ginekologicznego (tam gdzie leżała zresztą nasza świeżo upieczona mamusia z wczoraj) i otrzymałam KARTĘ MARTWEGO URODZENIA. Z tą KARTĄ pojechałam do Urzędu Miasta w celu rejestracji dziecka i otrzymania AKTU MARTWEGO URODZENIA. Najbardziej się bałam, że spotkam tam szczęśliwego znajomego i nie będę w stanie mu pogratulować. W urzędzie było 3 szczęśliwych tatuśków, ale całe szczęście nikt znajomy. Pomimo wszystko, siedziałam tam z nimi i ocierałam łzy chusteczką co chwilę. Było mi ciężko, cholernie ciężko! Czułam się w tym wszystkim całkiem sama. Oni zadowoleni cieszą się i porównują wymiary swoich maluszków, a ja nie mówię nic, staram się wyłączyć i ich nie słuchać.

– Imię dziecka?

– Marika.

– Drugie imię?

– Nie ma…

– Proszę, tutaj jest AKT MARTWEGO URODZENIA. Do widzenia…

Wychodzę z USC, wsiadam z aktem do samochodu i znowu to samo… Oczy zalewają się łzami i płaczę i już nie wiem… JAK ŻYĆ?

 

POLECAMY TAKŻE:

 

 


Redaktorka i korektorka językowa. Pisze od kiedy pamięta, a w międzyczasie zajmuje się tropieniem zagubionych przecinków i poprawianiem błędów ortograficznych

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *