Nigdy więcej ciąży. Pamiętnik młodej

W walce z niepłodnością wtórną: Nigdy więcej ciąży!

Pamiętnik Młodej cz. 10

„Skrajne małowodzie, wada serca i brak wzrostu płodu od dłuższego czasu”. Oto diagnoza, jaką usłyszeliśmy po wnikliwym badaniu USG wykonanym przez świetnego lekarza, który raczej się nie mylił. Przeprowadzona amniopunkcja miała potwierdzić najgorsze podejrzenia.


Chcesz być na bieżąco z historią Młodej, opowieściami o pierwszej ciąży i trudnymi staraniami o drugie dziecko? Przeczytaj Pamiętnik Młodej cz.1Pamiętnik Młodej cz.2Pamiętnik Młodej cz.3., Pamiętnik Młodej cz.4., Pamiętnik Młodej cz. 5, Pamiętnik Młodej cz. 6, Pamiętnik Młodej cz.7, Pamiętnik Młodej cz.8., Pamiętnik Młodej cz.9.


 Poprzednia, dziewiąta część pamiętnika, znajduje się TUTAJ

Coś zaczyna się dziać. Jedziemy na Izbę Przyjęć

W czwartek dzwonię i pytam moją panią ginekolog prowadzącą, czy mogę przyjechać na wizytę po pacjentkach, bo mam wrażenie, że lecą mi wody. Odmówiła, mówiąc, że „co ma być to będzie i ewentualnie mogę jechać na IP”. Takie podejście bardzo mnie zirytowało. Zdecydowałam się na lekarkę przyjmującą prywatnie i wydaję na wizyty niemało właśnie po to, aby była dla mnie dostępna w takich sytuacjach.

W piątek rano spakowałam torbę, miałam silne przeczucie, że coś jest nie tak. Czekałam na męża aż wróci z pracy i pojedziemy wszyscy razem do szpitala na wizytę. Na Izbie Przyjęć czekaliśmy dłuższą chwilę, ponieważ w tym czasie odbywało się kilka porodów. Wreszcie nadeszła mojej kolej. Miły lekarz rezydent wraz ze studentkami badali moją szyjkę macicy.

Pobrano wymaz z szyjki, ale niestety nie można było określić, czy lecą mi wody.

Nie będzie dobrze i ja to już wiem

Zostałam zaproszona na 2 piętro na USG (tak, na IP nie mieli USG ), a tam podczas badania lekarz wyprosił studentki informując, aby zawołały innego lekarza. Przyszedł drugi lekarz i pokazali mi obraz USG, a tam… Zero wód płodowych, dziecko z każdej strony było miażdżone przez macicę. Przez brak wód nie można było do końca określić, czy serce jeszcze bije. Było widać na Dopplerze krew płynącą do maluszka, więc zapadła decyzja o moim pozostaniu na obserwacji. Ja jednak już wiedziałam, co ma znaczyć ta obserwacja, nie miałam wątpliwości…

Musiałam wrócić na dół na IP, podpisać papiery i przebrać się, a następnie zabrano mnie na oddział.

Tak powinno być w każdym szpitalu

Standard szpitala mnie zachwycał! Każda położna była przemiła, pomocna i bardzo zainteresowana pacjentem. Gdy zaczynała zmianę, wchodziła po kolei do sal i przedstawiała się uprzejmie: „Dobry wieczór, nazywam się X, jestem położną na nocnej zmianie. Czy coś się dzieje, czegoś Panie potrzebują? W razie pytań jestem w pokoju za dyżurką położnych”.

Położna przyniosła dla mnie również nerkę szpitalną i wytłumaczyła, że mam się do niej wypróżniać, aby dziecko przypadkiem nie wpadło do toalety. Można? Można! Koło godz. 22 poproszono mnie do gabinetu i wypełniłam mnóstwo dokumentów.

Około 9 rano miał miejsce obchód. Po godzinie zostałam zaproszona do gabinetu, gdzie lekarz wykonał mi USG:

– Widzę, że już serce nie bije. To prawda? – pytam.

– Tak, przykro mi – odpowiada lekarz.

– To dobrze, przynajmniej dziecko już się nie męczy.

– Cieszę z Pani podejścia do sprawy. Proszę przejść do gabinetu obok i zaczniemy procedurę, wszystko wytłumaczę.

To koniec, ale jestem spokojna

Nie płakałam.

Można powiedzieć, że z jednej strony nawet się cieszyłam. Chyba po prostu odczułam ulgę. Nie musiałam znowu wybierać i podejmować trudnych decyzji. Los wybrał za mnie. Moje maleństwo już się nie męczyło, a to było dla mnie wtedy najważniejsze.

Kiedy zobaczyłam na USG obraz miażdżonego przez macicę dziecka, to wiedziałam, że skróciły się wreszcie jego męki. Pomyślałam jeszcze o jednym. Akurat tego dnia moja babcia miała urodziny i było to dla mnie ogromnie dziwne poronić w tym dniu i wpisać datę śmierci na nagrobku. Może brzmieć to irracjonalnie, ale nie chciałam daty urodzin babci kojarzyć ze śmiercią własnego dziecka.

Udałam się do gabinetu obok i lekarz szczegółowo wytłumaczył mi co się będzie działo. Zaproponował standardowo, że najpierw będziemy indukować poronienie (co 3h po 2 tabletki), a następnie wykonają łyżeczkowanie, gdyż w wyższych ciążach bezpiecznie jest doczyścić macicę.

Terminacja ciąży

Cały czas mogłam jeść i pić normalnie – żadnych zakazów do czasu aż lekarz zabroni. O godz.14:15 lekarz zaaplikował mi pierwszą porcję Cytotecu w postaci dwóch tabletek. Przez kolejną godzinę musiałam leżeć. Potem mogłam przejść się po korytarzu. O godz. 16 przyjechał mój mąż i towarzyszył mi przez dłuższy czas, razem spacerowaliśmy, ale nic się nie wydarzyło.

O godz. 17:15 dostałam kolejne 2 tabletki i od tego czasu miałam już dziwne pobolewania oraz pierwsze skurcze krzyżowe.

Po dwóch godzinach nastąpiła zmiana położnych na nowe i wiem, że nie mogłam lepiej trafić! Niestety poczułam się już dosyć słabo, dostałam drgawek i gorączki. Bardzo miła i uprzejma położna przyszła do mnie i dała mi koc. Pytała czy potrzebuję leków przeciwbólowych i pamiętam jak jej odpowiedziałam, że jeszcze nie jest tak źle i wytrzymam.

Położna na to: „Panią już nie musi nic boleć. Jeśli będzie Pani potrzebować to proszę powiedzieć” – tak powinna wyglądać opieka w każdym szpitalu!

Mąż pojechał do domu.

Godz. 20:15 miałam już skurcze co 2 minuty, ale musiałam dojść jakoś do sali zabiegowej, gdzie czekał już na mnie lekarz (został te 15 minut dłużej specjalnie dla mnie w pracy, żeby zaaplikować tabletki równo co 3h – niesamowite, takich lekarzy z powołania już dawno nie wiedziałam). Przed drzwiami gabinetu złapał mnie skurcz tak silny, że musiałam kucnąć. Położne od razu przybiegły mi pomóc wstać i spytały czemu nie chciałam środków przeciwbólowych, skoro aż tak boli. Odpowiedziałam, że chyba faktycznie teraz już muszę coś dostać, byle coś silnego. Po zaaplikowaniu tabletek, położna zaprowadziła mnie do łóżka. Dostała też kroplówkę paracetamolu 1000.

Po kolejnej godzinie położna przyszła zobaczyć jak się czuję i sprawdziła rozwarcie (najpierw spytała czy wyrażam na to badanie zgodę!). Następnie powiedziałam jej o moich obawach i odczuciach. Miałam wrażenie jakby dziecko kopało albo odklejało się coś w środku w macicy. Położna uspokoiła mnie, że to normalne. Niestety nadal doskwierały mi silne skurcze krzyżowe i otrzymałam kolejną kroplówkę z tramalem/ketonalem – nie pamiętam, ale było na tyle silne, że wreszcie odczułam sporą ulgę, a po odłączeniu kroplówki zasnęłam między skurczami.

Godz. 23.10 budzę się i nie czuję już bólu ani skurczy. Szybko cofam się pamięcią czy jestem już po zabiegu. Patrzę pod kołdrę i nie widzę, żeby leżał jakiś podkład, który dają po zabiegu ani żebym nawet krwawiła choć trochę. Wtedy w tym momencie, kiedy byłam w pozycji półsiedzącej, poczułam znane mi parcie… Ścisnęłam mięśnie kegla na tyle, ile potrafiłam, wzięłam nerkę w dłoń i udałam się do toalety.

Poronienie

Tym razem wzięłam ze sobą również telefon, gdyż doświadczona wcześniejszą sytuacją chciałam mieć dowód z poronienia gdyby znowu historia się powtórzyła.

Jestem w toalecie, zamykam drzwi. Biorę głęboki oddech, kucam, podkładam sobie nerkę. Wystarczyły trzy parcia i było po wszystkim. Nerka była niemal pełna, było tego całkiem sporo w porównaniu z pierwszym poronieniem, aczkolwiek samo parcie było prawie identyczne, bo również dziecko było w worku owodniowym. Zrobiłam 2 zdjęcia dzieciątka. Następnie założyłam sobie nowy podkład poporodowy, wzięłam w obie ręce nerkę, aby się nic nie wylało i udałam się do położnych. Były w szoku, a jedna do drugiej powiedziała „zobacz jaką niespodziankę ma dla nas Pani Gadułka”.

„Pani Gadułka” – tak mnie nazwały, gdyż w stresie sporo mówię, staram się żartować i może trochę też wypierać fakty. Podczas wypełniania dokumentów widać było, że nie potrzebuję pomocy psychologa, że radzę sobie dobrze. Chwaliły mnie za to, że jestem dzielna w tak trudnej sytuacji.

Pożegnanie

Poprosiłam o pożegnanie z dzieckiem, co było dla mnie bardzo ważne. Położna spytała tylko czy jestem pewna, bo to może być niemiły widok. Odpowiedziałam, że bardzo chcę, bo wcześniej nie miałam takiej możliwości. Nie robiła żadnych problemów. Byłam w sali zabiegowej podczas rozcinania worka owodniowego. Widziałam moje małe szczęście, mogłam je dotknąć. Było malutkie (ok. 15 cm) i piękne, tylko bardzo chudziutkie. Dostałam kilka minut w samotności z moją pociechą. To maleństwo było takie kruche i bałam się je podnieść, więc tylko pogłaskałam po główce i powiedziałam „kocham Cię i bardzo przepraszam”. Nie wiem czemu, ale też odruchowo policzyłam mu wszystkie paluszki – 20 sztuk. Moja mała żabka…

Przyszła położna i powiedziała, że zaraz będę miała zabieg. Spytałam czy mogę zrobić zdjęcie mojemu dziecku na pamiątkę. Zgodziła się i wyciągnęła je z nerki na swoje dłonie. Mam zdjęcie Mojej Żabki w całej okazałości.

Przyszedł czas na zabieg. Najpierw wywiad z anestezjologiem odnośnie trombofili. Następnie kładę się na fotel ginekologiczny. Położna pyta lekarza: „Panie doktorze, jaką wpisać płeć dziecka?” Odpowiada, że nie podejmie się wyboru i mam czekać na wyniki amniopunkcji. Pamiętam, że to była jedyna rzecz w szpitalu, jaka mnie zawiodła. Zaczęłam tłumaczyć, że w takiej sytuacji będę na pogrzeb czekać 4 tygodnie, ale lekarz nie zmienił zdania. Dostaję maseczkę…10…9…8…

Budzę się w momencie przenoszenia na łóżko. Jestem wykończona skurczami, ale zdążyłam napisać smsa do męża, po czym zasnęłam.

Pustka

Budzę się rano.
Nie jest mi wesoło.
Dociera do mnie, że znowu los zadrwił ze mnie.
Znowu poczułam tę obezwładniającą PUSTKĘ. Łapię się za brzuch i płaczę po cichu.

Podczas obchodu lekarskiego spotykam tę samą ginekolog, która robiła mi USG w poprzedniej ciąży i kazała przyjść za tydzień na kolejną wizytę. Nie odpowiedziała przy tym na moje pytanie „a co będzie jak nie urośnie?”, po czym wzięła za wizytę 200 zł. Byłam od razu do niej wrogo nastawiona, ale się okazało, że niepotrzebnie. Lekarka od razu przepisała mi leki na zatrzymanie laktacji. Nie, nie bromergon jak to zwykle lekarze przepisują. Dała mi mój „ulubiony” Dostinex i tą drobnostką szczerze zaplusowała u mnie.

Lekarze wychodzą, zostajemy same z koleżanką na sali. Postanawiam, że to dobry moment i napiszę na grupach, co i jak u mnie. Wiem, że dziewczyny czekają na informacje… Pamiętam jak napisałam, że jestem po zabiegu, dziękuje za wszelkie miłe słowa, ale już NIGDY WIĘCEJ nie chcę być w ciąży.

P.S. Co do szpitala i personelu – życzę każdej z Was, abyście w tak trudnych momentach jak poronienie czy terminacja trafiły tak dobrze, jak ja wtedy. Wielkie brawa dla personelu za troskę, empatię i życzliwość. Dobrze wiedzieć, że są jeszcze na tym świecie lekarze i położne z powołania, którzy kochają swoja pracę, a niesienie pomocy innym sprawia im przyjemność. Z tego miejsca z całego serca im DZIĘKUJE.

POLECAMY TAKŻE:

 


Redaktorka i korektorka językowa. Pisze od kiedy pamięta, a w międzyczasie zajmuje się tropieniem zagubionych przecinków i poprawianiem błędów ortograficznych

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *