11 lat starań, trzy poronienia i znów ciąża. Justyna: "Teraz musi być już dobrze!"

11 lat starań, trzy poronienia i znów ciąża. Justyna: „Teraz musi być już dobrze!”

Nie ma nic piękniejszego dla kobiety starającej się o dziecko niż ciąża. I nie ma nic gorszego jak jej strata. Justyna przeszła to trzy razy. Gdy zaszła w czwartą ciążę, przez kilkanaście tygodni nie potrafiła się cieszyć. Radość i nadzieja przegrywały ze strachem – mówi. 

Jesteś w 29. tygodniu ciąży. Nie chciałaś rozmawiać wcześniej…

Nie chciałam zapeszyć, ale też jeszcze do niedawna nie potrafiłam się cieszyć z tej ciąży. Teraz już tak. I teraz musi być już dobrze.

Dlaczego nie cieszyłaś się od pierwszych tygodni?

To moja czwarta ciąża – wszystkie poprzednie skończyły się poronieniem. Pierwsza była w ogóle ciążą pozamaciczną, dwie pozostałe skończyły się w 9. i 15. tygodniu. I za każdym razem cieszyłam się i miałam nadzieję, że los postanowił w końcu wynagrodzić mi te lata walki o dziecko. Że będę w końcu mamą. Potem już tylko się bałam.

Ile lat starałaś się o ciążę?

Do momentu tej pierwszej, pozamacicznej ciąży, minęło 6 lat. Kolejna pojawiła się po 1,5 roku starań, a trzecia po kolejnych 3 latach. Teraz jestem w czwartej ciąży i gdybym miała policzyć te wszystkie lata, wyszłoby, że niepłodność prześladuje mnie od ponad 11. I naprawdę do niedawna nadal nie byłam pewna, czy odpuściła mi.

„Zamiast radości i nadziei miałam w sobie ogrom lęku, strachu, niepewności. Nie potrafiłam cieszyć się nawet wówczas, gdy patrzyłam na zdjęcia usg mojego dziecka.”

Pamiętam, że na wizycie, podczas której usłyszałam bicie serca, rozpłakałam się i był to płacz, w którym mieszało się uczucie szczęścia, ale też potwornej nieufności. I więcej było w tym jednak nieufności, niedowierzania. Ja już słyszałam dwa razy bicie serc moich dzieci i teraz bardzo się bałam, że to będzie jedyny dźwięk, który mi po nich pozostanie.

Konsultowałaś te emocje z jakimś psychologiem?

Tak, byłam na dwóch spotkaniach – zresztą wcześniej również korzystałam z takiej pomocy, ale teraz miałam wrażenie, że niewiele mi dały. Ten strach, że stracę i tę ciążę był silniejszy niż mądre słowa psychologa. Podskórnie czułam, że to minie, jak przekroczę 20. tydzień ciąży. I tak się mniej więcej stało – po połówkowym badaniu, gdzie dowiedzieliśmy się, że noszę w sobie dziewczynkę, która ma serce jak dzwon i jest bardzo silna. Nadal jestem ostrożna, nadal się obserwuję i każde niewielkie plamienie czy skurcz powodują potworny lęk, ale chyba pozwoliłam już sobie sama na tę radość. Nie chcę nawet myśleć teraz, że coś może być nie tak.

Znasz przyczynę tych poronień?

Niestety, ale w moim przypadku, to poronienia o nieznanym podłożu – przynajmniej te dwa ostatnie. Genetyczne badania nic nie wykazały. I tak jak jest niepłodność idiopatyczna, tak u mnie poronienia były idiopatyczne. Tym większy miałam stres przy kolejnych ciążach. Zresztą o poziomie stresu podczas tych wszystkich lat starań długo by można mówić.

„Każdy negatywny test z miesiąca na miesiąc stawał się coraz większą traumą. Wyrzuty złości wobec siebie i wszystkich innych były tak silne, że mój mąż w końcu powiedział, że on nie chce dziecka ze mną. I że nie da z siebie przez większość czasu robić worka treningowego, a z kolei w dni płodne nie chce czuć się jak byk rozpłodowy.”

Niepłodność zdążyła nam wiele namieszać w relacjach i choć – finalnie – jest znów wszystko dobrze, to były momenty naprawdę krytyczne.

Przyczyna niepłodności leżała po Twojej stronie?

Tak – zdecydowanie. Badania nasienia męża były wzorcowe. Zresztą on jest mężczyzną marzeniem jeśli chodzi o kondycję fizyczną, psychiczną, o uroku osobistym – nie wspomnę (śmiech). Choć to ostatnie bardzo zgasło podczas tych lat walki. To ja miałam pakiet przyczyn. Za główną uznano PCOS, insulinooporność oraz problemy z tarczycą. Po zrobieniu hsg okazało się, że miałam też częściowo niedrożny jeden jajowód, który udało się przepchać „wlewkami” leku. Myślę też, że moja spora nadwaga wynikająca z PCOS i IO też odgrywała tu niemały problem. Przez długi czas nie umiałam się w tym wszystkim odnaleźć. Diety długo nie przynosiły efektów. A poza tym nie docierało do mnie, że mogę nie być matką i że te wszystkie choroby będą aż tak bardzo wpływały na moją płodność. Życie jednak bardzo szybko to zweryfikowało, bo od momentu, gdy zaczęliśmy regularnie się starać do pierwszej ciąży, minęło aż 6 lat.

Zaszłaś w ciążę naturalnie?

Tak, choć byliśmy blisko decyzji o in vitro. W zasadzie mój mąż odwodził ten temat, choć po jakimś czasie, zwłaszcza gdy słyszeliśmy od lekarzy – a miałam ich kilku – że in vitro skróciłoby nasze cierpienie, zaczął przychylniej na to patrzeć. Próbowaliśmy jednak cały czas naturalnie. Ja w końcu trafiłam na dietetyka, który ustawił mi dobrą dietę, na której mogłam normalnie funkcjonować i zauważalnie schudłam. Czułam się też lepiej. No i się udało zajść, tyle że na bardzo krótko.

Pamiętasz ten moment?

Wszystko pamiętam i nie zapomnę chyba nigdy. Ten krótki czas spowodował, że doświadczyłam i najpiękniejszego, i najstraszniejszego uczucia, jakiego może doświadczyć niepłodna kobieta. Nie da się o tym zapomnieć – zwłaszcza że potem przeszłam to jeszcze dwa razy. Test ciążowy zrobiłam intuicyjnie – w zasadzie nie do końca wiedziałam dokładnie, ile dni mam jeszcze do okresu, ale coś mnie tknęło. Ale tak inaczej niż do tej pory. Czułam niewielki ból w dole brzucha, lekko nabrzmiały mi piersi, pojawiło się jakieś krótkotrwałe nieokreślone plamienie. Ale to było chwilowe.

„Test ciążowy pokazał bardzo bladą drugą kreskę. Z niedowierzania zrobiłam drugi i trzeci, a następnego dnia rano pobiegłam na badanie bety, która potwierdziła ciążę – 3-4 tydzień. Myślałam, że oszaleję z radości, bo nigdy wcześniej nie widziałam choćby cienia drugiej kreski.”

Oczywiście było za wcześnie, by usg coś wykazało, więc jak się już uspokoiłam, to przytomnie zadecydowałam, że teraz muszę obserwować przyrost bety, a rosła prawidłowo – choć była w dolnej granicy. Czułam się dobrze, nie miałam żadnych dolegliwości.

Gdy beta doszła do 400, a ja już byłam na „sto procent” pewna, że nareszcie się udało, dostałam tak silnego bólu po lewej stronie brzucha, że trudno to nawet opisać. Chwilę potem zaczęło się plamienie, a dosłownie w przeciągu kilkunastu minut – leciała ze mnie już krew. Zadzwoniłam po męża i natychmiast pojechaliśmy do szpitala.

W usg wyszło ciążowe endometrium, ale nie widać było ciąży. O dziwo – ból jednak ustał, a krwawienie się skończyło. To było bardzo dziwne, bo przez kolejnych kilka dni czułam się bardzo dobrze. Byłam umówiona nawet na wizytę do ginekologa. Dzień przed nią sytuacja z bólem i krwawieniem się powtórzyła. Tym razem lekarze na usg przezpochwowym zobaczyli zarodek w połowie jajowodu. Ciąża pozamaciczna. Nie było mowy o niczym innym jak usunięciu jej. Nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Ból serca był tak wielki, rozpacz tak przeszywająca całe ciało, że trudno o tym mówić.

Jak sobie poradziłaś z tym emocjami?

Długo nie docierało do mnie to wszystko. Zlały mi się w jakiś abstrakt te wszystkie wydarzenia. Miałam uczucie, że to wszystko mi się śni, że jest to koszmar, z którego może zaraz ktoś mnie wybudzi. Bardzo pomogła mi w tym czasie moja babcia, z którą byłam związana szczególnie mocno i która jako jedna z nielicznych kobiet w rodzinie dawała mi do poczucie, że naprawdę mnie rozumie. Wspierała mnie również w tym całym staraniu, pocieszała, ale też próbowała odrywać od myślenia tylko i wyłącznie o dziecku. Jej historia życia też nie była za wesoła. Jedno dziecko poroniła, drugie zginęło w wypadku jako nastolatek. Został jej tylko mój ojciec, który nie jest jakoś bardzo wylewny i uczuciowy względem swojej matki.

„Babcia dodawała mi otuchy, tłumaczyła, że takie sytuacje się zdarzają, że rozumie mój ból, ale powinnam się otrząsnąć z tego, bo przede mną całe życie i wspaniały czas macierzyństwa.”

Mąż również bardzo się przejął tym, co się stało – widziałam jego łzy szczęścia, jak pokazałam wyniki bety, ale chyba dużo bardziej przejął się tym, w jakim stanie byłam po tej stracie. Wspierał mnie jak mógł, zapewniał też, że jak tylko będzie to możliwe, zaczniemy dalsze starania. Musiałam jednak przejść ten etap żałoby w całości – co zresztą mówiła mi również babcia.

Jak długo to trwało?

Pół roku. Z tego napięcia i stresu mój cykl znów stał się jednak jedną wielką niewiadomą. Podjęłam decyzję, że będę walczyć dalej. Że jeśli mnie to jednak nie zabiło, to wyjdę z tego silniejsza. Że pewnie to właśnie dla mnie było pisane. Jestem wierzącą osobą i wiele czasu poświęciłam także na modlitwę o te ciąże. I uprzedzając twoje pytanie, czy nie straciłam tej wiary, odpowiem, że nie, nie straciłam, choć trudno dziękować w takich sytuacjach za to, co się ma.

Po 1,5 roku znów zaszłaś w ciążę…

Tak i znów poczułam wielkie szczęście – że oto wszystko rzeczywiście dzieje się po coś i że Bóg jednak wynagradza pokorę i cierpliwość. Przez ten czas zbliżyliśmy się także z moim mężem do siebie – nasze starania były staraniami, ale jednak były delikatniejsze, głównie emocjonalnie. Oboje znów płakaliśmy z radości, zwłaszcza że nie pojawiły się choćby mikrosymptomy poprzedniej sytuacji. Na pierwszym usg już było widać pęcherzyk. Moja fasolka. Potem usłyszeliśmy bicie serduszka. Powiedzieliśmy rodzinie, niektórym znajomym. W ósmym tygodniu zaczęły się jednak plamienia, a brzuch zaczął niepokojąco twardnieć. Badania nie wykazały niczego, co by miało zapowiadać kolejne nieszczęście. Dostałam leki, miałam odpoczywać i nie przemęczać się.

„Kilka dni później, gdy wracałam od rodziców, poczułam znów silne ukłucie i dziwny rodzaj skurczów. Zaczęłam krwawić. Natychmiast szpital, gdzie od drzwi krzyczałam: ratujcie moje dziecko.”

Nie pamiętam jednak nic, co działo się potem. Obudziłam się na sali, a przy mnie siedział mąż. Odruchowo złapałam się za brzuch, a on ze łzami w oczach, nie mówiąc nic, tylko kręcił przecząco głową. Nie pytaj mnie, co czułam… Powiem tylko tyle, że przez kolejne trzy lata Ktoś znów postanowił mnie przeczołgać przez poligon. I tu już krzyczałam na Boga, groziłam mu, że się odwrócę, że mam w dupie to ziemskie testowanie. Po roku od tamtego poronienia, zmarła też moja babcia.  Myślałam, że następna będę ja. Miałam wrażenie, że wszyscy mnie opuścili. Okrutna samotność mi towarzyszyła w tym czasie.

A mąż?

Był – ale on też się zmienił. Oboje – co pewnie jest paradoksem – zaczęliśmy bać się seksu. Gdzieś w głowie siedziała już ta myśl, że jak się uda – a przecież wciąż bardzo chciałam tego, że skończy się podobnie. To właśnie na tym etapie zrobiliśmy serię badań, z których nic nie wyszło. Żadnych genetycznych czynników, które mogłyby wskazywać, że kolejne ciąże też będą ronione. Postanowiliśmy trochę zapomnieć o staraniach. Chyba oboje uciekliśmy w pracę. Nie był to dobry czas między nami. Ja utknęłam w internetowych grupach wsparcia, choć w zasadzie nie udzielałam się na nich. Potrzebowałam chyba jednak opowieści, które były mi bliskie. A takich jak moje są tysiące. To w pewnym sensie mi pomogło wyjść z tej czarnej dziury emocjonalnej.

Żałowałam jedynie, że nie pochowałam tego dziecka. Wiem, że dla wielu osób to żadne dziecko, ale dla kobiety takiej jak ja, to było maleństwo, którego bicie serca słyszałam. Było moim dzieckiem i nie zmieni tego dla mnie żadna naukowo-medyczna wykładnia. Gdy poroniłam trzecią ciążę – a z późniejszych badań okazało się, że to był chłopiec, Eryk, pochowałam go przy mojej babci.

Boję się zapytać, skąd miałaś siłę, by walczyć dalej po trzeciej stracie…

Ja totalnie przestałam walczyć. Utraciłam kolejną ciążę, w której byłam najdłużej. Scenariusz zresztą był podobny do tej drugiej – na początku wszystko dobrze, a potem w jednej sekundzie koniec. Nie umiałam się pozbierać. Na tamtym etapie zamknęłam rozdział pod tytułem: Będę matką. Być może to za dużo powiedzieć, że się pogodziłam z bezdzietną rzeczywistością, ale chyba podświadomie chciałam chronić siebie przed takimi ewentualnymi sytuacjami.

„Straszny lęk miałam na myśl, że może następna ciąża się pojawi. Wiedziałam, że nie przeżyję kolejnej straty. Dosłownie. Miałam zresztą myśli samobójcze po stracie Eryka. Przeszłam też leczenie psychiatryczne i psychoterapię.”

Ale ja jestem oporna na tego typu motywację – dopóki sama w swojej głowie czegoś nie przestawię, niewiele osób jest w stanie mi pomóc. Babcia to potrafiła. I szczerze mówiąc, sporo czasu spędzałam na ławeczce przy jej grobie. Przypominałam sobie to, co mi mówiła, jak mówiła, jak bardzo wierzyła we mnie.

Ona zawsze powtarzała, że szczęście przychodzi do człowieka wtedy, kiedy jest się na nie gotowym. Mnie się wydawało, że od 11 lat, a w zasadzie od zawsze byłam gotowa, by być szczęśliwa, tymczasem być może babcia jednak miała rację. Dziś tak sobie myślę, że te wszystkie sytuacje bardzo mnie zahartowały i nauczyły niezwykłej pokory i świadomości, że nic nie mamy na tym świecie na wieczność i własność. Że rodzimy się i umieramy. Że szczęście przychodzi i odchodzi, a potem znów przychodzi. To trudne do zrozumienia. Tłumaczę też sobie te wszystkie trudności poprzez pryzmat wiary i myśli, że Bóg nie zsyła na nikogo czegoś, czego ten nie potrafi unieść. I choć niepłodność z jednej strony tak bardzo zabiera siły, motywację, szarpie i rzuca w skrajności, to także paradoksalnie uświadamia, jak jednak jesteśmy silne i mocne.

Kobieta jest podobno jak torebka z herbatą. Nie wiadomo, jak jest mocna, dopóki nie znajdzie się w gorącej wodzie…

Trafne porównanie – choć zauważ, że żadna nie chce znaleźć się w gorącej wodzie. Która z nas chciałaby świadomie przez to wszystko przechodzić? Żadna, choć dla niektórych ludzi cała ta niepłodność i starania to wyolbrzymiona histeria. I że jak to „starania” mogą tak boleć. Ząb boli przecież, rak boli, ale seks?

Spotkałaś się z takimi komentarzami osobiście?

Wiele razy słyszałam niewybredne komentarze, np. żebym nie przesadzała z tymi emocjami, tylko częściej dawała mężowi d*py. To oczywiście skrajność, ale niezrozumienie ze strony ludzi, społeczeństwa, a nawet rządzących w resorcie zdrowia, jak poważne są konsekwencje nieleczonej niepłodności, przeraża. W towarzystwie też nie porozmawiasz normalnie o tym problemie, bo albo rozmowa się urywa, albo zniża się do poziomu żartu w stylu: No coś ty, dzieci robić nie umiesz? W rodzinie – jak tylko ty masz ten problem, a na święta zjeżdża dzieciate rodzeństwo, nikniesz w tłumie. I albo udajesz, że wszystko jest ok, albo wychodzisz, płacząc. Sprawdza się niestety powiedzenie: umiesz liczyć, licz na siebie.

Niepłodność weryfikuje listę prawdziwych przyjaciół?

O, i to bardzo. Nasi znajomi wykruszyli się niemal o połowę, a nie było ich tak znowuż wielu. No bo przecież, jak tu spotykać się, skoro jedna w ciąży, druga urodziła, a ja… wciąż nic. Na przyjęcia urodzinowe dzieci też przecież nie będziemy chodzić, bo z kim – z pożyczonym dzieckiem? Nie żałuję tych rozstań, choć był taki czas, że to również bolało. Jakbyśmy nagle jakimś trądem byli skażeni. Teraz, jak już ciąża jest widoczna, plotki się rozeszły, a telefony rozdzwoniły. Miło dziękuję za gratulacje, ale chyba nie przewiduję wznawiania kontaktów z tymi, którzy nie są tego warci.  

Co powiesz tym, którzy wciąż jeszcze czekają na ten swój moment?

Na pewno nie to, że muszą walczyć za wszelką cenę. Wiem, że może nie powinnam tak mówić, ale wiem też, że coś, co osiągane jest za wszelką cenę, bardziej zmęczy niż uszczęśliwi. Nie traćcie nadziei – też brzmi banalnie, bo nadzieja to za mało, by zmierzyć się z niepłodnością. Ja bym powiedziała: Nie traćcie wiary w siebie – nie dopuścicie, by niepłodność zabrała wszystko to, co już macie i co jest dla was ważne.

„Z każdej porażki wychodźcie silniejsi, a jednocześnie dawajcie sobie prawo do łez, smutku, do żałoby. Każda historia niepłodności jest inna – i choć mają wiele cech wspólnych, może nawet podobne są przyczyny czy sytuacje takie jak moja, ale każdy z nas potrzebuje czegoś innego i potrzebuje innego czasu na dotarcie do celu.”

I może to też banał, że czasem trzeba się zatrzymać, ale akurat w ten banał akurat bardzo wierzę. Dopóki serce mówi: walcz, idź, działaj – rób tak. Jeśli czujesz zmęczenie: nie wstydź się przysiąść i odpocząć.

Rozmawiała: Agata Daniluk

POLECAMY TAKŻE:

Po 17 latach starań, w wieku 43 lat, urodziła syna. Do 8. miesiąca nie wiedziała o ciąży

Po 17 latach starań, w wieku 43 lat, urodziła syna. Do 8. miesiąca nic nie wiedziała

reklama

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *